niedziela, 20 lutego 2011

Sztuka szczęścia



Dalajlama, Howard C. Cutler – Sztuka szczęścia. Poradnik życia.
(Rebis, Poznań 2001)


Przyznam, że momentami przerażała mnie ta książka. Nie chodzi mi nawet o sam buddyzm oraz o poglądy i wierzenia Dalajlamy, bo główny pomysłodawca tej książki, amerykański psychiatra Howard C. Cutler, w ogóle nie interesował się duchowością Wschodu, niemal zupełnie eliminując z tekstu wszelkie odniesienia do nauk Buddy, ale przerażał mnie sam Cutler właśnie i wszystkie jemu podobne osoby, na których duchowy przywódca Tybetu wywiera piorunujące wrażenie.

W czasie lektury okazało się, że chociaż Cutler rzekomo jest psychiatrą, jego postrzeganie świata jest bardzo ciasne, ograniczone, akademickie, a na domiar złego nie było w nim (przed spotkaniem z Dalajlamą) tej podstawowej wrażliwości i intelektu, jakich wymagać należy od ludzi, którzy rzekomo mają pomagać innym w uporaniu się z najdelikatniejszymi kwestiami natury psychicznej.

Oto na przykład scena podziwiania pięknej panoramy, gdzie naraz Dalajlama nachyla się do jakiegoś kwiatka i pyta o jego nazwę. Cutler omal nie mdleje z zachwytu, usiłując nas przekonać, że podziwianie krajobrazu, a potem przeniesienie uwagi na kwiat, czy jakiś inny drobny przedmiot, jest znamieniem wybitnie wielkiego umysłu. Innym razem autor omal się nie popłakał, uświadomiwszy sobie (oczywiście jedynie dzięki Dalajlamie, bo najwyraźniej sam nigdy by na to nie wpadł), że nie jest bytem samowystarczalnym, lecz żyjącym we wspólnocie zależności międzyludzkich (bo sam nie wyprodukował swojej koszuli ani nie wyhodował włókien na nią).

Cutler, chociaż niby psychiatra, nie wie nawet takich rzeczy, że osoby skrajnie nieśmiałe i zalęknione bardzo często odbierane są przez otoczenie jako aroganckie i pełne pychy. Coś, co zawsze wydawało mi się najbardziej elementarnymi podstawami psychologii, dla autora jest odkrywaniem nie tylko Ameryki, ale kosmosu w ogóle (oczywiście – nie doszedłby do tego, gdyby nie Dalajlama!). Wiem, że istnieją ludzie na tyle ograniczeni intelektualnie i nierozwinięci we wrażliwości, że trzeba im takie banały, jak potrzeba życzliwości, współczucia, otwarcia na innych i chęci ich zrozumienia wpakowywać do głowy łopatą, ale jak można być psychiatrą, gdy nie ma się świadomości tak podstawowych życiowych (i – w jego przypadku – zawodowych) spraw?! (znamienne wydaje mi się, że z przytoczonych anegdot wynika, że leczenie swoich pacjentów Cutler zaczynał zawsze od chemii – antydepresantów, co przypomina mi żenujące podejście Zachodu do „normalności” w ogóle: niech ktoś choć odrobinę odstaje od reszty – nawet, gdy chodzi o zwierzę domowe! – a sięgamy po proszki).

Widzę teraz, że wszystkie mądre i naprawdę przekonujące naukowe fakty i tezy z zakresu psychologii i psychiatrii (nie żadne banały i „rewelacje”, które porażały Cutlera, a które dla każdego zdroworozsądkowego, wyposażonego w dostateczny zasób wrażliwości człowieka są oczywistościami) znajdywałam jedynie w dziełach praktykujących chrześcijan (np. „Integracja psychiczna: o nerwicach i ich leczeniu” Terruwe i Baarsa). Dochodzę do wniosku, że tylko posiadanie rozwiniętego życia duchowego może pogłębić wrażliwość i horyzont myślowy na tyle, by stać się zdolnym do autentycznego zbliżenia się do drugiego człowieka (utwierdzają mnie w tym nie tylko banały, które wstrząsały Cutlerem, ale i wydumane wywody Fromma, które przed laty jeżyły mi włosy na głowie podczas lektury książki „Buddyzm zen i psychoanaliza”, a które przypominały miejscami największe pomyłki ograniczonych założeń Freuda).

