Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chesterton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chesterton. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 maja 2011

Pisarze nawróceni



Joseph Pearce – Pisarze nawróceni. Inspiracja duchowa w epoce niewiary
(Fronda, Warszawa 2007)

To jedna z ciekawszych pozycji biograficznych z jakimi miałam do czynienia – opowiada ona o nawróceniach wielkich anglojęzycznych literatów XIX i XX wieku (nie licząc rozdziału poświęconego Alecowi Guinnessowi), a zarazem jest historią chrześcijańskiego odrodzenia literackiego w Anglii trawionej agnostycyzmem, upadkiem wartości i niemal nieskrywaną wrogością i pogardą wobec katolików. Książka napisana jest prostym, przystępnym językiem i mogę bez przesady powiedzieć, że chłonie się ją jak najlepszą powieść.

Moja jedyna uwaga skierowana jest do redaktorów wersji polskiej, którzy chyba przecenili czytelników. O ile każdy chyba kojarzy Wilde’a, C.S. Lewisa czy Tolkiena, a pewna część zaczyna już (dzięki Bogu!) zaznajamiać się z wielkim przyjacielem Polski – Chestertonem, to jednak nie wydaje mi się, aby przeciętny czytelnik potrafił wymienić choć jedną książkę Waugha, Greene’a, Belloca, Knoxa czy Lunna – myślę, że w znamienitej większości przypadków polski czytelnik zetknie się z tymi nazwiskami po raz pierwszy, dlatego trudno mi nie skarcić lenistwa redaktorów za nieprzygotowanie króciutkich, bo ledwie dwuzdaniowych (więcej nie potrzeba) notek biograficznych. Ich brak sprawia, że stykający się po raz pierwszy z dużą liczbą zupełnie nic nie mówiących nazwisk czytelnik może się zupełnie pogubić. Nie rozumiem też, dlaczego nie przetłumaczono tych kilku francuskich wtrąceń i łacińskich wersów (co mi po tym, że Chesterton podsumowuje je jako genialne, skoro bez tłumaczenia równie dobrze mogłyby one być po chińsku!).

Poza tymi drobnymi mankamentami „Pisarze nawróceni” to arcyciekawa książka.
Polecam!!!

wtorek, 18 stycznia 2011

Karykatury Boga



Francis Boespflug OP - Karykatury Boga: Potęga i niebezpieczeństwo obrazu.
(W drodze, Poznań 2008)

Przyznam, że rozczarowała mnie ta książka. To nawet nie ogólna, z pewnością nie błyskotliwa, jak obiecuje opis na okładce, analiza miejsca i roli obrazu w trzech wielkich religiach monoteistycznych, a szkic historyczny tematu z zarysowaniem problemu, z jakim zetknął się świat po reakcji środowisk muzułmańskich na zamieszczone w duńskiej gazecie w 2005r. karykatury Mahometa.

Najbardziej doskwiera w niej brak zdecydowanego stanowiska autora. Rozumiem, że chce on skłonić do dyskusji i otwarcia na poznawania "tych innych niż my", ale poprzez swe wielce łagodne, nieśmiałe wręcz stwierdzenia typu: "Postulowałbym zatem, aby symbole religijne były otoczone swojego rodzaju rezerwą i uprzejmą dyskrecją" wcale nie pomaga zrozumieć głównego problemu, jaki rodzi autentyczna wiara człowieka kochającego Boga, kiedy przychodzi mu się mierzyć z najniższego rodzaju ośmieszaniem obrazu (!) Tego, któremu poddaje samego siebie (zainteresowanych odsyłam do rozdziału drugiego powieści "Kula i krzyż" Chestertona - to lepsze niż najlepszy wykład).

To prawda, że istoty Boga (z samej definicji Absolutu) - z czego wierni wszystkich religii powinni zdawać sobie sprawę - nie da się w żaden sposób obrazić ani zranić. I to prawda, że zbyt bardzo przywiązujemy nasze umysły, naszą mentalność do samych "obrazów" (z czego doskonale zdaje sobie sprawę buddyzm zen, a w walce z czym dosięga jednak nieraz skrajności nie do pomyślenia dla człowieka cywilizacji Zachodu), identyfikując z nimi samych siebie, tak jak naród utożsamia siebie z określonymi barwami flagi (znieważanie flagi jest więc znieważaniem nas), ale nadal nie rozumiem, czemu autor omija tak ważny dla wierzących problem osobistej relacji z Bogiem, bez poruszenia którego nie da się zrozumieć tych, którzy - ku zdziwieniu świata - gotowi są nawet narażać życie w obronie tego, co uważają za święte i nietykalne (nie mówię tu w żadnym razie o fanatykach!).

