Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peter. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 stycznia 2011

Światłość świata



Benedykt XVI, Peter Seewald – Światłość świata
(Znak, Kraków 2011)

Zdziwiłam się, kiedy w serwisie informacyjnym podano, że oto pojawia się pierwszy zupełnie bezpośredni wywiad z papieżem Benedyktem XVI. Zdziwiłam, bo Peter Seewald miał już dwa takie wywiady, które ukazały się drukiem pod tytułami „Sól Ziemi” oraz „Bóg i świat” (obie  książki zostały wydane przez Znak i obie są ponad wszech miarę godne polecenia). Dopiero po chwili uprzytomniłam sobie, że poprzednie wywiady przeprowadzane były z kardynałem Ratzingerem, nie z papieżem, a to tylko ja przeczytałam je dopiero po wyborze księcia Kościoła na następcę świętego Piotra.

Dość sporo z tematów samej wiary tłumaczył kardynał Ratzinger właśnie w „Bogu i świecie” – czynił to w sposób niezwykle przystępny, mówił prostym, ludzkim językiem, w rozmowie bezpośredniej i nie unikającej trudnych tematów – Seewald zapytał go nawet wprost w jednym momencie: „Gdzie jest mój zmarły brat?”, oczekując klarownej, zwięzłej odpowiedzi. I taką otrzymał. Jeżeli więc kogoś interesują zagadnienia teologiczne, dogmatyczne i doktrynalne, polecałabym sięgnąć najpierw po książkę „Bóg i świat” (abstrahując już zupełnie od tego, że każdy, kto chce się czegokolwiek pewnego dowiedzieć o chrześcijaństwie, powinien szukać odpowiedzi na swe  pytania nie gdzie indziej, jak właśnie w Katechizmie Kościoła Katolickiego, który powstawał zresztą pod nadzorem kardynała Ratzingera); „Światłość świata” skupia się na raczej na samym pontyfikacie Benedykta XVI, poruszając rozpalające ciekawość mas problemy molestowania seksualnego dzieci przez duchownych, zdjęcia ekskomuniki z lefebrystów czy wyjaśnienia kompletnego nieporozumienia, do jakiego doszło przez wyrwanie z kontekstu ze stricte naukowego wykładu papieża na temat wiary i przemocy cytatu, który podburzył świat muzułmański i został przez media użyty jako wypowiedź polityczna i wyraz osobistych poglądów Ojca Świętego (zamieszczenie problematycznego fragmentu na końcu książki w sposób rozstrzygający obnaża cały absurd zdarzenia oraz żenujące nierzetelność i niekompetencje współczesnych mediów).

Ze względu na ograniczony czas, jaki papież mógł poświęcić na wywiad, problemy potraktowane są skrótowo, bez wdawania się w szczegóły (zwłaszcza w kwestiach wiary), ale Benedykt XVI, tak jak w dwóch wcześniejszych wywiadach z Seewaldem, stara się być jak najbardziej precyzyjny i rzeczowy, odpowiada po męsku i z odwagą, stara się tłumaczyć i przybliżać ludziom samą istotę Kościoła i rozwiewać błędne urojenia na jego temat, które powszechnie panują. Na pytanie o święcenie kobiet odpowiada wprost – nie chodzi o to, że nie chcemy ich święcić, ale o to, że NIE MOŻEMY. „Wszystkie religie miały swoje kapłanki” – mówi – „i było raczej dziwne, że nie znalazły się we wspólnocie Jezusa Chrystusa, co z kolei jest świadectwem kontynuacji z wiarą Izraela. (...) Nie jesteśmy jakimś samowolnym reżimem. Nie możemy robić tego, co chcemy. Szukamy woli Pana dla nas i jej się trzymamy, nawet jeśli to w tej kulturze i tej cywilizacji jest mozolne i trudne”. Innym razem wyznaje: „Zapytano mnie, dlaczego Kościół katolicki zajmuje w sprawach AIDS całkowicie nierealistyczne i bezskuteczne stanowisko. Czułem się rzeczywiście sprowokowany, bo Kościół czyni wiele więcej niż wszyscy inni. Uważam tak nadal, gdyż to jedyna instytucja będąca bardzo blisko i bardzo konkretnie z ludźmi, podejmująca działania prewencyjne, wychowawcze, wspomagające, ratujące i towarzyszące; gdyż opiekuje się jak nikt inny wieloma chorymi na AIDS, a szczególnie chorymi na AIDS dziećmi”.

