piątek, 14 stycznia 2011

Ruchomy zamek Hauru


* Diana Wynne Jones - Ruchomy zamek Hauru
(Amber, Warszawa 2005)

Po premierze filmu studia Ghibli, adaptacji książki pani Jones, wydawnictwo Amber postanowiło skorzystać z okazji, by zagarnąć trochę grosza od polskich czytelników. Widać tu jednak strach i obawy wydawcy, że kompletnie nieznana szerokim masom autorka nie zapewni sprzedaży - stąd zmiana oryginalnego tytułu na ten rozpoznawalny z filmowej wersji (powieść nazywa się w oryginalne "Howl's moving castle", ale obawiam się, że "Hauru", czyli japoński zapis imienia "Howl", przylgnie już do tytułowego bohatera na wieki) oraz zapewnianie w opisie, że czeka na nas "świat łudząco podobny do świata Harry'ego Pottera".

Powieść jest przeznaczona dla młodych czytelników i to się czuje: nieskomplikowane opisy i jeszcze mniej skomplikowane zdania, zwarte tempo narracji, żadnych "psychologicznych" i "emocjonalnych" ustępów - tylko następujące po sobie zdarzenia i występujące w nich postacie. Gdybym miała do czegoś porównać tę książkę, to chyba tylko do "Braci Lwie Serce" Astrid Lindgren (Nasza Księgarnia, Warszawa 2009), przy czym u słynnej Szwedki możemy doświadczać owej psychologicznej głębi i uczuciowego ciężaru (zapewnia je pierwszoosobowa narracja), której książka pani Jones jest pozbawiona. Bo chociaż "Ruchomy zamek..." skierowany jest jednak do nieco starszej młodzieży, takiej, która z dumą może używać słowa "fantasy", to jednak nie dorównuje "Braciom..." jeśli idzie o sferę emocjonalną - tak w przemawianiu do czytelnika, trącaniu strun jego uczuć, jak i w samym sposobie przedstawiania bohaterów i ich czynów. Obie jednak są równie proste, łatwe i przyjemne do czytania, i dlatego właśnie pozwoliłam sobie je zestawić (takie zestawienie zresztą jest o tyle ciekawe, że "Bracia..." traktowane są raczej jako baśń, a "Ruchomy zamek..." już jako literatura przynależąca do fantastyki. Być może to jest mój główny problem z fantasy - nie potrafię się pozbyć uczucia płytkości, jakie odczuwam w zetknięciu z książkami tego gatunku, a które raczej nie towarzyszy baśniom... Czy to tylko moje odczucie, że fantasy - baśń dla starszych, jest w gruncie rzeczy tylko mdłym cieniem prawdziwej baśni?).

Przyznam, że najpierw dane mi było przeczytać książkę, dopiero później zapoznałam się z filmem Miyazakiego. I trudno mi było uwierzyć, że wytwórnia, która stworzyła moją ulubioną "Szkarłatną świnię" ("Kurenai no buta", znane też jako "Porco rosso"), mogła aż tak zniechęcająco przedstawić tę bajkową historię (bo gdybym najpierw obejrzała film, z pewnością ominęłabym - niesłusznie! - książkę szerokim łukiem).

Trudno tu wyjaśnić moje niezadowolenie adaptacją, bez powoływania się na szczegóły fabularne. Powiem więc tylko tyle, że film uczynił na mnie wrażenie, jakby pan Miyazaki w ogóle nie wiedział, co ma począć z pomysłami pani Jones (które już prezentują się jak kompletny scenariusz filmowy). Przypuszczam, że reżyser koniecznie chciał mieć "głębię", której w tak prostej i tak nieskomplikowanie opowiedzianej historii nie mógł dojrzeć. Próbując jednak wytworzyć tę "głębię" poprzez niedopowiedzenia, sekrety, tajemnice i dodane od siebie, specyficzne sceny, próbując na siłę wpleść w "Ruchomy zamek..." dramat, ból i swoje własne przesłanie, sprawił, niestety,  że sama struktura historii cierpi i zamiast dobrych niedopowiedzeń i tajemnic (jak w "Szkarłatnej świni"), pozostaje jakaś chaotyczna, doskwierająca niekompletność.