Jakiś czas temu w mediach pojawiły się ciche i nieśmiały głosy o tym, że Dalajlama być może nie jest aż takim mędrcem, intelektualistą i siłą duchową, za jaką bezkrytycznie uważa go świat. I, cokolwiek by o nim samym się nie sądziło, książka Cutlera stanowi właśnie argument przemawiający za słusznością podobnej krytyki – wynika z niej bowiem, że duchowy przywódca Tybetu wywiera wrażenie właśnie na takich jak Cutler – na ludziach o dość wąskich horyzontach, intelektualnych i duchowych, i niezbyt rozwiniętej wrażliwości (co to za psychiatra, który nie wie absolutnie nic o nieśmiałości, tudzież łatwo się irytuje i wścieka?). Czyżby naprawdę stanowili oni większość?

Autor ucina nawiązania do buddyzmu i jego filozofii (jego poradnik ma być rzekomo skierowany do wszystkich – nie tylko nie buddystów, ale i ludzi nie tylko bez religii, ale i bez jakichkolwiek duchowych poszukiwań), co już w założeniu sprowadza jego książkę do swoistego absurdu – Dalajlama nie istniałby, gdyby nie wiara w to, że jest on czternastym wcieleniem pewnego Oświeconego (czy też Wyzwolonego) sprzed wieków, od dziecka był wychowywany w tym przekonaniu i wpajano mu nauki Buddy – on jakoby nie istnieje bez buddyzmu, nie jako wielki Lama, ani jako człowiek (ze względu na to, że był chowany tak  a nie inaczej: w posłuszeństwie doktrynie o jego własnej inkarnacji, co całkowicie ukształtowało jego mentalność), tak jak buddyzm nie istnieje bez własnych dogmatów, którymi są nauczania Buddy (pomimo ignoranckiego Zachodu, który postrzega go właśnie jako religię niedogmatyczną – a przecież nawet stwierdzenie: „nie można wierzyć dogmatom” już samo w sobie jest dogmatem!). Buddyzm rzutuje na całe jego życie, przekonania, sposób postrzegania i przemyśliwania świata. Cutler mimo wszystko stara się, by przekazać tylko te porady, które będą jak najbardziej ogólne, przeznaczone jakoby dla "wszystkich". To, co jednak pozostaje, napawać może zgrozą.

Cutler co chwila powołuje się na dowody naukowe typu: „ludzie, którzy mają bliskich lepiej radzą sobie z chorobą niż ludzie samotni” albo „ludzie szczęśliwi są bardziej skłonni do niesienia pomocy innym”. Ja bez dowodów naukowych mogę mu powiedzieć, że ludzie normalni śmieją się z takich twierdzeń (Benedykt XVI przyznał, że rozbawił go artykuł głoszący, iż badania naukowe dowodzą, że czułość matek ma dobry wpływ na rozwój dziecka). Dalajlama jednak popiera opieranie się na tych dowodach, jeżeli dany człowiek nie może oprzeć się na wierze i religii, i zachęca wszystkich do zapoznawania się z wynikami podobnych badań. Przytaczane są jednak dowody takie jak: „ludzie pozostający w bliskich związkach z innymi rzadziej chorują na raka”, natomiast kiedy postawiony zostaje problem, czy kobieta powinna usunąć ciążę, wiedząc, że może urodzić kalekie dziecko, żaden z obu panów, którzy tak lubią naukę i dowody, nie wspomina nawet o naukowo udowodnionym cierpieniach płodu, który (co z łatwością było rejestrowane) ucieka w głąb łona matki przed narzędziami aborcji i rozpaczliwie, instynktownie walczy o życie podczas zabiegu, szarpiąc się nawet w kleszczach, które usiłują oderwać mu głowę.

