Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 marca 2011

Szepty dzieci mgły

Trudi Canavan – Szepty dzieci mgły i inne opowiadania
(Galeria Książki, Kraków 2010)

Czytając tytułowe opowiadanie pani Canavan, przypomniałam sobie „Muchę” Kossakowskiej. Nie była to kompletna grafomania, ale tekst ten pozbawiony polotu i fantazji był tak wydumany a jednocześnie pusty w treści i tak suchy kompozycyjnie, że do dziś nie mogę się nadziwić, jakim cudem „Mucha” otrzymała jakieś tam nagrody, otwierając tym samym drogę do kariery autorki.

Podobne uczucia miałam przy „Szeptach...” – trudno mi uwierzyć, że tak nieciekawy, oschły stylistycznie i banalny treściowo tekst mógł zostać ogłoszony najlepszym opowiadaniem fantasy w 1999 roku! Konkurencja musiała być żenująca!

Po drugim opowiadaniu o tytule „Szalony uczeń” nie spodziewałam się już naprawdę dobrego stylu (co najwyżej poprawnego układania zdań) ani przesyconej emocjami treści, ale oczekiwałam, że autorka przynajmniej spróbuje uniknąć banalnego i przewidywalnego zakończenia. Zawiodłam się.

Trzy pozostałe można skwitować jedynie obojętnym wzruszeniem ramion – takie robią wrażenie!

Szkoda czasu i pieniędzy.

piątek, 14 stycznia 2011

Ruchomy zamek Hauru


* Diana Wynne Jones - Ruchomy zamek Hauru
(Amber, Warszawa 2005)

Po premierze filmu studia Ghibli, adaptacji książki pani Jones, wydawnictwo Amber postanowiło skorzystać z okazji, by zagarnąć trochę grosza od polskich czytelników. Widać tu jednak strach i obawy wydawcy, że kompletnie nieznana szerokim masom autorka nie zapewni sprzedaży - stąd zmiana oryginalnego tytułu na ten rozpoznawalny z filmowej wersji (powieść nazywa się w oryginalne "Howl's moving castle", ale obawiam się, że "Hauru", czyli japoński zapis imienia "Howl", przylgnie już do tytułowego bohatera na wieki) oraz zapewnianie w opisie, że czeka na nas "świat łudząco podobny do świata Harry'ego Pottera".

Powieść jest przeznaczona dla młodych czytelników i to się czuje: nieskomplikowane opisy i jeszcze mniej skomplikowane zdania, zwarte tempo narracji, żadnych "psychologicznych" i "emocjonalnych" ustępów - tylko następujące po sobie zdarzenia i występujące w nich postacie. Gdybym miała do czegoś porównać tę książkę, to chyba tylko do "Braci Lwie Serce" Astrid Lindgren (Nasza Księgarnia, Warszawa 2009), przy czym u słynnej Szwedki możemy doświadczać owej psychologicznej głębi i uczuciowego ciężaru (zapewnia je pierwszoosobowa narracja), której książka pani Jones jest pozbawiona. Bo chociaż "Ruchomy zamek..." skierowany jest jednak do nieco starszej młodzieży, takiej, która z dumą może używać słowa "fantasy", to jednak nie dorównuje "Braciom..." jeśli idzie o sferę emocjonalną - tak w przemawianiu do czytelnika, trącaniu strun jego uczuć, jak i w samym sposobie przedstawiania bohaterów i ich czynów. Obie jednak są równie proste, łatwe i przyjemne do czytania, i dlatego właśnie pozwoliłam sobie je zestawić (takie zestawienie zresztą jest o tyle ciekawe, że "Bracia..." traktowane są raczej jako baśń, a "Ruchomy zamek..." już jako literatura przynależąca do fantastyki. Być może to jest mój główny problem z fantasy - nie potrafię się pozbyć uczucia płytkości, jakie odczuwam w zetknięciu z książkami tego gatunku, a które raczej nie towarzyszy baśniom... Czy to tylko moje odczucie, że fantasy - baśń dla starszych, jest w gruncie rzeczy tylko mdłym cieniem prawdziwej baśni?).