Film w ogóle pomija takie wątki, jak prawdziwe imię tytułowego czarodzieja (od którego wziął się "Howl"), czy jego pochodzenie, oraz fakt, dlaczego nie potrafi nikogo prawdziwie pokochać i czemu to właśnie Sophie, nikt inny, mogła dać nadzieję demonowi ognia na zerwanie z nim kontraktu. W ogóle w książce wszystkie postacie, łącznie z Howlem/Hauru, są o wiele znośniejsze i sympatyczniejsze od swych filmowych wersji - choćby taki Michael, którego reżyser, nie wiedzieć czemu, odmłodził o te kilka lat, by nie mógł smolić cholewek do wybranki serca.

Mimo jednak, że uważam książkę za dużo lepszą od filmu, nie potrafię wystawić jej wyższej oceny. Jest zbyt prosta, ma zbyt wiele niewykorzystanego potencjału, a w zestawieniu z takim choćby "Ostatnim jednorożcem" obnaża brak większej fantazji i polotu. Myślę, że to właśnie te cechy doskwierały reżyserowi, skłaniając go do zmiany historii i wtłoczenia w niej tak dużej dawki mroku i tajemnicy. Szkoda jednak, że w efekcie końcowym nic specjalnego mu z tego nie wyszło.

6/10

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Neologizmy, czyli gdzie był redaktor?


Gdzie był redaktor i za co wziął pieniądze?

Już raz się nagadałam na nieudolnych tłumaczy, to dziś się oberwie nieudolnym autorom i ich redaktorom.

Uwielbiam neologizmy. Wyrazy typu „zjawieniec”, „przegnaniec” czy „wtrzepotał” niezmiennie mnie zachwycają.

Neologizmy stały się ostatnio modne – zwłaszcza w literaturze (bardzo) popularnej.

Niestety.

Niestety, bo ich twórcy rzadko kiedy zastanawiają się, jak taki nowotwór (którym chcieli zabłysnąć) się prezentuje.

Weźmy takiego „Nocarza”, który od razu kojarzy się z „nocnikiem” (bo częstsze niż "–arz " jest "–nik" : mocarz, włodarz, wojownik, robotnik, buntownik,...).

Jednak ów zupełnie zbędny neologizm (bo ani to dumnie nie brzmi, ani wiele wyjaśnia – równie dobrze mógłby to być synonim ciecia, znanego także jako „night menager”), to nic w porównaniu z potworkiem, na którego ostatnio się natknęłam. Chodzi o „Załatwiaczkę” Mileny Wójtowicz.

ZAŁATWIACZKA???!!!

To brzmi jak nazwa jakiegoś narzędzia/środka do przepychania sedesu. W najlepszym wypadku.

Popieram neologizmy.
Ale jeszcze bardziej popieram myślenie i wyczucie, dobry smak i elegancję.


Przypomniało mi się jeszcze „piekłowzięcie”, które popełnił Szyda (Hotel Wieczność). Jest to neologizm błędnie utworzony, a zatem nie mający racji bytu. Neologizmy bowiem tworzy się na zasadzie analogii. Nie zachodzi tu zaś analogia, ponieważ w języku polskim nie istnieje słowo „niebowzięcie”, dla którego Szyda usiłował stworzyć antonim. Istnieje za to słowo „wniebowzięcie”. Dlatego jedynym poprawnym neologizmem powinno w tym wypadku być „wpiekłowzięcie”.

Doprawdy, czym się zajmuje cała wydawnicza redakcja, jeśli nie tępieniem takich głupot?