Jest to szczególnie straszne, zważywszy na to, że Dalajlama każe nam ćwiczyć współczucie przez wyobrażanie sobie cierpień ryby na haczyku wędkarza! Natomiast problemu naukowo dowiedzionego cierpienia ludzkiej istoty nawet nie porusza. Stwierdza: „(...) nikt tak naprawdę nie wie, co będzie lepsze na dłuższą metę. Nawet jeśli to dziecko urodzi się z wadą, być może długofalowo takie rozwiązanie okaże się lepsze dla matki, rodziny lub jego samego. Istnieje również możliwość, że właśnie biorąc pod uwagę długotrwałe konsekwencje, lepiej byłoby przerwać ciążę. Kto ma jednak podjąć decyzję?  To jest naprawdę niezwykle trudna sprawa”. Wniosek – łowienie ryb to bezsprzecznie czyste bestialstwo, rozrywanie żywego ludzkiego ciała czującej istoty, której krzyku nawet nie usłyszymy, już niekoniecznie. I co z tego że mamy naukowe i rozstrzygające dowody tego „niemego” cierpienia? Przyznać jednak trzeba, że taka wybiórczość w powoływaniu się na dowody naukowe i przykłady cierpienia istot żywych bardzo pasuje do kogoś, kto uważa, że wybór religii porównać można do wybierania potraw w restauracji.

Podsumowując – rewelacje Dalajlamy, które tak głęboko oddziaływają na amerykańskiego psychiatrę (postaraj się zrozumieć innych, nie pozwól, by gniew i zawiść miały nad tobą władzę, nie potępiaj i nie przekreślaj ludzi z marszu, nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, szanuj inne kultury i religie, kieruj się miłością i życzliwością), dla każdego człowieka rozumnego i wrażliwego są oczywistościami. Jeżeli ktoś mi powie, że książka ta nauczyła go czegoś nowego, rozwinęła jego wrażliwość bądź odmieniła spojrzenie na świat, pozostanie tylko zapłakać nad kondycją ludzkości.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Jądro ciemności



Joseph Conrad – Jądro ciemności
(Greg, Kraków 2005)

Niekiedy artysta robi coś nie całkiem na poważnie, w ramach odskoczni, relaksu czy ćwiczenia. Czasem rezultat takiego działania przynosi zupełnie nieoczekiwanie skutki.

Wie o tym dobrze Bobby McFerrin, niezwykle płodny i pomysłowy muzyk, dla którego wielkie znaczenie ma kontakt z publicznością, a w swej twórczości stara się wykorzystywać możliwości ludzkiego głosu a nawet... dźwięki uderzanego rękami ciała. W ramach ćwiczenia ułożył on kiedyś piosenkę „Don’t worry be happy”, która nie tylko okazała się ogólnoświatowym hitem, ale stała się nieodłącznym elementem kultury (tytułowa fraza weszła na dobre do języka). Niewiele osób potrafi wymienić jakiekolwiek inne utwory artysty (ja, przyznaję to, znam jeszcze „Thinking about your body”, który bardzo lubię). Coś podobnego przytrafiło się Josephowi Conradowi, który napisał „Jądro ciemności” w ramach odskoczni od pracy nad powieścią „Ocalenie”. Rezultat? Wszyscy kojarzą „Jądro ciemności”, nawet jeżeli nigdy go nie czytali, a przeważająca większość nigdy nie słyszała o „Ocaleniu”. Sama zaś powieść uznawana jest za jedno z najwybitniejszych dzieł literatury angielskiej wszech czasów i wielkim osiągnięciem literatury w ogóle!

Przyznaję, że trochę ociągałam się przystąpieniem do czytania, a wszystko przez „Lorda Jima” – jednej z najgorszych, najnudniejszych i najprzykrzejszych lektur szkolnych, jakie przeczytałam od deski do deski w poczuciu nieznośnego obowiązku, a co wspominam jako istną mitręgę. Być może dzisiaj doceniłabym piękno stylu i wysublimowany język autora, ale „Lord Jim”, podobnie jak pilot Pirx Lema, pozostawili po sobie traumę podobną do zatrucia pokarmowego, na które nie tylko moja jaźń, lecz całe ciało reaguje mdłościami i dreszczem. Na szczęście, nasz powichrowany system szkolnictwa, który wyświadcza umysłom młodych więcej szkody niż pożytku, nie zmusił mnie do czytania „Jądra ciemności” – na szczęście, bo nie chciałabym czuć wstrętu do tak wspaniałej książki.