Oczywiście nasze media nie byłyby sobą, gdyby nie wypaczyły właściwego sensu papieskich słów. I tak w świat pobiegła wieść, że papież przełamał się w sprawie prezerwatyw i dopuszcza, w pewnych przypadkach, ich używanie. Co zaś naprawdę powiedział Benedykt XVI, znaleźć można na stronie 130. tego bardzo ciekawego wywiadu, którego lekturę, podobnie jak dwóch poprzednich rozmów z Seewaldem, wszystkim doradzam i polecam.

środa, 29 września 2010

Sonata jednorożców






Peter S. Beagle - Sonata jednorożców
(Prószyński i S-ka, Warszawa 1998)


Wyobraźcie sobie, że musicie opisać dziewczynkę, która biega sobie po łące i zbiera kwiatki. A teraz pomyślcie, że musicie to rozciągnąć na jakieś sto dwadzieścia stron. Nuda, prawda? A jednak podobna bzdura byłaby z pewnością o wiele ciekawsza niż nieszczęsna "Sonata jednorożców".

Nuda i nijakość tej książki aż przytłaczają - nie ma w niej nic, czego można by się uchwycić: ani ciekawej fabuły, ani interesujących postaci, a sama forma - bo czasem tak bywa, że przynajmniej styl okazuje się w jakiś sposób interesujący - sprawia wrażenie, jakby wyszła spod ręki aspirującej dwunastoletniej pisarki przesiadującej w pokoju z tapetami jednorożców i zasypanego zabawkami My little Pony. Chociaż nie uważam "Ostatniego jednorożca" za książkę więcej niż dobrą, trudno uwierzyć, że te dwa tytuły popełniła ta sama osoba. I jestem pewna, że gdyby nie sława, jaką zdobył "Ostatni jednorożec" właśnie, ta smętna, nikomu niepotrzebna "Sonata..." nigdy nie zostałaby wydana (a najpewniej i napisana).

Na pewno aż tak się nie nudzicie, żeby sięgać po tę pozycję. Strata czasu.

piątek, 17 września 2010

Ostatni jednorożec


Peter S. Beagle - Ostatni jednorożec
(Alfa, Warszawa 1995)

Powieść tę przeczytałam w wieku 12 lat. Srodze mnie rozczarowała (dla porównania - przeczytałam wówczas również "Don Kichota z La Manczy", który bardzo mi się podobał). Jako jednak że co rusz napotykam na wyrazy uznania i zachwytu dla tej najsłynniejszej książki Beagle'a, postanowiłam - po latach - ponownie sięgnąć po tę pozycję, zaciekawiona możliwością, że a nuż ominęło mnie coś ciekawego - że czegoś w niej nie doceniłam.

Wypożyczyłam dokładnie ten sam (bo jedyny) egzemplarz co przed laty. Sądząc po tym, jak niewiele się różni od wspomnienia o nim (podobała mi się okładka), wnoszę, że nie był zbyt chętnie i często wypożyczany.

Na pierwszej stronie jakiś anonimowy czytelnik podpisujący się jako "J.K." wyraził za pomocą ołówka swe rozczarowanie lekturą. Napisał: "Uwaga! Beagle jest naprawdę czarodziejem słowa. Do momentu, do którego zdzierżyłem tę książkę, podkreśliłem co smaczniejsze cytaty. Myślę, że mają zgubny wpływ na słownictwo dzieci. Nie wiem, w jak chorej wyobraźni mogły powstać te zdania. Czasem zastanawiam się, czy to nie pastisz?".

Nie wiem, czy to pastisz, ale uważam, że J.K. momentami przesadza. Zdania typu "szybko zakrzątnął się wokół tego, żeby może jednak się uwolnić" albo "Strzała (...) jak nietoperz zapadła w mrok" nie są może wybitne, ale nie przypisywałabym ich od razu chorej wyobraźni.

Co innego, że zdarzają się zdania naprawdę idiotyczne, np. "Sztylety zalśniły niczym rybie ścieżki w morskim mroku (...)". Lub: "Nieruchome dotąd oczy wiedźmy buchnęły tak dzikim blaskiem, że jakieś szemrane towarzystwo ciem-księżycówek, które właśnie ruszało na nocną hulankę, frunęło prosto w jej źrenice i spiekło się na śnieżny popiół." Albo: "(...) zamek, w który przemieniła się twarz Molly, opuścił zwodzony most i otworzył wrota najgłębszych lochów". No i moje ulubione: "Jej głos brzmiał zbyt miękko, jakby miał przetrącone kości".
...
Sama nie wiem, czy to w ogóle wymaga komentarza.