Przyznam, że najpierw dane mi było przeczytać książkę, dopiero później zapoznałam się z filmem Miyazakiego. I trudno mi było uwierzyć, że wytwórnia, która stworzyła moją ulubioną "Szkarłatną świnię" ("Kurenai no buta", znane też jako "Porco rosso"), mogła aż tak zniechęcająco przedstawić tę bajkową historię (bo gdybym najpierw obejrzała film, z pewnością ominęłabym - niesłusznie! - książkę szerokim łukiem).

Trudno tu wyjaśnić moje niezadowolenie adaptacją, bez powoływania się na szczegóły fabularne. Powiem więc tylko tyle, że film uczynił na mnie wrażenie, jakby pan Miyazaki w ogóle nie wiedział, co ma począć z pomysłami pani Jones (które już prezentują się jak kompletny scenariusz filmowy). Przypuszczam, że reżyser koniecznie chciał mieć "głębię", której w tak prostej i tak nieskomplikowanie opowiedzianej historii nie mógł dojrzeć. Próbując jednak wytworzyć tę "głębię" poprzez niedopowiedzenia, sekrety, tajemnice i dodane od siebie, specyficzne sceny, próbując na siłę wpleść w "Ruchomy zamek..." dramat, ból i swoje własne przesłanie, sprawił, niestety,  że sama struktura historii cierpi i zamiast dobrych niedopowiedzeń i tajemnic (jak w "Szkarłatnej świni"), pozostaje jakaś chaotyczna, doskwierająca niekompletność.

Film w ogóle pomija takie wątki, jak prawdziwe imię tytułowego czarodzieja (od którego wziął się "Howl"), czy jego pochodzenie, oraz fakt, dlaczego nie potrafi nikogo prawdziwie pokochać i czemu to właśnie Sophie, nikt inny, mogła dać nadzieję demonowi ognia na zerwanie z nim kontraktu. W ogóle w książce wszystkie postacie, łącznie z Howlem/Hauru, są o wiele znośniejsze i sympatyczniejsze od swych filmowych wersji - choćby taki Michael, którego reżyser, nie wiedzieć czemu, odmłodził o te kilka lat, by nie mógł smolić cholewek do wybranki serca.

Mimo jednak, że uważam książkę za dużo lepszą od filmu, nie potrafię wystawić jej wyższej oceny. Jest zbyt prosta, ma zbyt wiele niewykorzystanego potencjału, a w zestawieniu z takim choćby "Ostatnim jednorożcem" obnaża brak większej fantazji i polotu. Myślę, że to właśnie te cechy doskwierały reżyserowi, skłaniając go do zmiany historii i wtłoczenia w niej tak dużej dawki mroku i tajemnicy. Szkoda jednak, że w efekcie końcowym nic specjalnego mu z tego nie wyszło.

6/10

środa, 29 września 2010

Sonata jednorożców






Peter S. Beagle - Sonata jednorożców
(Prószyński i S-ka, Warszawa 1998)


Wyobraźcie sobie, że musicie opisać dziewczynkę, która biega sobie po łące i zbiera kwiatki. A teraz pomyślcie, że musicie to rozciągnąć na jakieś sto dwadzieścia stron. Nuda, prawda? A jednak podobna bzdura byłaby z pewnością o wiele ciekawsza niż nieszczęsna "Sonata jednorożców".

Nuda i nijakość tej książki aż przytłaczają - nie ma w niej nic, czego można by się uchwycić: ani ciekawej fabuły, ani interesujących postaci, a sama forma - bo czasem tak bywa, że przynajmniej styl okazuje się w jakiś sposób interesujący - sprawia wrażenie, jakby wyszła spod ręki aspirującej dwunastoletniej pisarki przesiadującej w pokoju z tapetami jednorożców i zasypanego zabawkami My little Pony. Chociaż nie uważam "Ostatniego jednorożca" za książkę więcej niż dobrą, trudno uwierzyć, że te dwa tytuły popełniła ta sama osoba. I jestem pewna, że gdyby nie sława, jaką zdobył "Ostatni jednorożec" właśnie, ta smętna, nikomu niepotrzebna "Sonata..." nigdy nie zostałaby wydana (a najpewniej i napisana).