Język, styl, pomysł, kompozycja... Wszystko tu jest niemal doskonałe i godne podziwu. Enigmatyczność samej historii, przedstawianie procesu myślowego narratora, opisy zwiększające uczucie eteryczności i tajemnicy, a przy tym przekazujące żar i grozę sekretnej, dusznej i niepojętej jak samo serce ludzkie Afryki... Ludzkość wyłoniła się z ciemności i w niej przepadnie, blask cywilizacji zbyt słaby jest i nikły, zdaje się mówić autor. Ale ta króciutka powieść stawia wyłącznie pytania, nie wyjaśnia, nie odpowiada – nakreśla raczej cień we mgle i grę świateł na jej szarości, nie zbliżając się do klarownego zarysu. Bo to nie tylko opowieść o ciemności serca i niepojętości świata, ale też o niemożliwości zrozumienia drugiego człowieka, samego siebie, a także – co dla mnie osobiście wydaje się najważniejsze – daremności prób przekazania tego wszystkiego innym.

Arcydzieło? Jedyny powód, dla którego powstrzymywałabym się od używania tego słowa w odniesieniu do „Jądra ciemności”, to zbyt częsta tendencja czytelników do podchodzenia z więcej niż nabożną czcią do pewnych książek, co albo każe im trwać w sztucznie wytworzonym, jak gdyby obowiązkowym i wymaganym zachwycie (i lęku przed przyznaniem, że się po prostu nie rozumie), albo głębokie rozczarowanie, wynikające z tego, że wbrew domyślnym obietnicom nie osiągnęliśmy wyższego poziomu świadomości i mocy stąpania po wodzie. Doradzam przeczytanie, ale bez stawiania sobie oczekiwań i życzeń – tylko wtedy doceni się dzieło takie jak to.

niedziela, 30 stycznia 2011

Światłość świata



Benedykt XVI, Peter Seewald – Światłość świata
(Znak, Kraków 2011)

Zdziwiłam się, kiedy w serwisie informacyjnym podano, że oto pojawia się pierwszy zupełnie bezpośredni wywiad z papieżem Benedyktem XVI. Zdziwiłam, bo Peter Seewald miał już dwa takie wywiady, które ukazały się drukiem pod tytułami „Sól Ziemi” oraz „Bóg i świat” (obie  książki zostały wydane przez Znak i obie są ponad wszech miarę godne polecenia). Dopiero po chwili uprzytomniłam sobie, że poprzednie wywiady przeprowadzane były z kardynałem Ratzingerem, nie z papieżem, a to tylko ja przeczytałam je dopiero po wyborze księcia Kościoła na następcę świętego Piotra.

Dość sporo z tematów samej wiary tłumaczył kardynał Ratzinger właśnie w „Bogu i świecie” – czynił to w sposób niezwykle przystępny, mówił prostym, ludzkim językiem, w rozmowie bezpośredniej i nie unikającej trudnych tematów – Seewald zapytał go nawet wprost w jednym momencie: „Gdzie jest mój zmarły brat?”, oczekując klarownej, zwięzłej odpowiedzi. I taką otrzymał. Jeżeli więc kogoś interesują zagadnienia teologiczne, dogmatyczne i doktrynalne, polecałabym sięgnąć najpierw po książkę „Bóg i świat” (abstrahując już zupełnie od tego, że każdy, kto chce się czegokolwiek pewnego dowiedzieć o chrześcijaństwie, powinien szukać odpowiedzi na swe  pytania nie gdzie indziej, jak właśnie w Katechizmie Kościoła Katolickiego, który powstawał zresztą pod nadzorem kardynała Ratzingera); „Światłość świata” skupia się na raczej na samym pontyfikacie Benedykta XVI, poruszając rozpalające ciekawość mas problemy molestowania seksualnego dzieci przez duchownych, zdjęcia ekskomuniki z lefebrystów czy wyjaśnienia kompletnego nieporozumienia, do jakiego doszło przez wyrwanie z kontekstu ze stricte naukowego wykładu papieża na temat wiary i przemocy cytatu, który podburzył świat muzułmański i został przez media użyty jako wypowiedź polityczna i wyraz osobistych poglądów Ojca Świętego (zamieszczenie problematycznego fragmentu na końcu książki w sposób rozstrzygający obnaża cały absurd zdarzenia oraz żenujące nierzetelność i niekompetencje współczesnych mediów).

