Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philip K. Dick. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philip K. Dick. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 kwietnia 2011

Wielka księga Science Fiction t.1&2



Wielka księga Science Fiction  tom 1 & 2
(Fabryka Słów, Lublin 2011)

„Fabryka Słów” wreszcie wydała coś, co autentycznie da się przeczytać bez zażenowania, niesmaku i znużenia. Zapewne dlatego, że niniejsza antologia opowiadań jest po prostu tłumaczeniem gotowej książki z angielskiego, a nie towarem własnym - wypromowywaniem rodzimych autorów i produkowaniem tak zwanych pisarzy (Fabryka Słów to wspaniała nazwa własna dla firmy wypluwającej co rusz literacką papkę bez głębszej treści czy chociażby niezłej formy). Wydawnictwo podzieliło oryginalną książkę na dwa tomy, w związku z czym otrzymujemy dość słabe czytadło w postaci tomu pierwszego i odrobinę lepsze w postaci tomu drugiego.

Napisy na okładce jak zwykle są przesadzone – tak jest i w tym przypadku: z rzekomo najbardziej intrygujących tekstów z historii gatunku otrzymujemy zaledwie kilka naprawdę dobrych wymieszanych z resztą, która jest co najwyżej poprawna językowo. I nic ciekawszego nie da się o nich powiedzieć. Proszę nie spodziewać się żadnych arcydzieł! Za przykład niech posłuży opowiadanie Dicka: dobry, poprawny tekst, ale z pewnością NIE najbardziej intrygujące ze wszystkich jego krótkich form.

Z tomu pierwszego jedynie „Bilet na Tranai” potrafi przykuć uwagę. Z drugiego polecałabym „Wyprawę do czarnej dziury” oraz „Cień i Mrok”. Reszta to tylko niespecjalnie porywające czytadła na nudny wieczór. Szczególnie nie podobały mi się "Skrawki" i "Prawdziwy puls maszyny" – to ostatnie ma nawet ciekawy zamysł, ale styl autora i ogólna kompozycja nudziły mnie i zniechęcały.

Lepiej poczytać opowiadania Dicka.

sobota, 13 listopada 2010

Philip K. Dick - opowiadania


Philip K. Dick - Krótki szczęśliwy żywot brązowego oxforda
(Prószyński i S-ka, Warszawa 2000)

Philip K. Dick - Czysta gra
(Prószyński i S-ka, Warszawa 1999)

Philip K. Dick - My zdobywcy
(Prószyński i S-ka, Warszawa 1999)

Philip K. Dick - Oko Sybilli
(Prószyński i S-ka, Warszawa 2000)

Ze wstępu do "Oka Sybilli": " Proza Dicka rzadko kiedy bywa błyskotliwa, często wręcz wydaje się wprost nieporadna. Bohaterowie, nawet ci z najlepszych opowiadań, mają "głębię" sitcomu z lat pięćdziesiątych. (...) Dick zadowala się narracją równie prostą - nawet prostacką - jak narracja komiksu".

Niektóre opowiadania są wyjątkowo słabe ("Roog"), inne zwyczajnie nudne jak flaki z olejem ("Czaszka"). Banalnie przewidywalne zakończenie to standard, a formą trudno się zachwycić (chociaż to zapewne ta niewyszukana prostota sprzyja popularności). Banalność niektórych rozwiązań fabularnych dorównuje naiwności stawianych pytań - np. "czy lepiej mieć przywódcę, czy myśleć samodzielnie?". Nie rozumiem dlaczego miałoby to się wykluczać. Drażnią też inne naiwności - roboty, które sprzeciwiają się prowadzeniu wojny a w zamian zmuszają ludzi do zaprowadzenia pokoju i pielęgnują dla nich całą planetę (ratunku!) albo pomysł, że ogólnoświatowa anarchia, czyli pozbycie się wszystkich rządów, wszelkiej władzy zwierzchniej, zapobiegnie wszystkim wojnom (a anarchiści zgodnie i tłumnie pozbędą się wszelkiej broni atomowej).