Na pewno aż tak się nie nudzicie, żeby sięgać po tę pozycję. Strata czasu.

piątek, 17 września 2010

Ostatni jednorożec


Peter S. Beagle - Ostatni jednorożec
(Alfa, Warszawa 1995)

Powieść tę przeczytałam w wieku 12 lat. Srodze mnie rozczarowała (dla porównania - przeczytałam wówczas również "Don Kichota z La Manczy", który bardzo mi się podobał). Jako jednak że co rusz napotykam na wyrazy uznania i zachwytu dla tej najsłynniejszej książki Beagle'a, postanowiłam - po latach - ponownie sięgnąć po tę pozycję, zaciekawiona możliwością, że a nuż ominęło mnie coś ciekawego - że czegoś w niej nie doceniłam.

Wypożyczyłam dokładnie ten sam (bo jedyny) egzemplarz co przed laty. Sądząc po tym, jak niewiele się różni od wspomnienia o nim (podobała mi się okładka), wnoszę, że nie był zbyt chętnie i często wypożyczany.

Na pierwszej stronie jakiś anonimowy czytelnik podpisujący się jako "J.K." wyraził za pomocą ołówka swe rozczarowanie lekturą. Napisał: "Uwaga! Beagle jest naprawdę czarodziejem słowa. Do momentu, do którego zdzierżyłem tę książkę, podkreśliłem co smaczniejsze cytaty. Myślę, że mają zgubny wpływ na słownictwo dzieci. Nie wiem, w jak chorej wyobraźni mogły powstać te zdania. Czasem zastanawiam się, czy to nie pastisz?".

Nie wiem, czy to pastisz, ale uważam, że J.K. momentami przesadza. Zdania typu "szybko zakrzątnął się wokół tego, żeby może jednak się uwolnić" albo "Strzała (...) jak nietoperz zapadła w mrok" nie są może wybitne, ale nie przypisywałabym ich od razu chorej wyobraźni.

Co innego, że zdarzają się zdania naprawdę idiotyczne, np. "Sztylety zalśniły niczym rybie ścieżki w morskim mroku (...)". Lub: "Nieruchome dotąd oczy wiedźmy buchnęły tak dzikim blaskiem, że jakieś szemrane towarzystwo ciem-księżycówek, które właśnie ruszało na nocną hulankę, frunęło prosto w jej źrenice i spiekło się na śnieżny popiół." Albo: "(...) zamek, w który przemieniła się twarz Molly, opuścił zwodzony most i otworzył wrota najgłębszych lochów". No i moje ulubione: "Jej głos brzmiał zbyt miękko, jakby miał przetrącone kości".
...
Sama nie wiem, czy to w ogóle wymaga komentarza.

Czasem zdarzy się coś śmiesznego, np: "Czarodziej wstał i zaczął grozić napastnikom demonami, metamorfozami, różnymi odmianami paraliżu i tajemnymi chwytami dżudo".

Jak jednak oceniam powieść po tylu latach? Cóż, nie jest to grafomania, a niektóre pomysły potrafią zachwycić. Przeszkadza mi język, niepotrzebnie udziwnione zdania, które powracają raz po raz, by rozbić całkiem nieźle budowany nastrój srogim zgrzytem ("drzewa zakipiały na wschodzie"...). Ogólne wrażenie jest jednak pozytywne - w końcu czytało mi się to o wiele lepiej niż arcynudnego "Czarnoksiężnika z Archipelagu" Ursuli le Guin.

To strasznie nierówna książka. W jednej chwili krótkie zdanie potrafi chwycić człowieka za serce i przypomnieć mu czasy, kiedy jako dziecko sam śnił o jednorożcach tańczących nad blokowiskami, a zaraz wszystko pikuje w dół, niemal rozbijając się z rozczarowaniem o beton. I wcale nie przeszkadza mi tu zabawa konwencją, formą i świadomość nieprawdziwości całej historii - to wcale nie jest złe, gdy bohater filmu czy książki stwierdza nagle ni z tego, ni z owego, że scenarzyści czy autor mogli wymyślić coś lepszego. Ale gdy powtarza się to parę razy, rozbawienie widza/czytelnika pryska i pozostaje tylko znużenie kogoś, komu opowiadają dowcip z taaaaką brodą. Kiedy książę opowiada o swych walecznych czynach, mamy już prawdziwą parodię baśni. Zdania typu: "odsyłam do niego wszystkie księżniczki, jakie mi się nawiną" naprawdę nieźle pasują do owej baśniowej-lecz nie całkiem na serio-rzeczywistości (tak jak zblazowany książę czytający czasopismo, gdy jego wybranka przyzywa jednorożca). Ale parsknięcia: "Pierwszy raz jesteś w baśni, czy co?!" już nie.