Ze względu na ograniczony czas, jaki papież mógł poświęcić na wywiad, problemy potraktowane są skrótowo, bez wdawania się w szczegóły (zwłaszcza w kwestiach wiary), ale Benedykt XVI, tak jak w dwóch wcześniejszych wywiadach z Seewaldem, stara się być jak najbardziej precyzyjny i rzeczowy, odpowiada po męsku i z odwagą, stara się tłumaczyć i przybliżać ludziom samą istotę Kościoła i rozwiewać błędne urojenia na jego temat, które powszechnie panują. Na pytanie o święcenie kobiet odpowiada wprost – nie chodzi o to, że nie chcemy ich święcić, ale o to, że NIE MOŻEMY. „Wszystkie religie miały swoje kapłanki” – mówi – „i było raczej dziwne, że nie znalazły się we wspólnocie Jezusa Chrystusa, co z kolei jest świadectwem kontynuacji z wiarą Izraela. (...) Nie jesteśmy jakimś samowolnym reżimem. Nie możemy robić tego, co chcemy. Szukamy woli Pana dla nas i jej się trzymamy, nawet jeśli to w tej kulturze i tej cywilizacji jest mozolne i trudne”. Innym razem wyznaje: „Zapytano mnie, dlaczego Kościół katolicki zajmuje w sprawach AIDS całkowicie nierealistyczne i bezskuteczne stanowisko. Czułem się rzeczywiście sprowokowany, bo Kościół czyni wiele więcej niż wszyscy inni. Uważam tak nadal, gdyż to jedyna instytucja będąca bardzo blisko i bardzo konkretnie z ludźmi, podejmująca działania prewencyjne, wychowawcze, wspomagające, ratujące i towarzyszące; gdyż opiekuje się jak nikt inny wieloma chorymi na AIDS, a szczególnie chorymi na AIDS dziećmi”.

Oczywiście nasze media nie byłyby sobą, gdyby nie wypaczyły właściwego sensu papieskich słów. I tak w świat pobiegła wieść, że papież przełamał się w sprawie prezerwatyw i dopuszcza, w pewnych przypadkach, ich używanie. Co zaś naprawdę powiedział Benedykt XVI, znaleźć można na stronie 130. tego bardzo ciekawego wywiadu, którego lekturę, podobnie jak dwóch poprzednich rozmów z Seewaldem, wszystkim doradzam i polecam.

sobota, 29 stycznia 2011

Pięć książek



TOMASZ JURASZ – BANIALUKA CZYLI KOPA STARYCH PRZYSŁÓW POLSKICH
(KAW, Rzeszów 1989)

Książka wyjaśnia pochodzenie takich powiedzeń, jak "słowo się rzekło, kobyłka u płota" czy "duby smalone". To bardzo interesująca lektura, a ilustracje Szymona Kobylińskiego czynią z niej naprawdę przyjemną w odbiorze, godną polecenia pozycję.

Nie wiem, czemu przed "czyli" w tytule nie ma przecinka.




MARIA ZIÓŁKOWSKA – WYBITNI LUDZIE TEŻ LUDZIE
(Antyk, Kęty 2004)

Interesujący zbiór ciekawostek o ludziach sławnych - ich lękach, dziwactwach, kaprysach, wierzeniach, nałogach... Cóż mogę powiedzieć - bardzo wciągająca książka!

