Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 stycznia 2011

Imię Róży





*Umberto Eco – Imię Róży
(PIW, Warszawa 2001)

W wieku dwunastu lat przeczytałam „Don Kichota z La Manchy” (Borges uważał, o ile dobrze pamiętam, że idealny wiek na tę lekturę to czternaście lat). Nie wiem, jak odebrałabym go dzisiaj, ale w owym czasie książka bardzo mi się podobała. Cięta satyra na literaturę rycerską (i jednocześnie parodia konkretnych utworów) i na zachłyśnięte nią społeczeństwo w ogóle, jest w istocie rzeczy, tym, czym miała być w zamyśle autora – bardzo przyjemną lekturą. „Don Kichot...” urósł jednak do rangi jakiejś świętej relikwii, przypisuje mu się metafizyczne głębie, o których nie śniło się filozofom, a patrząc na ilość książek w stylu „Medytacje o Don Kichocie” czy „Poszukiwanie Ostatecznej Mądrości w Don Kichocie” (tytuły zmyślone, ale swego czasu napotykałam się co rusz na publikacje w tym stylu), można by przypuszczać, że obcujemy z dziełem niemal gnostyckim, a jego lektura przyczyni się do osiągnięcia nirwany czy innej formy dotknięcia Absolutu.

Coś podobnego dzieje się w sprawie „Imienia Róży”. Tę doskonałą lekturę traktuje się z wielkim nabożeństwem, a większość ludzi czyta ją jedynie po to, by pochwalić się w towarzystwie samym faktem „doczytania”. Mogę patrzeć na takich czytelników jedynie z niedowierzaniem, podobnie jak na tych, gotowych bić pokłony przed „wszech-geniuszem” Cervantesa, który najpewniej przewraca się w grobie.

„Don Kichota...” powinno czytać się za młodu, aby uniknąć obciążenia własnej jaźni całym tym mistycznym hołdem, jakim jest owiany. Trochę podobnie jest z „Imieniem Róży” – doradzam, aby ją przeczytać zanim przyjdzie nam poznać wszelkie ociekające zachwytem recenzje tych, którzy nas przestrzegają, że do tej lektury trzeba dojrzewać. I to długo.

Drogi Czytelniku, proponuję, byś uświadomił sobie, że historia ta miała się początkowo nazywać „Morderstwa w opactwie”. Osłoń się tym tytułem jak ochronną tarczą przed „ochami” i „achami” i  wszelkiego rodzaju nad wyraz nabożnymi i nagminnymi przejawami oddawania czci tej książce, powiedz sobie, że zasiadasz do dobrej powieści detektywistycznej i dopiero wtedy przystąp do lektury.

A lektura to naprawdę wyborna – dzieło erudyty i znawcy tematu, który w swym literacko-naukowym eksperymencie stworzyć chciał wciągający kryminał. I to mu się jak najbardziej udało. Zachwyca język, zachwyca konstrukcja, opisy i sama fabuła.

Osobiście zgrzyta mi jednak zbyt łatwa relatywizacja Prawdy – bo choć to świetny pomysł, aby poddać w wątpliwość możliwość dotarcia do niej za sprawą kryminału, gatunku, w którym wszak chodzi właśnie o odkrywanie prawdy, a jednocześnie umiejscowić akcję w średniowieczu (epoce, której bronił Chesterton, wskazując w niej zwłaszcza na oczywistość istnienia i porządku kosmosu, które dziś zdaje się nie mieć na nas żadnego wpływu, natomiast wówczas ogarniało wszystko), to jednak nasz „detektyw” nie przekonał mnie do swych mglistych racji, kwitując je słowami: „Jedyna prawda to uczyć się, jak uwolnić się od chorej namiętności do prawdy”. Zgadzam się z kardynałem Ratzingerem, który nazywa taką postawę „chorą ułudą mądrości”, przytaczając ów cytat z „Imienia róży” w swej arcyciekawej książce „Wiara, prawda, tolerancja. Chrześcijaństwo a religie świata” (Jedność, Kielce 2005 - Polecam!!). Nie kwestionuję oczywiście prawa autora do własnego zdania, (zakładając, że istotnie dzieli je z bohaterem) ale sposób w jaki bohater dochodzi do owego twierdzenia wydaje mi się nie końca przemyślany – właściwie trudno go jakoś logicznie i rzetelnie umotywować, podsumowując całą przedstawioną historię i śledząc jej przebieg (a przynajmniej takie wrażenie pamiętam z lektury) - nie wspominając o tym, że postawa "detektywa" jest z gruntu "nowoczesna", na pewno nie średniowieczna, bo i detektyw pisarza jest nowoczesny - tylko powierzchownie trzyma się surowej logiki, po prawdzie jednak nie potrafi dojść do logicznych konkluzji w kwestiach najistotniejszych.