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Grudki kadzidła


W ostatnim wpisie tego roku chciałam przedstawić jakąś książkę absolutnie wyjątkową. A taką jest dla mnie zbiór czterowierszy religijnych "Grudki kadzidła" - niezwykły przykład poezji porażający głębią, a zarazem zwięzłością; mądrością, doświadczaniem i przeświadczeniem wiary, a jednocześnie prostotą wyrazu i doskonałym wyczuciem języka.

W czterowierszach Obertyńskiej codzienność urasta do najenigmantyczniejszych głębokości mistyki, a samo doświadczenie wiary jest niesłychanie namacalne i uderzające trafnością doboru słów, adekwatnością przepastnej treści do prostoty formy, jaką się to duchowe doznanie, czy też duchową wiedzę, znajomość rzeczy, poczucie sedna przekazuje. To intymne rozmowy stworzenia ze Stwórcą pełne zdumienia istnieniem, światem, złem, cierpieniem; wysiłek duszy, by zmienić swe własne postrzeganie na postrzeganie boskie; westchnienia nad ciężarem materii, z głębi której przemawia duch...

Niesamowity, piękny zbiorek, pozycja, którą z dumą stawiam na honorowym miejscu mej domowej biblioteczki i którą z serca gorąco polecam.

"Ty, co słońca w systemy zgarniasz i rozmiatasz,
co oddechem nadymasz gwiezdną głąb wszechświata,
jeszcze w Swojej dobroci czas znajdujesz na to,
by w naszych trosk znikomość wnikać włoskowato!!"

czwartek, 9 grudnia 2010

Zła wiadomość dla bibliofilów



Książki już teraz kosztują majątek, a od przyszłego roku ich ceny pójdą jeszcze w górę!

Jestem wzburzona. Miałam okazję potrzymać w dłoni najnowszą książkę Sapkowskiego - w ogóle mnie nie interesuje ten tytuł, ale nie mogłam się nadziwić, jak taka malutka, cieniutka książeczka może kosztować ponad trzydzieści złotych!

A jednak! - gdy patrzę po książkach z mojej rosnącej listy życzeń, trzydzieści złotych staje się minimalną ceną za tytuł. Lista się wydłuża, a ja nie mogę nic z niej wykreślić!

Biblioteki nic tu nie pomogą, bo te lokalne (jak moja) przodują w kupowaniu bestsellerów o jakości niemal równie żenującej jak ich treść. Nie ma mowy o lekturze wymagającej użycia intelektu. A jeśli nawet zdarzy się jakiś rodzynek - zbiorowa praca naukowa w twardej oprawie czy jakiś leksykon, są one dostępne jedynie na miejscu, w czytelni.

Nie wspomnę już o tym, że bibliofil jak ja chce mieć osobisty kontakt z książką - chce ją mieć na własność, żeby jej efektywnie używać, obcować z nią, zaznaczać na niej swą obecność i pozostawiać ślad tego, co w tej książce odnalazł. Dochodzi do tego praca twórcza - możliwość wracania po latach do potrzebnych cytatów, które się kiedyś zaznaczyło, do fragmentów, o których już się zapomniało, czerpanie z książek jako z materiałów źródłowych... Nie uśmiecha mi się płacić za ksero. (i niby gdzie miałabym trzymać taką stertę papieru! Już nie mówiąc o tym, że musiałabym zacząć to wszystko jakoś katalogować w segregatorach czy teczkach, by jakkolwiek się w tym połapać!) Do niedawna, kiedy nie miałam komputera, spisywałam co lepsze cytaty ręcznie, malusieńkim pismem w grubym notatniku, ale podobne wyjście przypomina momentami katorgę. Teraz czasem zapiszę coś na komputerze, ale to też nie jest rozwiązanie.

Co prawda mówi się, że książki są za drogie, ale szybko odwraca się uwagę innymi kwestiami, które rzekomo wpływają na fakt, iż Polacy coraz mniej czytają. A ja mówię - nie odwracajcie uwagi mediami elektronicznymi czy innymi wykrętami! Książki są stanowczo za drogie! Koniec kropka! Przeciętnego Polaka nie stać na nie! Dopóki tego problemu się nie rozwiąże, wszystko inne będzie tylko nieistotne i nie warte, by się temu bliżej przyjrzeć!