Spójrzmy na katolicyzm, który głosi, że choć Bóg nie może cierpieć, to może współ-cierpieć (!) - a przez to jest Emmanuelem - "Bogiem z nami". Autor przytacza wypowiedź czytelnika pewnej francuskiej gazety, który głosi, że chrześcijanie mają być świadkami Chrystusa, nie obrońcami, zaś sam autor zdaje się patrzeć z pobłażaniem na tych, którzy oburzają się na wykorzystywanie fresku Ostatnia Wieczerza w celach reklamowych. W ogóle nie bierze on pod uwagę tego problemu, że jeżeli ktoś uważa siebie za katolika, to musi przyjmować i podporządkowywać siebie nauczaniu Kościoła. A przecież Kościół uznał całe mnóstwo objawień świętych, w których to Jezus Chrystus czy też Dziewica Maryja wyznają, że ludzie ranią (!) serce Boga, także swoimi szyderstwami i kpinami. Czytając Stary Testament, możemy się przekonać, że Bogu wywracają się wnętrzności z żalu, gniewu i współczucia nad czynami ludzkimi, mimo że autorzy biblijny doskonale wiedzieli, że Bóg, o którym piszą nie jest bytem ograniczonym, cielesnym i poddanym emocjom czysto ludzkim (uważna lektura pisma, ujawnia tę świadomość, której dzisiaj zdaje się brakować ludziom - to, co stosuje się do człowieka, nie może się stosować do Boga, nawet jeżeli postrzegamy Absolut jedynie jako problem czysto filozoficzny).

Zatrzymanie się na czystej filozofii, na stwierdzeniu, że istoty Boga nie można zranić, oraz na - słusznym poniekąd - krytykowaniu zbytniego przywiązania do obrazu tego, co w swej istocie pozostaje całkowicie niewyrażalne, nie pomoże zrozumieć tych, którzy autentycznie wierzą w Boga wchodzącego z ludzkością w relację - zwłaszcza chodzi tu o chrześcijaństwo, w którym relacja ta jest absolutnie wyjątkowa i prowadzi do fizycznego wejścia Stwórcy w określony czas historyczny i materialną jego przestrzeń. Jeśli bowiem ci wierzący nie mają być obrońcami świętych symboli i po prostu każe im się zaakceptować to, że Boga obrazić się nie da, to każe im się tym samym uznać, że objawienia uznane przez Kościół, a nawet same Pismo Święte, kłamią, ilekroć mowa jest o zranieniach Boskiego serca.

A co z obrazami uprzywilejowanymi przez samego Boga, jak wykonany z rozkazu Jezusa obraz, który kojarzymy ze świętą Faustyną albo liczne obrazy "łaskami słynące"? Choć sama Faustyna była załamana wyglądem obrazu, a sam Jezus musiał jej tłumaczyć, że obraz jako sam wizerunek, jego jakość i "wierność" jest absolutnie nieważna, to jednak Bóg domaga się dla tego wizerunku czci z własnej woli i czyni go właśnie przez to obrazem uprzywilejowanym (tak jak określone gesty i słowa mają w religii rangę uprzywilejowanych). Nawet jeżeli ktoś nie wierzy w święty obraz powstały z wolnej woli współ-czującego (!) Boga, musi uznać, że są ludzie, którzy właśnie taką wiarę wyznają, a ich oburzenie na wszelkie wyśmiewanie tego obrazu, nie jest bezpodstawnym oburzaniem się z powodu własnej, urażonej dumy czy zawłaszczaniem sobie prawa wyłączności na dysponowanie danym wizerunkiem Boga.

Naprawdę trudno mi zrozumieć, czemu autor choć nie liznął tak istotnych i ważkich dla wiary problemów (jak bez nich mówić o roli i miejscu obrazów bez wszelkich wymiarów nieznanych niewierzącym?), ograniczając się do lakonicznych stwierdzeń, że islam musi zmierzyć się z cywilizacją obrazu i zrozumieć, że Mahomet to nie Allah, a ośmieszanie pewnego obrazu Proroka nie jest tożsame z ośmieszaniem jego samego, tak jak wykorzystywanie kompozycji Ostatniej Wieczerzy nie musi być atakiem na chrześcijan (osobiście uważam - czego autor też jakoś specjalnie nie wyłuszcza - że ważne są intencje, którymi kieruje się twórca).

Ogólnie rzecz ujmując - problem jest niezwykle głęboki. Chodzi tu o samą, autentyczną wiarę regulującą życie całych cywilizacji i społeczeństw,  o rolę symbolu w mentalności ludzkiej, ale też o pojmowanie wolności słowa (często bardzo błędne) i o rolę karykatury w kulturze w ogóle - każdy z tych tematów można by rozwinąć w dziesiątkach tomów książek, bez możliwości ich wyczerpania, dlatego nie spodziewałam się, że cienka książeczka Boespfluga choć ogólnie je ogarnie. Ale rozczarowuje mnie pominięcie wspomnianych wyżej kwestii, bez których trudno zrozumieć tych, którzy "ośmielają się" - ku zdziwieniu świata - oburzać.