Niezależnie od tego, czy "Imię Róży" jest czytane jako li tylko kryminał, czy też jako rozprawa z semiotykami, trzeba zdać sobie sprawę, że jest to opowieść w pewnym sensie fałszywa - nie oddająca ducha średniowiecza, a jedynie jakby jego zewnętrze (nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Eco bardziej interesuje estetyka niż etyka). Fałszywym jest ateizm, który nie mógłby być możliwy nawet w wieku reformacji, cóż dopiero w średniowieczu! Fałszywym jest podział na świata na tych, którzy starają się utrzymać go w stagnacji, a pochwalanymi przez autora burzycielami (fanatycy kontra nieuznający granic prześmiewcy i kompletny brak miejsca dla normalnych ludzi). Fałszem jest prezentowanie średniowiecza przez pryzmat współczesnych wątpliwości, urojeń i negowania prawdy dla samej możliwości negowania w pseudofilozofiach o zabarwieniu idealistycznym. 
  
Niemniej to naprawdę świetna książka o kunsztownej konstrukcji, znamienitej kompozycji i z doskonałym tempem narracji. Ale dla mnie to nic więcej niż dwa przyjemnie spędzone wieczory. Jestem pod wrażeniem, dobrze się bawiłam, ale nie mdleję z zachwytu.

7+/10

czwartek, 9 grudnia 2010

Zła wiadomość dla bibliofilów



Książki już teraz kosztują majątek, a od przyszłego roku ich ceny pójdą jeszcze w górę!

Jestem wzburzona. Miałam okazję potrzymać w dłoni najnowszą książkę Sapkowskiego - w ogóle mnie nie interesuje ten tytuł, ale nie mogłam się nadziwić, jak taka malutka, cieniutka książeczka może kosztować ponad trzydzieści złotych!

A jednak! - gdy patrzę po książkach z mojej rosnącej listy życzeń, trzydzieści złotych staje się minimalną ceną za tytuł. Lista się wydłuża, a ja nie mogę nic z niej wykreślić!

Biblioteki nic tu nie pomogą, bo te lokalne (jak moja) przodują w kupowaniu bestsellerów o jakości niemal równie żenującej jak ich treść. Nie ma mowy o lekturze wymagającej użycia intelektu. A jeśli nawet zdarzy się jakiś rodzynek - zbiorowa praca naukowa w twardej oprawie czy jakiś leksykon, są one dostępne jedynie na miejscu, w czytelni.

Nie wspomnę już o tym, że bibliofil jak ja chce mieć osobisty kontakt z książką - chce ją mieć na własność, żeby jej efektywnie używać, obcować z nią, zaznaczać na niej swą obecność i pozostawiać ślad tego, co w tej książce odnalazł. Dochodzi do tego praca twórcza - możliwość wracania po latach do potrzebnych cytatów, które się kiedyś zaznaczyło, do fragmentów, o których już się zapomniało, czerpanie z książek jako z materiałów źródłowych... Nie uśmiecha mi się płacić za ksero. (i niby gdzie miałabym trzymać taką stertę papieru! Już nie mówiąc o tym, że musiałabym zacząć to wszystko jakoś katalogować w segregatorach czy teczkach, by jakkolwiek się w tym połapać!) Do niedawna, kiedy nie miałam komputera, spisywałam co lepsze cytaty ręcznie, malusieńkim pismem w grubym notatniku, ale podobne wyjście przypomina momentami katorgę. Teraz czasem zapiszę coś na komputerze, ale to też nie jest rozwiązanie.

Co prawda mówi się, że książki są za drogie, ale szybko odwraca się uwagę innymi kwestiami, które rzekomo wpływają na fakt, iż Polacy coraz mniej czytają. A ja mówię - nie odwracajcie uwagi mediami elektronicznymi czy innymi wykrętami! Książki są stanowczo za drogie! Koniec kropka! Przeciętnego Polaka nie stać na nie! Dopóki tego problemu się nie rozwiąże, wszystko inne będzie tylko nieistotne i nie warte, by się temu bliżej przyjrzeć!


 ---
Ostatnio więcej gram niż czytam (kolejka gier). Udało mi się jednak kupić kilka używanych kryminałów Gardnera: "Sprawę szantażowanego męża", "Sprawę przełożonego morderstwa", "Sprawę podzielonego domu", "Sprawę zakochanej ciotki", "Sprawę fałszywego obrazu" i "Sprawę świetlistych śladów". Przy okazji przeczytałam powtórnie "Sprawę lodowatych dłoni".

środa, 10 listopada 2010

Kot, który czytał wspak


Lilian Jackson Braun - Kot, który czytał wspak
(Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1997)

Kociarzom można opchnąć wiele bubli, jeśli tylko będzie się o kotach wyrażać nabożnie. Najlichsza historia będzie dla nich godna wielu superlatyw, jeśli tylko pojawi się w nich kot. Zawsze mądry i piękny, przyprawiający ludzi o kompleks niższości. Wiedzą o tym wydawcy - u nas już też można nabyć antologie opowiadań dla właścicieli kotów. Oczywiście wszystkie będą pokrzepiające i wzruszające. Żadne nie poruszy wątku kota, który dostał wścieklizny i wydrapał opiekunowi twarz. "Kot, który czytał wspak" również jest dla kociarzy. I chyba tylko dla nich.