 ---
Ostatnio więcej gram niż czytam (kolejka gier). Udało mi się jednak kupić kilka używanych kryminałów Gardnera: "Sprawę szantażowanego męża", "Sprawę przełożonego morderstwa", "Sprawę podzielonego domu", "Sprawę zakochanej ciotki", "Sprawę fałszywego obrazu" i "Sprawę świetlistych śladów". Przy okazji przeczytałam powtórnie "Sprawę lodowatych dłoni".

sobota, 13 listopada 2010

Philip K. Dick - opowiadania


Philip K. Dick - Krótki szczęśliwy żywot brązowego oxforda
(Prószyński i S-ka, Warszawa 2000)

Philip K. Dick - Czysta gra
(Prószyński i S-ka, Warszawa 1999)

Philip K. Dick - My zdobywcy
(Prószyński i S-ka, Warszawa 1999)

Philip K. Dick - Oko Sybilli
(Prószyński i S-ka, Warszawa 2000)

Ze wstępu do "Oka Sybilli": " Proza Dicka rzadko kiedy bywa błyskotliwa, często wręcz wydaje się wprost nieporadna. Bohaterowie, nawet ci z najlepszych opowiadań, mają "głębię" sitcomu z lat pięćdziesiątych. (...) Dick zadowala się narracją równie prostą - nawet prostacką - jak narracja komiksu".

Niektóre opowiadania są wyjątkowo słabe ("Roog"), inne zwyczajnie nudne jak flaki z olejem ("Czaszka"). Banalnie przewidywalne zakończenie to standard, a formą trudno się zachwycić (chociaż to zapewne ta niewyszukana prostota sprzyja popularności). Banalność niektórych rozwiązań fabularnych dorównuje naiwności stawianych pytań - np. "czy lepiej mieć przywódcę, czy myśleć samodzielnie?". Nie rozumiem dlaczego miałoby to się wykluczać. Drażnią też inne naiwności - roboty, które sprzeciwiają się prowadzeniu wojny a w zamian zmuszają ludzi do zaprowadzenia pokoju i pielęgnują dla nich całą planetę (ratunku!) albo pomysł, że ogólnoświatowa anarchia, czyli pozbycie się wszystkich rządów, wszelkiej władzy zwierzchniej, zapobiegnie wszystkim wojnom (a anarchiści zgodnie i tłumnie pozbędą się wszelkiej broni atomowej).

Opisy na okładkach mówią nam, że znajdziemy w tych antologiach takie arcydzieła jak: "Złoty człowiek", "Czysta gra" czy "Ostatni władca". Ale o ile "Złoty człowiek" przedstawia całkiem interesujący pomysł, to pozostałe dwa rzekome "arcydzieła" sprawiają głęboki jak rów oceaniczny zawód. I tak będzie z każdym tomem tej antologii, jeżeli zawierzymy opisom - jeżeli damy się nabrać, że naprawdę obcujemy z czymś wyjątkowym - że zobaczymy choć przebłysk istnego geniuszu.

Pod względem czysto technicznym opowiadania jednego z najpopularniejszych twórców science-fiction mogłyby nierzadko stanowić wzór jak nie pisać (chyba że celem aspirującego pisarza byłaby szablonowość i brak głębi psychologicznej, a także niewyszukany styl, ograniczone słownictwo i powtarzane do znudzenia środki wyrazu - jakoś mogłam przełknąć, gdy bohater knujący niecne zamiary zaciera ręce, ale gdy zrobiła to niecna maszyna, moje własne ręce opadły wymownie). Jednego jednak Dickowi nie można odmówić - pomysłowości. I to chyba dlatego tak chętnie sięga się po jego prace - dla samych pomysłów przedstawionych nam z całą prostotą i niemalże naiwną szczerością narratora.