Momentami miałam ochotę wystawić tej książce ósemkę z minusem, lecz zaraz potem stwierdzałam, że szóstka to i tak już będzie za dużo. Stanęło na chwiejnej, rozedrganej, niepewnej siebie siódemce.

Mimo wszystko cieszę się, że jeszcze raz sięgnęłam po powieść Beagle'a. Nie nazwałabym tego arcydziełem, ale całkiem przyzwoitą lekturą - owszem.

---
Film na podstawie książki pamiętam jak przez mgłę. Co jakiś czas powracam jednak do wspaniałych piosenek napisanych przez zespół America. Są bezsprzecznie pięknie i prawdziwie poruszające. To właśnie dla tych piosenek historia Beagle'a warta była spisania.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Zajdel 2003



Zajdel 2003
(Fabryka Słów, Lublin 2003)


Co jakiś czas próbuję zrozumieć, o co chodzi z tą literaturą fantasy i jakoś przekonać się do niej. Nie przypominam sobie jednak, bym znalazła kiedykolwiek książkę z tego gatunku, która autentycznie by mi się podobała. I chociaż straszyło logo "Fabryki słów", postanowiłam dać temu zbiorkowi szansę.

"Zajdel 2003" to krótka antologia, na którą składają się cztery nominowane do tej nagrody opowiadania. Dwa z nich popełniła Anna Brzezińska, jedno Andrzej Pilipiuk i jedno znany dziennikarz Rafał Ziemkiewicz. Było to moje pierwsze zetknięcie z twórczością owych pisarzy. I oto jak oceniam to spotkanie.

Anna Brzezińska dobrze posługuje się językiem, ze swobodą i wprawą; ma gładki, dobrze opanowany styl, ale nie dość porywający, by wciągnąć mnie w opowiadaną historię. W przeciwieństwie do, dajmy na to, Iwaszkiewicza, którego zdarzało mi się czytać z przyjemności z obcowania z samą formą tekstu, tutaj ani sama forma, ani sama treść nie potrafią na dłużej przykuć uwagi. Przyznaję jednak, że jej dwa opowiadania biją na głowę całość "Więzów krwi" Kossakowskiej. Lecz mimo wszystko nie udało mi się ich przeczytać od deski do deski, bez przeskakiwania tekstu (poza tym, mimo świetnego stylu pierwszego opowiadania, jakoś wcale mnie nie śmieszy historyjka o rozpasanej seksualnie wiedźmie, która gotowa jest zmieniać się w kozę, by sobie dogodzić).

Podobnie było z opowiadaniem Pilipiuka - musiałam prześlizgiwać się po akapitach. Niczym nie wyróżniający się język. Nudna historia. Przewidywalny banał.

Najgorsze było opowiadanie Ziemkiewicza - nie potrafiłam uczepić się żadnego zdania i zwyczajnie pozwolić ponieść się narracji. Do tego sam pomysł... - wyobrażam sobie takich, co czytali tę historyjkę z szerokim uśmiechem, ja natomiast wynudziłam się jak mops, bezskutecznie usiłując odnaleźć jakieś przebłyski oryginalności.

Jeżeli to mają być najlepsze opowiadania polskiej fantastyki, to zdaje mi się, że gatunek ten nie ma mi absolutnie nic do zaoferowania.

Nie warto.

---

Z wielkim rozczarowaniem przeczytałam "Znak czterech" Doyle'a. To zdecydowania najnudniejsza z przygód Holmesa, z którymi do tej pory się zetknęłam.