Teoretycznie jest to kryminał, ale na zbrodnię trzeba poczekać tak do połowy książki. Mamy tu bardzo słabiutką, niemrawą intrygę, brak gęstniejącej atmosfery i niespodziewanych zwrotów akcji, brak poszlak i wskazówek, które mogły by zmylić czytelnika, a jednocześnie pobudzić go do główkowania, wreszcie nieobecność pełnokrwistych bohaterów, którymi można by się przejąć (Holmes, Poirot czy nawet Perry Mason albo Marlowe potrafili chociaż jakoś zaznaczyć swą indywidualność). Nie ma zaskakującego finału, a morderca wyłania się tak jakby znikąd. Styl jest prosty i pozbawiony fantazji, ale przynajmniej łatwo się tę niegrubą książeczkę czyta.

To naprawdę lichy kryminał, ale miał szczęście poruszać jedno zagadnienie, które bardzo mnie interesuje: malarstwo. Przez to jedno właśnie postanowiłam doczytać go do końca, co przy prostocie języka nie było szczególnie trudne. No i jest kot! W sumie tylko on jeden się tu liczy. Kociarzom niczego więcej nie będzie potrzeba.

5=/10

piątek, 5 listopada 2010

Kryminały E.S. Gardnera



Bardzo lubię kryminały, a najbardziej ze wszystkich kryminałów lubię te napisane przez Erle'a Stanleya Gardnera, twórcy postaci niezłomnego prawnika-detektywa, Perry'ego Masona, który w Stanach od dawna jest już ikoną, równie rozpoznawalną co Myszka Miki czy James Bond, a który u nas dopiero zdobywa popularność.

Coś, co odróżnia kryminały Gardnera, to aspekty prawne - główny bohater jest adwokatem, który wikła się w zagmatwane (delikatnie mówiąc) afery, podejmując ryzykowne i nieraz doprawdy karkołomne wyczyny, byle tylko ochronić swych klientów - nawet jeśli ci ostatni (co zdarza się często) okłamują go i próbują wykiwać. Towarzyszą mu piękna i bez reszty oddana Della Street - ideał asystentki oraz Paul Drake - właściciel agencji detektywistycznej, która zdaje się utrzymywać głównie dzięki zleceniom Masona. Najsmakowitsze fragmenty fabuł to właśnie moje ulubione przepychanki sądowe, branie świadków w krzyżowy ogień pytań, utarczki z bezwzględnymi prokuratorami, oskarżenia o fałszowanie dowodów i współudział w zbrodni, kruczki prawne, precedensy, niesprawiedliwe (ale legalne) działania policji, pułapki interpretacji poszlak, podnoszone wciąż sprzeciwy i oskarżenia... Klienci Masona często utrudniają zamiast pomagać (nieraz nad głową prawnika zawisa groźba wieloletniego więzienia i utraty prawa do wykonywania zawodu), prokurator okręgowy marzy tylko o tym, by go pogrążyć, policjanci traktują go niemal jak kryminalistę, a świadkowie dają się władzom urabiać jak glina.

Wydarzenia następują bardzo szybko - akcja gna niemal bez tchu, by doprowadzić nas do sali sądowej, gdzie dochodzi do pojedynku dwóch zażarcie walczących stron, z których tylko obrona usiłuje własnym wysiłkiem dojść do prawdy o faktycznych zdarzeniach. Można wiele zarzucić dziełom Gardnera, ale na pewno nie to, że nic się w nich nie dzieje i jest nudno. Gardner nie zna czegoś takiego, jak niepotrzebne dłużyzny, opisy ogranicza do minimum (co jednak prowadzi do takich skrajności, że czytelnik nigdy w zasadzie nie dowiaduje się, jak wygląda Perry Mason!!), obce mu są dygresje, a większą część stron zajmują dialogi.

Wadami tych powieści jest ich schematyczność. Zwykle uwagę Masona przykuwa ciekawe zjawisko (np. identyczne ubrane brunetki na każdym rogu ulicy albo kulawy kanarek w klatce), które zaprowadza go w całkowicie poplątaną i często niebezpieczną intrygę (trup ściele się gęsto), prawnik ściga się z policją, usiłując ochronić swoich klientów (czy to kiedykolwiek był ktoś inny niż piękne kobiety? - nie pamiętam), narażając nie tylko karierę, ale i własne życie, a wszystko zmierza do zażartej walki w sądzie, w którym Perrym Mason staje na - zdawałoby się - z góry straconej pozycji.