Dla mnie opowiadania Dicka są jak "Opowieści z krypty" czy "Strefa mroku" - uwielbiam takie historie, uznając jednocześnie całą ich sztampę, banalność, słabość formy i wykonania, swoistą naiwność, a także często zupełnie naciągane wątki. A ponieważ lubię takie krótkie historyjki z dreszczykiem, podobało mi się czytanie Dicka. Podobało do tego stopnia, że kupiłam nawet tom "My zdobywcy", ponieważ żadna z bibliotek, których katalog przeglądałam, go nie miała.

Te pięć tomów razem wziętych (razem z omawianym już "Przypomnimy to panu hurtowo") to kawał fajnego czytadła. I tyle.

środa, 10 listopada 2010

Kot, który czytał wspak


Lilian Jackson Braun - Kot, który czytał wspak
(Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1997)

Kociarzom można opchnąć wiele bubli, jeśli tylko będzie się o kotach wyrażać nabożnie. Najlichsza historia będzie dla nich godna wielu superlatyw, jeśli tylko pojawi się w nich kot. Zawsze mądry i piękny, przyprawiający ludzi o kompleks niższości. Wiedzą o tym wydawcy - u nas już też można nabyć antologie opowiadań dla właścicieli kotów. Oczywiście wszystkie będą pokrzepiające i wzruszające. Żadne nie poruszy wątku kota, który dostał wścieklizny i wydrapał opiekunowi twarz. "Kot, który czytał wspak" również jest dla kociarzy. I chyba tylko dla nich.

Teoretycznie jest to kryminał, ale na zbrodnię trzeba poczekać tak do połowy książki. Mamy tu bardzo słabiutką, niemrawą intrygę, brak gęstniejącej atmosfery i niespodziewanych zwrotów akcji, brak poszlak i wskazówek, które mogły by zmylić czytelnika, a jednocześnie pobudzić go do główkowania, wreszcie nieobecność pełnokrwistych bohaterów, którymi można by się przejąć (Holmes, Poirot czy nawet Perry Mason albo Marlowe potrafili chociaż jakoś zaznaczyć swą indywidualność). Nie ma zaskakującego finału, a morderca wyłania się tak jakby znikąd. Styl jest prosty i pozbawiony fantazji, ale przynajmniej łatwo się tę niegrubą książeczkę czyta.

To naprawdę lichy kryminał, ale miał szczęście poruszać jedno zagadnienie, które bardzo mnie interesuje: malarstwo. Przez to jedno właśnie postanowiłam doczytać go do końca, co przy prostocie języka nie było szczególnie trudne. No i jest kot! W sumie tylko on jeden się tu liczy. Kociarzom niczego więcej nie będzie potrzeba.

5=/10

piątek, 5 listopada 2010

Kryminały E.S. Gardnera



Bardzo lubię kryminały, a najbardziej ze wszystkich kryminałów lubię te napisane przez Erle'a Stanleya Gardnera, twórcy postaci niezłomnego prawnika-detektywa, Perry'ego Masona, który w Stanach od dawna jest już ikoną, równie rozpoznawalną co Myszka Miki czy James Bond, a który u nas dopiero zdobywa popularność.