Czasem zdarzy się coś śmiesznego, np: "Czarodziej wstał i zaczął grozić napastnikom demonami, metamorfozami, różnymi odmianami paraliżu i tajemnymi chwytami dżudo".

Jak jednak oceniam powieść po tylu latach? Cóż, nie jest to grafomania, a niektóre pomysły potrafią zachwycić. Przeszkadza mi język, niepotrzebnie udziwnione zdania, które powracają raz po raz, by rozbić całkiem nieźle budowany nastrój srogim zgrzytem ("drzewa zakipiały na wschodzie"...). Ogólne wrażenie jest jednak pozytywne - w końcu czytało mi się to o wiele lepiej niż arcynudnego "Czarnoksiężnika z Archipelagu" Ursuli le Guin.

To strasznie nierówna książka. W jednej chwili krótkie zdanie potrafi chwycić człowieka za serce i przypomnieć mu czasy, kiedy jako dziecko sam śnił o jednorożcach tańczących nad blokowiskami, a zaraz wszystko pikuje w dół, niemal rozbijając się z rozczarowaniem o beton. I wcale nie przeszkadza mi tu zabawa konwencją, formą i świadomość nieprawdziwości całej historii - to wcale nie jest złe, gdy bohater filmu czy książki stwierdza nagle ni z tego, ni z owego, że scenarzyści czy autor mogli wymyślić coś lepszego. Ale gdy powtarza się to parę razy, rozbawienie widza/czytelnika pryska i pozostaje tylko znużenie kogoś, komu opowiadają dowcip z taaaaką brodą. Kiedy książę opowiada o swych walecznych czynach, mamy już prawdziwą parodię baśni. Zdania typu: "odsyłam do niego wszystkie księżniczki, jakie mi się nawiną" naprawdę nieźle pasują do owej baśniowej-lecz nie całkiem na serio-rzeczywistości (tak jak zblazowany książę czytający czasopismo, gdy jego wybranka przyzywa jednorożca). Ale parsknięcia: "Pierwszy raz jesteś w baśni, czy co?!" już nie.

Momentami miałam ochotę wystawić tej książce ósemkę z minusem, lecz zaraz potem stwierdzałam, że szóstka to i tak już będzie za dużo. Stanęło na chwiejnej, rozedrganej, niepewnej siebie siódemce.

Mimo wszystko cieszę się, że jeszcze raz sięgnęłam po powieść Beagle'a. Nie nazwałabym tego arcydziełem, ale całkiem przyzwoitą lekturą - owszem.

---
Film na podstawie książki pamiętam jak przez mgłę. Co jakiś czas powracam jednak do wspaniałych piosenek napisanych przez zespół America. Są bezsprzecznie pięknie i prawdziwie poruszające. To właśnie dla tych piosenek historia Beagle'a warta była spisania.

środa, 9 czerwca 2010

Wspaniałe bzdury i precle + Inkwizytor




Thrillery medyczne traktuję jako czytadła dla zabicia czasu. Są równie potrzebne jak filmy klasy "B", przy których można wyłączyć myślenie i poddać się efekciarskim, reżyserskim zagrywkom mającym przyprawić nas o dreszczyk emocji. W depresyjnej, szarej, ciężkiej codzienności takie produkcje, na których może i nie nadzwyczaj przyjemnie, ale bez irytacji "marnuje się" czas, są niezbędne jak chwile oddechu i bezładnego oderwania od rzeczywistości.

Zawsze będę zdania, że potrzebujemy całego wachlarza gatunków literackich dla naszej duchowej i umysłowej pożywki - zarówno wielkiej literatury, jak i najzwyklejszych głupot (co nie znaczy, że chodzi o książki głupie same w sobie!) - zarówno arcywielkiego i nudnego "Fausta" Goethego, jak i wspaniale, przepysznie wręcz beztroskich kryminałów Erle'a Stanleya Gardnera, a nawet niesamowicie i rozkosznie sentymentalnej i przesłodzonej (aż do bólu zębów) tudzież monotonnej Lucy Maud Montgomery, w której dawniej się zaczytywałam (i do której nadal mam wielki sentyment).

Właśnie po to - dla odłączania przeciążonego codziennością umysłu - potrzebne są nam filmy klasy B i książki pokroju "Inkwizytora". Żadnych zaskoczeń, żadnego wysiłku dla intelektu (niech poniesie nas narracja!) - banalna opowieść z dreszczykiem, potrzebna w tym czasie, w którym czujesz, że przeczytanie jeszcze jednej pozycji Dostojewskiego doprowadziłoby cię do nerwowego załamania.