Schematyczna (nawet bardzo schematyczna) struktura to jedno. Dalej mamy takie kwiatki, że do Masona przychodzą jedynie piękne, atrakcyjne kobiety, z których każda ma świetną figurę i rewelacyjne nogi. Jedynie jego telefonistka jest pulchna i... to w zasadzie wszystko o niej wiemy - autor traktuje ją po macoszemu, obdarzając ją tuszą i wybujałą wyobraźnią. Można też wytknąć to, że niektóre sprawy są zbyt wydumane (ale i tak nie w ten natrętny sposób, jak choćby u Agathy Christie, gdzie mamy człowieka ze szklanym okiem i najważniejsze jest to, co znalazło się w jego ograniczonym polu widzenia). Z biegiem czasu Mason robi się też zbyt kryształowy - broni klientów zawsze i wszędzie (niepomny na to, że próbują go wrobić - jak w "Aksamitnych pazurkach"), a w rezultacie okazuje się, że jego klienci (właściwie - klientki),  zawsze są absolutnie niewinni. Wielka szkoda, bo wychodzi na to, że kryształowy adwokat broni jedynie tych niewinnych (i często pięknych) jak lilie. Jednak dla dobrych potyczek sądowych na wiele można przymknąć oko. 

Gwoli sprawiedliwości trzeba też dodać, że Mason, choć uczciwy i lojalny, balansuje czasem na granicy etyki i prawa - podrabia np. dowody (jak szklane oko) czy wynajmuje dublerki dla swoich klientów, by zmylić świadków czy podważyć ich zeznania - nigdy jednak nie twierdzi, że coś, co podrzuca tu czy tam, jest faktycznym dowodem w sprawie albo że jego klientka była tam, gdzie wie, że nie była, i w rezultacie okazuje się, że w gruncie rzeczy nie można mu niczemu zarzucić. Nie kłamie. Tyle że nie mówi całej prawdy.

Chyba najciekawszą książką wydaną w Polsce jest "Sprawa wyjącego psa". A to dlatego, że Mason nie jest w niej tak etycznym i uczciwym prawnikiem, jakim jawi się w późniejszych powieściach. Na dobrą sprawę jest to chyba jedyna z przetłumaczonych powieści, w których Mason nie dochodzi do prawdy i nie przedstawia nam faktycznego przebiegu zdarzeń. Twierdzi, że wybronił w sądzie jedną z możliwych interpretacji zdarzeń, obronił klientkę, a reszta go nie interesuje. Wielka szkoda, że Gardner nie pozwolił mu takim pozostać do końca - to czyniło z niego znacznie ciekawszą postać, a do tego ukazywało, jak trudno jest ludziom rozeznać się w świecie tylu odcieni szarości, gdzie biel i czerń nie są w zasadzie spotykane (bo nawet gdy są, nie widzimy ich takimi, jakimi są w istocie).


Chociaż kryminały Gardnera to rozrywkowe książki dobre na wieczór albo do czytania nad basenem, autorowi bardzo zależało, by przekonać opinię publiczną do potrzeby rozwoju medycyny sądowej, kształcenia i lepszego uposażania lekarzy sądowych i patologów. Przerażało go, że śmiesznie łatwo można skazać niewinną osobę, opierając się na fałszywej interpretacji poszlak, oraz to, że obywatele nie znają w zasadzie swych praw i pozwalają sobą sterować policji.

Mam trochę zarzutów, co do tłumaczeń. Nie wiedzieć czemu Mason prawie nigdy nie używa wołacza (dzięki czemu wciąż mamy: "Połącz mnie, Della!" zamiast "Połącz mnie, Dello!"), zaś ostatnio - czego już zupełnie nie rozumiem - natknęłam się na postacie mówiące: "Tak, ma'am", co przecież powinno być przełożone na: "Tak, proszę pani".

Kończąc, powiem tylko, że powieści o Perrym Masonie to jedne z najlepszych i najciekawszych kryminałów z jakimi się zetknęłam. Złapałam się na tym, że z zadowoleniem wyczekuję chwili, gdy fabuła dość zatrze mi się w pamięci, by móc przeczytać daną książkę ponownie i jeszcze raz cieszyć się z zażartych sądowych potyczek.

Polecam!!!



---
 Pozycje, które przeczytałam:

Sprawa aksamitnych pazurków/Aksamitne pazurki (The Case of the Velvet Claws)
Sprawa bigamisty (The Case of the Bigamous Spouse)
Sprawa blondynki z podbitym okiem/Blondynka z podbitym okiem (The Case of the Black-Eyed Blonde)
Sprawa fałszywego biskupa (The Case of the Stuttering Bishop)
Sprawa fałszywego obrazu (The Case of the Reluctant Model)
Sprawa haczyka z przynętą (The Case of the Baited Hook)
Sprawa jednookiego świadka (The Case of the One-Eyed Witness)
Sprawa kulawego kanarka (The Case of the Lame Canary)
Sprawa leniwego kochanka (The Case of the Lazy Lover)
Sprawa lodowatych dłoni/Lodowate dłonie (The Case of the Ice - Cold Hands)
Sprawa mądrych małp (The Case of the Mythical Monkeys)
Sprawa nerwowej żałobniczki (The Case of the Anrgy Mourner)
Sprawa niebezpiecznej wdówki (The Case of the Dangerous Dowager)
Sprawa niecierpliwych spadkobierców (The Case of the Horrified Heirs)
Sprawa niedobudzonej żony (The Case of the Half-Wakened Wife)
Sprawa nieostrożnego kotka (The Case of the Careless Kitten)
Sprawa odłożonego morderstwa (The Case of the Postponed Murder)
Sprawa opanowanej złodziejki (The Case of the Shoplifter's Shoe)
Sprawa opieszałego Kupidyna (The Case of the Careless Cupid)
Sprawa pięknej żebraczki (The Case of the Beasutiful Beggar)
Sprawa podmienionego zdjęcia (The Case of the Substitute Face)
Sprawa podwójnej tożsamości (The Case of the Foot-Loose Doll)
Sprawa przebiegłej laluni (The Case of the Mischievous Doll)
Sprawa przedziwnej mężatki (The Case of the Curious Bride)
Sprawa rezolutnej rozwódki (The Case of the Daring Divorcee)
Sprawa samotnej dziedziczki (The Case of the Lonely Heiress)
Sprawa siostrzenicy lunatyka/Siostrzenica lunatyka (The Case of the Sleepwalker's Niece)
Sprawa szczęśliwego hazardzisty (The Case of the Lucky Loser)
Sprawa sztucznego oka (The Case of the Counterfeit Eye)
Sprawa śmiercionośnej zabawki (The Case of the Deadly Toy)
Sprawa świetlistych śladów (The Case of the Fiery Fingers)
Sprawa uciekających zwłok (The Case of the Runaway Corpse)
Sprawa upartej kłamczuchy (The Case of the Fabulous Fake)
Sprawa upolowanego wilka (The Case of the Waylaid Wolf)
Sprawa władczej klientki (The Case of the Queenly Contestant)
Sprawa wyjącego psa (The Case of the Howling Dog)
Sprawa wynajętej brunetki/Potrzebna atrakcyjna brunetka (The Case of the Borrowed Brunette)
Sprawa zdenerwowanej wspólniczki (The Case of the Nervous Accomplice)
Sprawa zielonookiej siostry (The Case of the Green-Eyed Sister)
Sprawa znikającej staruszki (The Case of the Spurious Spinster)

sobota, 30 października 2010

Wątpliwości księdza Browna

G. K. Chesterton - Wątpliwości księdza Browna
(Interpress, Warszawa 1992)

Mój problem z powieściami Chestertona polega na tym, iż nie mogę się pozbyć wrażenia, iż pisane one były pod jakiś obraz, który zamajaczył w głowie pisarza. Obraz tak go poruszający, że był gotów ułożyć całą fabułę, byle tylko tę wizję gdzieś w niej niepostrzeżenie umieścić, usprawiedliwić i zostawić ją światu. Była na przykład scena w jednej z opowieści ze zbioru "Przygody księdza Browna" (Fronda, Warszawa 2008), w której nasz ksiądz widzi w ciemnym pomieszczeniu diabła... i przez to poznaje, że ma do czynienia ze zwykłym lustrem.

Zresztą, czytając wyżej wspomniany zbiór, nie mogłam poskromić myśli, że Chesterton ma w sobie jakiegoś niespełnionego autora horrorów - że pociąga go posępny nastrój światów Poego, w który nie chce się doszczętnie zanurzać, ale który nieodparcie go kusi, przyzywa i rozpala jego wyobraźnię. Nieco później okazało się, że Borges miał w tej materii identyczne do mojego zdanie.

W zbiorze "Wątpliwości księdza Browna" ten złowieszczy, tajemniczy nastrój nie jest aż tak namacalny, jak w zbiorze wydanym przez Frondę (chociaż znajdują się tu dwa teksty, które możemy przeczytać i w tamtym zbiorze). I chociaż budowania nastroju powinno się za wszelką cenę unikać w powieściach kryminalnych, trudno by było się go wyzbyć w sytuacji, gdy - wedle zamierzeń autora - cały świat staje na głowie i traci rozsądek. Tak zwani racjonaliści i dumni nie wiadomo z czego ateiści są tu gotowi uwierzyć w każdą niedorzeczność, gdy tylko zostaną skonfrontowani ze zdarzeniami, których nie potrafią wyjaśnić. Jedynie prostoduszny katolicki ksiądz zachowuje rozsądek i tłumaczy im, że nie ma żadnego koła przeznaczenia, złowrogiego fatum, niewoli losu ani niewoli dziedziczności, ale ludzka zbrodnia. Mówi: "To było morderstwo, ale morderstwo jest wynikiem woli, którą Bóg stworzył wolną".

Jak już pisałam wcześniej na tym blogu, nie przepadam za prozą Chestertona. Przeszkadzają mi jego niby mistyczne, niby baśniowe wizje (jak zwycięska postać bohatera z "Napoleona z Notting Hill") i nastrój niby z oparów sennej mgły. Ale to dobra literatura, warta tego, by się z nią zapoznać.

Przyznam, że zakochałam się w zdaniu: "Z charakterystycznym wyczuciem dramatyzmu przeżeglował jak okręt do drzwi (...)". Piękne!