Coś, co odróżnia kryminały Gardnera, to aspekty prawne - główny bohater jest adwokatem, który wikła się w zagmatwane (delikatnie mówiąc) afery, podejmując ryzykowne i nieraz doprawdy karkołomne wyczyny, byle tylko ochronić swych klientów - nawet jeśli ci ostatni (co zdarza się często) okłamują go i próbują wykiwać. Towarzyszą mu piękna i bez reszty oddana Della Street - ideał asystentki oraz Paul Drake - właściciel agencji detektywistycznej, która zdaje się utrzymywać głównie dzięki zleceniom Masona. Najsmakowitsze fragmenty fabuł to właśnie moje ulubione przepychanki sądowe, branie świadków w krzyżowy ogień pytań, utarczki z bezwzględnymi prokuratorami, oskarżenia o fałszowanie dowodów i współudział w zbrodni, kruczki prawne, precedensy, niesprawiedliwe (ale legalne) działania policji, pułapki interpretacji poszlak, podnoszone wciąż sprzeciwy i oskarżenia... Klienci Masona często utrudniają zamiast pomagać (nieraz nad głową prawnika zawisa groźba wieloletniego więzienia i utraty prawa do wykonywania zawodu), prokurator okręgowy marzy tylko o tym, by go pogrążyć, policjanci traktują go niemal jak kryminalistę, a świadkowie dają się władzom urabiać jak glina.

Wydarzenia następują bardzo szybko - akcja gna niemal bez tchu, by doprowadzić nas do sali sądowej, gdzie dochodzi do pojedynku dwóch zażarcie walczących stron, z których tylko obrona usiłuje własnym wysiłkiem dojść do prawdy o faktycznych zdarzeniach. Można wiele zarzucić dziełom Gardnera, ale na pewno nie to, że nic się w nich nie dzieje i jest nudno. Gardner nie zna czegoś takiego, jak niepotrzebne dłużyzny, opisy ogranicza do minimum (co jednak prowadzi do takich skrajności, że czytelnik nigdy w zasadzie nie dowiaduje się, jak wygląda Perry Mason!!), obce mu są dygresje, a większą część stron zajmują dialogi.

Wadami tych powieści jest ich schematyczność. Zwykle uwagę Masona przykuwa ciekawe zjawisko (np. identyczne ubrane brunetki na każdym rogu ulicy albo kulawy kanarek w klatce), które zaprowadza go w całkowicie poplątaną i często niebezpieczną intrygę (trup ściele się gęsto), prawnik ściga się z policją, usiłując ochronić swoich klientów (czy to kiedykolwiek był ktoś inny niż piękne kobiety? - nie pamiętam), narażając nie tylko karierę, ale i własne życie, a wszystko zmierza do zażartej walki w sądzie, w którym Perrym Mason staje na - zdawałoby się - z góry straconej pozycji.

Schematyczna (nawet bardzo schematyczna) struktura to jedno. Dalej mamy takie kwiatki, że do Masona przychodzą jedynie piękne, atrakcyjne kobiety, z których każda ma świetną figurę i rewelacyjne nogi. Jedynie jego telefonistka jest pulchna i... to w zasadzie wszystko o niej wiemy - autor traktuje ją po macoszemu, obdarzając ją tuszą i wybujałą wyobraźnią. Można też wytknąć to, że niektóre sprawy są zbyt wydumane (ale i tak nie w ten natrętny sposób, jak choćby u Agathy Christie, gdzie mamy człowieka ze szklanym okiem i najważniejsze jest to, co znalazło się w jego ograniczonym polu widzenia). Z biegiem czasu Mason robi się też zbyt kryształowy - broni klientów zawsze i wszędzie (niepomny na to, że próbują go wrobić - jak w "Aksamitnych pazurkach"), a w rezultacie okazuje się, że jego klienci (właściwie - klientki),  zawsze są absolutnie niewinni. Wielka szkoda, bo wychodzi na to, że kryształowy adwokat broni jedynie tych niewinnych (i często pięknych) jak lilie. Jednak dla dobrych potyczek sądowych na wiele można przymknąć oko. 

Gwoli sprawiedliwości trzeba też dodać, że Mason, choć uczciwy i lojalny, balansuje czasem na granicy etyki i prawa - podrabia np. dowody (jak szklane oko) czy wynajmuje dublerki dla swoich klientów, by zmylić świadków czy podważyć ich zeznania - nigdy jednak nie twierdzi, że coś, co podrzuca tu czy tam, jest faktycznym dowodem w sprawie albo że jego klientka była tam, gdzie wie, że nie była, i w rezultacie okazuje się, że w gruncie rzeczy nie można mu niczemu zarzucić. Nie kłamie. Tyle że nie mówi całej prawdy.