Wiesz, że nic cię nie zaskoczy i nie zachwyci. Wiesz, że w gruncie rzeczy, nie jest to wcale godne większej uwagi. Ale wzdychasz z ulgą - jak dobrze, że literatura to nie tylko XIXwieczna Rosja i Proust!

Można jeść rybę fugu i czuć się jak śmietanka elit, ale potrzebne nam są też precle i najzwyklejsze solone paluszki.
A czasem nawet odgrzewany, nie do końca strawny i niezby pożywny kotlet.








Peter Clement - Inkwizytor
(Rebis, Poznań 2007)


A co do "Inkwizytora"...

Stawiam szóstkę zamiast przeznaczonej dla standardowych wyrobów siódemki, ponieważ wyjaśnienie idei morderstw i tożsamości zabójcy wydało mi się dziwnie naciągane.

Mam wrażenie, że Clement po prostu dostał od wydawcy zamówienie na kolejną książkę, zatem myślał,myślał, aż w końcu sklecił jakąś intrygę.

Solone paluszki, choć nieco gorszej jakości...

Jeśli ma się akurat ochotę...

Jednym słowem - thriller medyczny jakich wiele.

6/10



wtorek, 22 lipca 2008

Bez cienia blasku

Image Hosted by ImageShack.us


PETER LOVESEY - DETEKTYW DIAMOND I ŚMIERĆ W JEZIORZE
(Amber, Warszawa 2008)

Okładka głosi: "Kryminał doskonały dla miłośników Agathy Christie, pełen niekonwencjonalnych postaci i wyrafinowanego humoru". A ponadto: "Powieści Loveseya, przełożone na 25 języków i wielokrotnie ekranizowane, zostały uznane za doskonałe". Okładki zwykle obiecują tak wiele, a książki dają z tego mniej niż mało.

Niekonwencjonalne postaci - brak.
Wyrafinowany humor - nie stwierdzono.

Nie wiem, co miałoby czynić tę powieść doskonałą, bo na pewno nie jest tym czymś brak zaskakującego zakończenia czy wstrząsających zwrotów akcji.

Można oczywiście przeczytać, ale polecam to tylko NAPRAWDĘ wygłodniałym fanom kryminałów. Wieje potworną nudą. Powieść jest nadmiernie rozwleczona, a przy tym brak jej ciekawych, przykuwających uwagę postaci.

Dodatkowo zaniżam ocenę za błędy zarówno tłumacza, jak i redaktora.

Detektyw Diamond to rzeczywiście diament - bez szlifierki nie podchodź! 3-/10

Lekarze i śmierć

Image Hosted by ImageShack.us


PETER CLEMENT - ZABÓJCZA PRAKTYKA
(Prima, Warszawa 2002)
PETER CLEMENT - STAN KRYTYCZNY
(Rebis, Poznań 2004)

Obie książki to standardowe pozycje gatunku. Niczym nie zachwycają, ale też niczym szczególnym nie rażą - ot, porządnie wykonana robota, która nie rozczaruje miłośnika thrillerów medycznych.

"Zabójcza praktyka" ma ciekawszą fabułę, a "Stan krytyczny" przeszkadza nieco swą "telewizyjnością" - niemal można dostrzec logo jakiejś stacji pod powiekami. Do tego te nazwiska bohaterów: McKnight, Richard Steele...Uch! Jak z taniej telenoweli!

Standard. Dostajemy dokładnie to, czego można się było spodziewać. Nic ponad to. 7/10

Image Hosted by ImageShack.us


ROBIN COOK - SZKODLIWE INTENCJE
(Rebis, Poznań 2000)

Trudno mi jednoznacznie określić, czemu tę książkę czytało mi się gorzej od thrillerów autorstwa Petera Clementa. Spełnia wszystkie wymogi, a jednak nie czyta jej się tak płynnie i gładko jak choćby "Zabójczą praktykę". I doprawdy nie wiem, gdzie dokładnie tkwi problem.

Przyznaję, że historia nie zaciekawiła mnie zbytni. Ale fabuła nie wpływa aż tak na jakość tekstu, a ten, choć przecież zupełnie poprawny, nie miał tej wcześniej wspomnianej płynności.
Może to wszystko jest zbyt sztuczne, zbyt "książkowe", zbyt typowe... Być może.

Chyba i tak napisałam o tej książce więcej, niż warte to uwagi. 5/10