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Nefrytowy różaniec



Boris Akunin - Nefrytowy Różaniec
(Świat Książki, Warszawa 2009)


Nie lubię "detektywa" Erasta Fandorina. Jest on dla mnie jeszcze mniej wiarygodną postacią niż detektyw Monk. Niesłychanie piękny (wszystko w nim jest doskonałe), znający techniki walki wojowników ninja (na szczęście nie jest niezwyciężony i czasem dostaje po głowie), a przy tym obarczony dwoma fenomenami:
- momentalnie przestaje się jąkać ilekroć odgrywa jakąś rolę (mistrz kamuflażu)
- ZAWSZE, absolutnie zawsze wygrywa w grach losowych.

Ciekawe, że sam określa te dwa zjawiska mianem "fenomenów", ale w zdarzenia nieprawdopodobne nie wierzy.

Tak więc nie lubię Fandorina (dlatego najbardziej podobał mi się "Walet Pikowy", gdzie nie jest on głównym bohaterem), ale w małych dawkach jego przygody są całkiem strawne. A właśnie z siedmiu krótkich opowiadań i trzech większych historii "Nefrytowy różaniec" się składa.

Trudno te historie uznać za szczególnie porywające, ale z racji sprawnej, gładkiej narracji całość czyta się całkiem przyjemnie.

Ciekawe, że kolejne historie nawiązują do wybranych przez autora pisarzy. Np. Sanyuutei Encho pozostawił nam po sobie wspaniałą "Dziwną historię o upiorach z latarnią w kształcie piwonii" (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981). Opowiadanie Akunina jemu poświęcone porusza wątki demonów japońskich właśnie. Z kolei opowiadanie nawiązującie do Patricii Highsmith - autorki "Znajomych z pociągu" - przedstawia podobną do jej książki historię.

Żadne z opowiadań nie jest jednak pastiszem (szkoda, to mogłoby być ciekawe), a raczej dzięki pewnym elementom nawiązuje do tego a nie innego pisarza.

Szkoda tylko, że Akunin pokusił się o wplecenie do jednej z historii Sherlocka Holmesa i jego wiernego pomocnika Watsona. Nic tak nie obniża wiarygodności jednej fikcyjnej postaci jak spotkanie z inną fikcyjną postacią - do tego ikoną! (Czy naprawdę wszyscy muszą się spotykać z Holmesem? Naprawdę?)
Mały minus dodaję za pannę Palmer (anagram Marple) - mdłą i najzupełniej niepotrzebną kalkę innej słynnej fikcyjnej postaci.

7-/10

---

Przeczytałam ostatnio także "Tajemnicę wilii" Doyle'a, "Morderstwo na polu golfowym" Christie oraz "Sprawę podmienionego zdjęcia" Gardnera. Gdybym miała z tych czterech kryminalnych książek (łącznie z Akuninem) wybrać tę najciekawszą, wskazałabym na "Sprawę...", ale wszystkie czytało mi się dobrze i każda warta jest polecenia na odprężający wieczór z książką.

sobota, 5 czerwca 2010

Dekorator





Boris Akunin - Dekorator
(Świat Książki, Warszawa 2003)


Okładka głosi: "Kryminał retro wysokiej próby. Pamięci wieku XIX, kiedy to literatura była wielka, wiara w postęp - bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i wykrywano ze smakiem tudzież elegancją".

Nie ze wszystkim można się zgodzić. Opowieść o bestialskim mordercy - Kubie Rozpruwaczu, nigdy nie będzie elegancka, nieważne jak łagodnych słów się użyje. I rzeczywiście, ta powieść nie jest, z racji samego tematu, tak lekka i w dobrym tonie jak "Walet pikowy", którego miałam okazję przeczytać.

Dlaczego książki Akunina są tak popularne? Po pierwsze - są pisane prostym, przejrzystym językiem, zwięzłym, oszczędnym, stroniącym od dogłębnych analiz psychologicznych, analitycznych charakterystyk emocjonalnych i długich, tworzących liryczny nastrój opisów stylem. Po drugie - dbałość o język i lekkość narracji przy jednoczesnym umiejscowieniu akcji w XIX-wiecznej Moskwie wprowadza nostalgiczny nastrój i przypomina o wielkiej literaturze tamtych czasów. W rezultacie daje nam to lekkie, nieskomplikowane, zwięzłe w treści i formie kryminały, które ze względu na potrącanie nostalgicznych strun, giętkość i doskonałość językową plasują się wyżej od typowych opowieści o dzisiejszych detektywach.

Nie wszystko jednak jest tu perfekcyjne. Opowieść jest zwięzła, ale momentami zdaje się aż nazbyt zwięzła. Akunin nie pozwala sobie jednak na rozciąganie opisu, dogłębne i drobiazgowe budowanie nastroju, a tym bardziej na analityczną psychologię postaci. Nie skupia się na przeżyciach bohaterów, nie rozpisuje się o tym - pozwala, by narrator ujął sprawę nadzwyczaj zwięźle i treściwie, co chwali się w przypadku kryminałów, ale jednocześnie pozostawia niedosyt, zwłaszcza jeśli autor ma rzeczywiście plasować się po środku - między tanimi kryminałami a Dostojewskim.