A jeśli kogoś interesują historie z życia znanych postaci, powinien również sięgnąć po dwa niniejsze tytuły:

SŁAWNI POLACY W ANEGDOCIE
(Europa, Wrocław 2004),

ANEGDOTY I FACECJE O LUDZIACH WIELKICH I SŁAWNYCH
(Książka i Wiedza, Warszawa 2002).


 HARVEY RACHLIN - SKANDALE, WANDALE I... NIEZWYKŁE OPOWIEŚCI O WIELKICH DZIEŁACH SZTUKI
(Rebis, 2010)

Miałabym parę drobnych zastrzeżeń do tej pozycji, ale generalnie rzecz ujmując, to całkiem zajmujący zbiór dwudziestu sześciu historii na temat dwudziestu sześciu słynnych obrazów, takich jak: Olimpia, Straż nocna czy Lekcja anatomii doktora Tulpa.

Oto fragment: "Mimo ciemnego tła Straży nocnej obraz przedstawia scenę rozgrywającą się nie nocą, lecz w ciągu dnia, czyszczenie obrazu w latach 40. XX wieku ujawniło, że to, co uważano za mrok, faktycznie było grubą warstwą brudu, który narósł z biegiem czasu. Arcydzieło Rembrandta błędnie zatytułowano wiele lat po jego powstaniu, ponieważ główną wojskową funkcją gwardii cywilnej były warty pełnione w godzinach nocnych".

wtorek, 25 stycznia 2011

Imię Róży





*Umberto Eco – Imię Róży
(PIW, Warszawa 2001)

W wieku dwunastu lat przeczytałam „Don Kichota z La Manchy” (Borges uważał, o ile dobrze pamiętam, że idealny wiek na tę lekturę to czternaście lat). Nie wiem, jak odebrałabym go dzisiaj, ale w owym czasie książka bardzo mi się podobała. Cięta satyra na literaturę rycerską (i jednocześnie parodia konkretnych utworów) i na zachłyśnięte nią społeczeństwo w ogóle, jest w istocie rzeczy, tym, czym miała być w zamyśle autora – bardzo przyjemną lekturą. „Don Kichot...” urósł jednak do rangi jakiejś świętej relikwii, przypisuje mu się metafizyczne głębie, o których nie śniło się filozofom, a patrząc na ilość książek w stylu „Medytacje o Don Kichocie” czy „Poszukiwanie Ostatecznej Mądrości w Don Kichocie” (tytuły zmyślone, ale swego czasu napotykałam się co rusz na publikacje w tym stylu), można by przypuszczać, że obcujemy z dziełem niemal gnostyckim, a jego lektura przyczyni się do osiągnięcia nirwany czy innej formy dotknięcia Absolutu.

Coś podobnego dzieje się w sprawie „Imienia Róży”. Tę doskonałą lekturę traktuje się z wielkim nabożeństwem, a większość ludzi czyta ją jedynie po to, by pochwalić się w towarzystwie samym faktem „doczytania”. Mogę patrzeć na takich czytelników jedynie z niedowierzaniem, podobnie jak na tych, gotowych bić pokłony przed „wszech-geniuszem” Cervantesa, który najpewniej przewraca się w grobie.

„Don Kichota...” powinno czytać się za młodu, aby uniknąć obciążenia własnej jaźni całym tym mistycznym hołdem, jakim jest owiany. Trochę podobnie jest z „Imieniem Róży” – doradzam, aby ją przeczytać zanim przyjdzie nam poznać wszelkie ociekające zachwytem recenzje tych, którzy nas przestrzegają, że do tej lektury trzeba dojrzewać. I to długo.

Drogi Czytelniku, proponuję, byś uświadomił sobie, że historia ta miała się początkowo nazywać „Morderstwa w opactwie”. Osłoń się tym tytułem jak ochronną tarczą przed „ochami” i „achami” i  wszelkiego rodzaju nad wyraz nabożnymi i nagminnymi przejawami oddawania czci tej książce, powiedz sobie, że zasiadasz do dobrej powieści detektywistycznej i dopiero wtedy przystąp do lektury.

A lektura to naprawdę wyborna – dzieło erudyty i znawcy tematu, który w swym literacko-naukowym eksperymencie stworzyć chciał wciągający kryminał. I to mu się jak najbardziej udało. Zachwyca język, zachwyca konstrukcja, opisy i sama fabuła.