Może i powstrzymałabym się od tych uwag, gdyby książka przedstawiana nam była - tak, jak podaje to w zakończeniu Boespflug - jako ogólny szkic historyczny, a nie wyrazista analiza problemu. Ale nawet wówczas brak choć minimalnej wzmianki na poruszony przeze mnie problem wydaje mi się być rzeczą dziwną - zwłaszcza, jeśli naprawdę idzie nam o wzajemne zrozumienie, które nie może istnieć bez poznania.

Mimo wszystko warto sięgnąć po ów szkic, bo jak pisze autor: "historia obrazów Boga kryje w sobie ogromne zasoby informacji na temat dialogu i spotkania kultur".

sobota, 30 października 2010

Wątpliwości księdza Browna

G. K. Chesterton - Wątpliwości księdza Browna
(Interpress, Warszawa 1992)

Mój problem z powieściami Chestertona polega na tym, iż nie mogę się pozbyć wrażenia, iż pisane one były pod jakiś obraz, który zamajaczył w głowie pisarza. Obraz tak go poruszający, że był gotów ułożyć całą fabułę, byle tylko tę wizję gdzieś w niej niepostrzeżenie umieścić, usprawiedliwić i zostawić ją światu. Była na przykład scena w jednej z opowieści ze zbioru "Przygody księdza Browna" (Fronda, Warszawa 2008), w której nasz ksiądz widzi w ciemnym pomieszczeniu diabła... i przez to poznaje, że ma do czynienia ze zwykłym lustrem.

Zresztą, czytając wyżej wspomniany zbiór, nie mogłam poskromić myśli, że Chesterton ma w sobie jakiegoś niespełnionego autora horrorów - że pociąga go posępny nastrój światów Poego, w który nie chce się doszczętnie zanurzać, ale który nieodparcie go kusi, przyzywa i rozpala jego wyobraźnię. Nieco później okazało się, że Borges miał w tej materii identyczne do mojego zdanie.

W zbiorze "Wątpliwości księdza Browna" ten złowieszczy, tajemniczy nastrój nie jest aż tak namacalny, jak w zbiorze wydanym przez Frondę (chociaż znajdują się tu dwa teksty, które możemy przeczytać i w tamtym zbiorze). I chociaż budowania nastroju powinno się za wszelką cenę unikać w powieściach kryminalnych, trudno by było się go wyzbyć w sytuacji, gdy - wedle zamierzeń autora - cały świat staje na głowie i traci rozsądek. Tak zwani racjonaliści i dumni nie wiadomo z czego ateiści są tu gotowi uwierzyć w każdą niedorzeczność, gdy tylko zostaną skonfrontowani ze zdarzeniami, których nie potrafią wyjaśnić. Jedynie prostoduszny katolicki ksiądz zachowuje rozsądek i tłumaczy im, że nie ma żadnego koła przeznaczenia, złowrogiego fatum, niewoli losu ani niewoli dziedziczności, ale ludzka zbrodnia. Mówi: "To było morderstwo, ale morderstwo jest wynikiem woli, którą Bóg stworzył wolną".

Jak już pisałam wcześniej na tym blogu, nie przepadam za prozą Chestertona. Przeszkadzają mi jego niby mistyczne, niby baśniowe wizje (jak zwycięska postać bohatera z "Napoleona z Notting Hill") i nastrój niby z oparów sennej mgły. Ale to dobra literatura, warta tego, by się z nią zapoznać.

Przyznam, że zakochałam się w zdaniu: "Z charakterystycznym wyczuciem dramatyzmu przeżeglował jak okręt do drzwi (...)". Piękne!

poniedziałek, 6 września 2010

Apostoł zdrowego rozsądku



Dale Ahlquist - Apostoł zdrowego rozsądku
(Fronda-Apostolicum, Warszawa-Ząbki 2008)

Chociaż życzyłabym sobie, by twórczość Chestertona była promowana wszelkimi dostępnymi środkami, książka ta wydaje mi się zbyteczna. Zamiast biografii jednego z najznakomitszych pisarzy i jednego z najwybitniejszych myślicieli świata otrzymujemy pobieżny opis jego najbardziej wybranych dzieł, co jest moim zdaniem jednym wielkim nieporozumieniem - tacy na przykład "Heretycy" czy "Ortodoksja" są napisane tak prostym, przystępnym, a zarazem dowcipnym i zachwycającym językiem, że wyjaśnianie nam sensu zdań, które w najprostszy możliwy sposób sens właśnie przekazały, mija się z celem.