W "Dekoratorze" nie przypadło mi do gustu rozwiązanie zagadki Kuby Rozpruwacza, a szczególnie fakt, że czytelnik może poznać sposób jego myślenia, dzięki urywkom z jego pamiętnika. W grze komputerowej "Sherlock Holmes kontra Kuba Rozpruwacz" twórcy ułożyli prostszą historię, ale użyli genialnego wybiegu - nie pozwolili londyńskiemu mordercy ani razu się odezwać, nie dali mu się wytłumaczyć - jedynie na samym końcu samą mową ciała dano mu odegrać sceny swoich zbrodni i to, co podczas ich popełniania przeżywał. Genialny, pozostawiający głębokie wrażenie manewr! Kuba Rozpruwacz Akunina nie jest przekonujący. W porównaniu z sylwetką mordercy z wyżej wspomnianej gry wydaje się on być zbyt... książkowym, wydumanym. Usunięcie urywków jego pamiętników dałoby o wiele lepszy efekt, a prawdziwa postać bestialskiego mordercy nie zostałaby przez to tak... jakby to ująć?... odrealniona. Do tego twórcy gry nie zapomnieli podać powodu, dla którego zbrodnie Rozpruwacza, fikcyjnie rozwiązane przez detektywa z Baker Street, nie mogą zostać oficjalnie wyjaśnione - czyli że nawet gdyby Sherlock Holmes był postacią realną i tryumfującą w śledztwie, zbrodnie mordercy do dziś pozostałaby dla nas zagadką (co, mimo użycia ich dla potrzeb fikcji, nie burzy realnej grozy ich nieludzkiej potworności). U Akunina możemy się tylko domyślać, że sprawa zostanie zatuszowana (a morderca, niestety, nie wydaje się już prawdziwą postacią historyczną).

Powieść nie podobała mi się tak bardzo jak "Walet pikowy" (nie tylko ze względu na dużo cięższy temat), ale to dobra, wciągająca lektura.

7/10

sobota, 4 października 2008

Dwanaście prac Herkulesa



Agatha Christie – Dwanaście prac Herkulesa
(Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1998)

Przeczytałam tę książkę równo dziesięć lat temu. W pamięci została mi tylko odpychająca okładka. Postanowiłam przeczytać ją ponownie. I już wiem, czemu zupełnie zapomniałam jej treść.

Detektywistyczną twórczość królowej kryminałów można z grubsza podzielić na dwie grupy: kryminały udane i kryminały słabe, przy czym w każdej z nich znalazłoby się porównywalnie tyle samo książek. „Dwanaście prac...” zaliczam do tej drugiej grupy.

Otrzymujemy oto dwanaście nudnych opowiadań całkowicie pozbawionych napięcia i wyczekiwania na to, aż Poirot zechce wreszcie z łaski swojej wskazać palcem winowajcę. Trudno przejąć się historią porwanego pekińczyka, czy też poszukiwaniem pokojówki, w której zakochał się mechanik samochodowy. Nie trudno też domyślić się zakończeń takich opowiadań jak to o obłąkanym synu czy o szpetnych damach z Polski (!) – kto czytał już wcześniej jakieś utworki z Poirotem i panną Marple w rolach głównych, ten w najmniejszym nawet stopniu nie będzie zaskoczony.

Można, nie trzeba.

5/10

Swoją drogą, trochę to smutne, że wciąż nie znalazł się nikt, kto mógłby równać się z Agathą Christie (osobiście wolę czytać Gardnera, ale to trochę inne „klimaty”). Nie wszystko, co napisała, warte jest uwagi (nie znoszę „Tajemniczego pana Quina”, nie cierpię „Detektywów w służbie miłości”, wynudziłam się przy „Śledztwie na cztery ręce” i omal nie odrzuciłam w kąt „Przyjdź i zgiń” razem z „Wigilią Wszystkich Świętych” i „Trzecią lokatorką”), ale udało jej się stworzyć parę perełek, które chłonie się z czystą przyjemnością.

Polecam szczególnej uwadze niniejsze pozycje:
-Pułapka na myszy
-I nie było już nikogo
-Kurtyna
-Kieszeń pełna żyta
-Dom zbrodni
-Morderstwo na polu golfowym
-Wielka Czwórka.

sobota, 16 sierpnia 2008

Obskurny hotel i nędzna kawiarnia

WOJCIECH SZYDA – HOTEL „WIECZNOŚĆ”
(Supernowa, Warszawa 2005)
Takie czasy. Wmawiają nam, że sojowa papka smakuje jak wyborny kotlet. A tu nie dość, że brak jakiegokolwiek smaku, to jeszcze nie ma co ugryźć!

Moje oczy i myśli nieustannie uciekały od tekstu. Najpierw mnie nudził. Potem odstręczał. Na końcu nudził z podwójną siłą.