Opisy na okładkach mówią nam, że znajdziemy w tych antologiach takie arcydzieła jak: "Złoty człowiek", "Czysta gra" czy "Ostatni władca". Ale o ile "Złoty człowiek" przedstawia całkiem interesujący pomysł, to pozostałe dwa rzekome "arcydzieła" sprawiają głęboki jak rów oceaniczny zawód. I tak będzie z każdym tomem tej antologii, jeżeli zawierzymy opisom - jeżeli damy się nabrać, że naprawdę obcujemy z czymś wyjątkowym - że zobaczymy choć przebłysk istnego geniuszu.

Pod względem czysto technicznym opowiadania jednego z najpopularniejszych twórców science-fiction mogłyby nierzadko stanowić wzór jak nie pisać (chyba że celem aspirującego pisarza byłaby szablonowość i brak głębi psychologicznej, a także niewyszukany styl, ograniczone słownictwo i powtarzane do znudzenia środki wyrazu - jakoś mogłam przełknąć, gdy bohater knujący niecne zamiary zaciera ręce, ale gdy zrobiła to niecna maszyna, moje własne ręce opadły wymownie). Jednego jednak Dickowi nie można odmówić - pomysłowości. I to chyba dlatego tak chętnie sięga się po jego prace - dla samych pomysłów przedstawionych nam z całą prostotą i niemalże naiwną szczerością narratora.

Dla mnie opowiadania Dicka są jak "Opowieści z krypty" czy "Strefa mroku" - uwielbiam takie historie, uznając jednocześnie całą ich sztampę, banalność, słabość formy i wykonania, swoistą naiwność, a także często zupełnie naciągane wątki. A ponieważ lubię takie krótkie historyjki z dreszczykiem, podobało mi się czytanie Dicka. Podobało do tego stopnia, że kupiłam nawet tom "My zdobywcy", ponieważ żadna z bibliotek, których katalog przeglądałam, go nie miała.

Te pięć tomów razem wziętych (razem z omawianym już "Przypomnimy to panu hurtowo") to kawał fajnego czytadła. I tyle.

piątek, 10 września 2010

Przypomnimy to panu hurtowo



Philip K. Dick - Przypomnimy to panu hurtowo
(Prószyński i S-ka, Warszawa 1998)


"Przypomnimy to panu hurtowo" to drugi tom z serii zebranych opowiadań jednego z najsłynniejszych twórców literatury science-fiction. Wstęp przestrzega nas, że teksty te pochodzą z wczesnego okresu twórczości pisarza i dlatego mogą nas razić swoją banalnością.

Tak jest w istocie - opowiadania tu zawarte są nie tylko banalne, fabularnie zbyt proste do przewidzenia, niczym nie zaskakujące, ale równocześnie niedopracowane od strony czysto technicznej - źle poprowadzone, słabe narracyjnie, niezbyt dobrze zredagowane, suche, pozbawione uczucia, kulejące formą...

A jednak te nadzwyczaj proste, banalne opowiadania czyta się całkiem nieźle, jeśli tylko ma się ku temu warunki - gdy jest się w nastroju na spokojny wieczór przy filmie klasy B. Krótkie i zwięzłe historyjki z powodzeniem zastąpią nam taki seans. I muszę tu przyznać, że zbiorek ten - z uwzględnieniem całej jego słabości i wszystkich braków - podobał mi się o wiele bardziej niż "Mozaika" Orsona Scotta Carda. Ani antologia jego opowiadań (poza jednym, bardzo słaba), ani jego najsławniejsza powieść ("Gra Endera") nie zachęcały mnie do sięgnięcia po kolejne pozycje tego autora. Natomiast prościutkie, a nawet naiwne momentami opowiadania Dicka zapewniły mi dostatecznie relaksujący wieczór, by nakłonić mnie do wypożyczenia kolejnego tomu serii.

Podsumowując: słabe, ale czasem człowiek ma ochotę na słabszą herbatę i niezbyt doprawioną potrawę, a także na niezbyt wymagającą książkę i banalny film. Ten zbiorek będzie jak znalazł na taki właśnie dzień. Wtedy i tylko wtedy będzie się on podobać.