A tak właśnie odbieram tę książkę - parę cytatów z kilku prac Chestertona i wyjaśnienie, o co mu w danym dziele chodzi.

O wiele lepiej sięgnąć po świetnie wydane zbiory esejów wspaniałego obrońcy rozumu ludzkiego niż po tę nic nie wnoszącą pozycję - bo szczerze wątpię, by ktoś zechciał zaczynać swą wspaniałą znajomość z Chestertonem od książki pana Ahlqusita - to tak, jakby zacząć poznawać sztukę wybitnego malarza od notek krytyków a nie od samego obrazu: niekoniecznie musi to zachęcić.

Uwielbiam Chestertona, ale nie wiem, do kogo skierowana jest ta książka. Na pewno nie do tych, co już go poznali. A jakoś trudno mi uwierzyć, że ktoś, kto w ogóle o nim nie słyszał, wyda lekką ręką ponad trzydzieści złotych na tę pozycję. Każdy rozdział przypomina nudne uczniowskie wypracowanie przeorane cytatami, nic poza tym.

sobota, 28 sierpnia 2010

Powieści Chestertona


G.K. Chesterton:


Człowiek, który wiedział za dużo
(Fronda, Warszawa 2009)

Napoleon z Notting Hill
(Fronda, Warszawa 2009)

Przygody księdza Browna
(Fronda, Warszawa 2008)

Człowiek, który był czwartkiem
(Fronda, Warszawa 2008)

Kula i Krzyż
(Fronda, Warszawa 2008)



W esejach Chestertona można się zakochać. Dowcipne, lekkie, pełne fantazji, a przede wszystkim występujące w obronie tego rzadkiego przypadku w świecie, który zwiemy zdrowym rozsądkiem i racjonalnym myśleniem. Uważam to osobiście za skandal, że rzeczy tak miłej do czytania i tak mądrej jak dowolny ze zbiorów jego esejów nie ma na liście obowiązkowych lektur szkolnych.

Tak jednak jak uwielbiam eseje Chestertona, tak niezbyt przepadam za jego powieściami. Przepełnione są one bowiem jakimś ciężkim rodzajem dusznej magii (da się w nich wyczuć pragnienie niesamowitości rodem z "Alicji z krainy czarów") i pompatycznego liryzmu. Gdyby spróbować pokazać to na przykładzie, moglibyśmy wyobrazić sobie bohatera przechadzającego się szarym, smętnym miastem, które z biegiem wydarzeń przeobraża się w fantasmorgiczny świat, by w końcu pozwolić bohaterowi zawisnąć w bezczasie, w którym nas pożegna, wygłaszając przy tym jakąś niezwykle mądrą, prawie aforystyczną mowę.

Najważniejszy zdaje się być nastrój, który przytłacza wszystko inne swą niesamowitością - mamy wrażenie, że ktoś rozdmuchuje dziecięcą bajkę do ciężaru epopei. Nawet w "Przygodach księdza Browna", które powinno być wszak zbiorem opowiadań kryminalnych, nastrój dominuje i to on jest najważniejszy (co jest wbrew zasadom dobrze zbudowanego kryminału). Nic nie wydarza się bez jakiegoś pierwiastka, który zdaje się nam być magicznym, nieziemskim... nadmiernym.

Myślę, że gdyby Chesterton żył dzisiaj byłby z pewnością fanem horrorów, Tima Burtona (pociąga go podobny stylowi tego twórcy "fantastystyczny mrok" i cała jego estetyka) a może nawet - wcale by mnie to nie zdziwiło - mangi i anime, w których niezwykle często śmieszność miesza się z przesadzonym patosem (jak bardzo to przypomina zakończenie chociażby "Napoleona z Notting Hill").

Mnie osobiście przytłacza ta nasycająca cały przedstawiony świat fantazja, cały ten rozsadzający piersi bohaterów liryzm - uważam na ten przykład, że "Kula i krzyż" byłaby o wiele lepsza, gdyby pozbawić ją fizycznej obecności aniołów i demonów, a pozwolić działać samym ludziom i gdyby większość głównych bohaterów powieści Chestertona nie wyrażała się jak niespełnieni poeci.

W żadnym wypadku nie są to jednak złe książki (ośmieliłabym się nawet rzec, że niektóre są nawet więcej niż wybitne - jak choćby "Człowiek, który był Czwartkiem") - po prostu, jak to mawiają Anglicy: "it's not my cup of tea".

Z wymienionych wyżej tytułów polecałabym uwadze dwie ostatnie pozycje - to naprawdę niesamowite dzieła.