Chyba najciekawszą książką wydaną w Polsce jest "Sprawa wyjącego psa". A to dlatego, że Mason nie jest w niej tak etycznym i uczciwym prawnikiem, jakim jawi się w późniejszych powieściach. Na dobrą sprawę jest to chyba jedyna z przetłumaczonych powieści, w których Mason nie dochodzi do prawdy i nie przedstawia nam faktycznego przebiegu zdarzeń. Twierdzi, że wybronił w sądzie jedną z możliwych interpretacji zdarzeń, obronił klientkę, a reszta go nie interesuje. Wielka szkoda, że Gardner nie pozwolił mu takim pozostać do końca - to czyniło z niego znacznie ciekawszą postać, a do tego ukazywało, jak trudno jest ludziom rozeznać się w świecie tylu odcieni szarości, gdzie biel i czerń nie są w zasadzie spotykane (bo nawet gdy są, nie widzimy ich takimi, jakimi są w istocie).


Chociaż kryminały Gardnera to rozrywkowe książki dobre na wieczór albo do czytania nad basenem, autorowi bardzo zależało, by przekonać opinię publiczną do potrzeby rozwoju medycyny sądowej, kształcenia i lepszego uposażania lekarzy sądowych i patologów. Przerażało go, że śmiesznie łatwo można skazać niewinną osobę, opierając się na fałszywej interpretacji poszlak, oraz to, że obywatele nie znają w zasadzie swych praw i pozwalają sobą sterować policji.

Mam trochę zarzutów, co do tłumaczeń. Nie wiedzieć czemu Mason prawie nigdy nie używa wołacza (dzięki czemu wciąż mamy: "Połącz mnie, Della!" zamiast "Połącz mnie, Dello!"), zaś ostatnio - czego już zupełnie nie rozumiem - natknęłam się na postacie mówiące: "Tak, ma'am", co przecież powinno być przełożone na: "Tak, proszę pani".

Kończąc, powiem tylko, że powieści o Perrym Masonie to jedne z najlepszych i najciekawszych kryminałów z jakimi się zetknęłam. Złapałam się na tym, że z zadowoleniem wyczekuję chwili, gdy fabuła dość zatrze mi się w pamięci, by móc przeczytać daną książkę ponownie i jeszcze raz cieszyć się z zażartych sądowych potyczek.

Polecam!!!



---
 Pozycje, które przeczytałam:

Sprawa aksamitnych pazurków/Aksamitne pazurki (The Case of the Velvet Claws)
Sprawa bigamisty (The Case of the Bigamous Spouse)
Sprawa blondynki z podbitym okiem/Blondynka z podbitym okiem (The Case of the Black-Eyed Blonde)
Sprawa fałszywego biskupa (The Case of the Stuttering Bishop)
Sprawa fałszywego obrazu (The Case of the Reluctant Model)
Sprawa haczyka z przynętą (The Case of the Baited Hook)
Sprawa jednookiego świadka (The Case of the One-Eyed Witness)
Sprawa kulawego kanarka (The Case of the Lame Canary)
Sprawa leniwego kochanka (The Case of the Lazy Lover)
Sprawa lodowatych dłoni/Lodowate dłonie (The Case of the Ice - Cold Hands)
Sprawa mądrych małp (The Case of the Mythical Monkeys)
Sprawa nerwowej żałobniczki (The Case of the Anrgy Mourner)
Sprawa niebezpiecznej wdówki (The Case of the Dangerous Dowager)
Sprawa niecierpliwych spadkobierców (The Case of the Horrified Heirs)
Sprawa niedobudzonej żony (The Case of the Half-Wakened Wife)
Sprawa nieostrożnego kotka (The Case of the Careless Kitten)
Sprawa odłożonego morderstwa (The Case of the Postponed Murder)
Sprawa opanowanej złodziejki (The Case of the Shoplifter's Shoe)
Sprawa opieszałego Kupidyna (The Case of the Careless Cupid)
Sprawa pięknej żebraczki (The Case of the Beasutiful Beggar)
Sprawa podmienionego zdjęcia (The Case of the Substitute Face)
Sprawa podwójnej tożsamości (The Case of the Foot-Loose Doll)
Sprawa przebiegłej laluni (The Case of the Mischievous Doll)
Sprawa przedziwnej mężatki (The Case of the Curious Bride)
Sprawa rezolutnej rozwódki (The Case of the Daring Divorcee)
Sprawa samotnej dziedziczki (The Case of the Lonely Heiress)
Sprawa siostrzenicy lunatyka/Siostrzenica lunatyka (The Case of the Sleepwalker's Niece)
Sprawa szczęśliwego hazardzisty (The Case of the Lucky Loser)
Sprawa sztucznego oka (The Case of the Counterfeit Eye)
Sprawa śmiercionośnej zabawki (The Case of the Deadly Toy)
Sprawa świetlistych śladów (The Case of the Fiery Fingers)
Sprawa uciekających zwłok (The Case of the Runaway Corpse)
Sprawa upartej kłamczuchy (The Case of the Fabulous Fake)
Sprawa upolowanego wilka (The Case of the Waylaid Wolf)
Sprawa władczej klientki (The Case of the Queenly Contestant)
Sprawa wyjącego psa (The Case of the Howling Dog)
Sprawa wynajętej brunetki/Potrzebna atrakcyjna brunetka (The Case of the Borrowed Brunette)
Sprawa zdenerwowanej wspólniczki (The Case of the Nervous Accomplice)
Sprawa zielonookiej siostry (The Case of the Green-Eyed Sister)
Sprawa znikającej staruszki (The Case of the Spurious Spinster)

poniedziałek, 1 listopada 2010

Siostrzyczka

Raymond Chandler - Siostrzyczka
(Wolny wybór, Gdańsk 1992)

Jestem za wyraźnym podziałem na kryminały i powieści detektywistyczne. W tych pierwszych chodzi o rozwikłanie zagadki, często przy podziwianiu spokojnej i chłodnej dedukcji, pięknego wywodu logicznego, jak u Holmesa czy Poirota. W tym drugim gatunku nie łamiemy sobie głowy skomplikowaną zagadką, ale skupiamy się na akcji - na poczynaniach samego detektywa, który najczęściej, wzorem bohatera Chandlera - Phillipa Marlowe'a - włóczy się po obskurnych dzielnicach, całuje się z prostytutkami i często zbiera po gębie. Cały ten brud absurdalnego ludzkiego piekła daje się znieść dzięki ciętemu językowi Marlowe'a, jego specyficznym komentarzom ("No więc pocałowałem ją. Miałem do wyboru to albo dać jej w łeb".) i mimo wszystko jego ludzkiej kruchości (to nie niezniszczalny maczo, co to nigdy nie był powalony na ziemię, i który nie przyznaje się do strachu).

Z Chandlera znałam do tej pory jedynie opowiadanie, które później dało początek powieści "Żegnaj, laleczko". Nie przypadło mi do gustu. "Siostrzyczka" jest od niego lepsza. Ale to wciąż nie literatura dla mnie. Za dużo brudu mam w codziennych wiadomościach, by jeszcze chciało mi się o tym czytać. Wolę spokojną dedukcję na salonach.

Z technicznego punktu widzenia nie jest to pod żadnym względem zła książka i trudno jej cokolwiek zarzucić. Po prostu nie ciekawią mnie takie rzeczy. Ot i wszystko.

Żałuję jednak, że nie miałam tej powieści w wersji audio - jestem pewna, że świetnie by się słuchało tej ciętej, pierwszoosobowej narracji (pod warunkiem, oczywiście, że wydawca zdecydował się na prawdziwie męski, nieco szorstki głos lektora).