Przepis? Poszatkowane skrawki Piekła „Boskiej komedii” wymieszane z fascynacją Borgesem (zwłaszcza „Biblioteką Babel”), dumą z własnej erudycji, cienkim i oklepanym cyber-punkiem (znowu ten „Matrix”), szczyptą tak modnej "metafizyki," a wszystko dopełnione wariacją na temat rozszczepienia jaźni i chorób psychicznych (od czasu filmu „Tożsamość” to motyw nadzwyczaj chętnie wykorzystywany) oraz bohaterami, którymi niezwykle trudno się przejąć. Słowem – papka intelektualisty z ambicjami.

3-/10



MICHAŁ RUSINEK ; ANTONINA TURNAU – PROWINCJONALNE ZAGADKI KRYMINALNE
(Prószyński i S-ka, Warszawa2006)

Pierwsza zagadka mnie rozbroiła – nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy to po raz ostatni słyszałam coś równie naciąganego! Druga poraziła prostotą absurdu. Przy trzeciej opadły mi i ręce i spodnie.

Może to się sprawdziło jako cykl słuchowisk (takie małe bzdurki do posłuchania przy myciu naczyń czy obcinaniu paznokci u stóp), ale fani Agathy Christie czy Erle’a Stanleya Gardnera powinni ów zbiorek żenujących zagadek kryminalnych (myślałam, że ta oznaczona numerem 7 jest szczytem idiotyzmu, ale potem było jeszcze gorzej!) omijać szerokim łukiem.

Pożyczcie z biblioteki, żeby się pośmiać (z niedorzeczności) i porządnie zdziwić (że ktoś to w ogóle wydał), ale nie wydawajcie na to pieniędzy!

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Niekoniecznie

Image Hosted by ImageShack.us

ARCYDZIEŁA CZARNEGO KRYMINAŁU – pod redakcją Petera Haininga
(Prószyński i S-ka, Warszawa 2008)

Peter Haining już raz srodze mnie rozczarował antologią „Tygrys tu, tygrys tam”, toteż nie spodziewałam się wiele po tym zbiorze. Całkiem słusznie.

Ledwie trzy opowiadania zasługują w nim na uwagę: „Pani mówi: Umrzyj!”, które przyjemnie się czyta, „Baaardzo śmieszne”, które zwraca uwagę prostym, ale jednocześnie intrygującym pomysłem, oraz „Zegarek”, który jest...jak uderzenie workiem bobu po twarzy (musicie sami się o tym przekonać!). Wyłączając te trzy pozycje, całość nie zasługuje na więcej niż na słabą piątkę w mojej dziesięciopunktowej skali.

5-/10

Image Hosted by ImageShack.us

STEPHEN LAWS - POMROKA
(Przedsiębiorstwo Wydawnicze Rzeczpospolita S.A., Warszawa 2008)

To opowieść o ścianach, które połykają ludzi. Wygłodniali fani „Strefy mroku”, którzy rozpaczliwie poszukują paranormalnych klimatów, mogą śmiało sięgnąć po tę pozycję. Ale niech najpierw upewnią się, że na pewno przeczytali już wszystkie dzieła Lovecrafta.

5+/10

czwartek, 24 lipca 2008

Kryminał z klasą

Image Hosted by ImageShack.us



ERLE STANLEY GARDNER – SPRAWA WYJĄCEGO PSA
(Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2002)

Doskonały kryminał! Jeszcze nigdy czytanie gatunku nie było tak relaksujące! Tekst jest płynny, niezwykle lekki w swej prostocie, zwarty, a ile w nim werwy!

Akcja przebiega błyskawicznie, kolejne wydarzenia następują po sobie z prędkością strzałów z pistoletu maszynowego – nie ma mowy o odłożeniu książki na później!

Polecam! Polecam! Polecam!

8+/10

wtorek, 22 lipca 2008

Bez cienia blasku

Image Hosted by ImageShack.us


PETER LOVESEY - DETEKTYW DIAMOND I ŚMIERĆ W JEZIORZE
(Amber, Warszawa 2008)

Okładka głosi: "Kryminał doskonały dla miłośników Agathy Christie, pełen niekonwencjonalnych postaci i wyrafinowanego humoru". A ponadto: "Powieści Loveseya, przełożone na 25 języków i wielokrotnie ekranizowane, zostały uznane za doskonałe". Okładki zwykle obiecują tak wiele, a książki dają z tego mniej niż mało.

Niekonwencjonalne postaci - brak.
Wyrafinowany humor - nie stwierdzono.

Nie wiem, co miałoby czynić tę powieść doskonałą, bo na pewno nie jest tym czymś brak zaskakującego zakończenia czy wstrząsających zwrotów akcji.

Można oczywiście przeczytać, ale polecam to tylko NAPRAWDĘ wygłodniałym fanom kryminałów. Wieje potworną nudą. Powieść jest nadmiernie rozwleczona, a przy tym brak jej ciekawych, przykuwających uwagę postaci.

Dodatkowo zaniżam ocenę za błędy zarówno tłumacza, jak i redaktora.

Detektyw Diamond to rzeczywiście diament - bez szlifierki nie podchodź! 3-/10