Osobiście zgrzyta mi jednak zbyt łatwa relatywizacja Prawdy – bo choć to świetny pomysł, aby poddać w wątpliwość możliwość dotarcia do niej za sprawą kryminału, gatunku, w którym wszak chodzi właśnie o odkrywanie prawdy, a jednocześnie umiejscowić akcję w średniowieczu (epoce, której bronił Chesterton, wskazując w niej zwłaszcza na oczywistość istnienia i porządku kosmosu, które dziś zdaje się nie mieć na nas żadnego wpływu, natomiast wówczas ogarniało wszystko), to jednak nasz „detektyw” nie przekonał mnie do swych mglistych racji, kwitując je słowami: „Jedyna prawda to uczyć się, jak uwolnić się od chorej namiętności do prawdy”. Zgadzam się z kardynałem Ratzingerem, który nazywa taką postawę „chorą ułudą mądrości”, przytaczając ów cytat z „Imienia róży” w swej arcyciekawej książce „Wiara, prawda, tolerancja. Chrześcijaństwo a religie świata” (Jedność, Kielce 2005 - Polecam!!). Nie kwestionuję oczywiście prawa autora do własnego zdania, (zakładając, że istotnie dzieli je z bohaterem) ale sposób w jaki bohater dochodzi do owego twierdzenia wydaje mi się nie końca przemyślany – właściwie trudno go jakoś logicznie i rzetelnie umotywować, podsumowując całą przedstawioną historię i śledząc jej przebieg (a przynajmniej takie wrażenie pamiętam z lektury) - nie wspominając o tym, że postawa "detektywa" jest z gruntu "nowoczesna", na pewno nie średniowieczna, bo i detektyw pisarza jest nowoczesny - tylko powierzchownie trzyma się surowej logiki, po prawdzie jednak nie potrafi dojść do logicznych konkluzji w kwestiach najistotniejszych.

Niezależnie od tego, czy "Imię Róży" jest czytane jako li tylko kryminał, czy też jako rozprawa z semiotykami, trzeba zdać sobie sprawę, że jest to opowieść w pewnym sensie fałszywa - nie oddająca ducha średniowiecza, a jedynie jakby jego zewnętrze (nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Eco bardziej interesuje estetyka niż etyka). Fałszywym jest ateizm, który nie mógłby być możliwy nawet w wieku reformacji, cóż dopiero w średniowieczu! Fałszywym jest podział na świata na tych, którzy starają się utrzymać go w stagnacji, a pochwalanymi przez autora burzycielami (fanatycy kontra nieuznający granic prześmiewcy i kompletny brak miejsca dla normalnych ludzi). Fałszem jest prezentowanie średniowiecza przez pryzmat współczesnych wątpliwości, urojeń i negowania prawdy dla samej możliwości negowania w pseudofilozofiach o zabarwieniu idealistycznym. 
  
Niemniej to naprawdę świetna książka o kunsztownej konstrukcji, znamienitej kompozycji i z doskonałym tempem narracji. Ale dla mnie to nic więcej niż dwa przyjemnie spędzone wieczory. Jestem pod wrażeniem, dobrze się bawiłam, ale nie mdleję z zachwytu.

7+/10

wtorek, 18 stycznia 2011

Karykatury Boga



Francis Boespflug OP - Karykatury Boga: Potęga i niebezpieczeństwo obrazu.
(W drodze, Poznań 2008)

Przyznam, że rozczarowała mnie ta książka. To nawet nie ogólna, z pewnością nie błyskotliwa, jak obiecuje opis na okładce, analiza miejsca i roli obrazu w trzech wielkich religiach monoteistycznych, a szkic historyczny tematu z zarysowaniem problemu, z jakim zetknął się świat po reakcji środowisk muzułmańskich na zamieszczone w duńskiej gazecie w 2005r. karykatury Mahometa.

Najbardziej doskwiera w niej brak zdecydowanego stanowiska autora. Rozumiem, że chce on skłonić do dyskusji i otwarcia na poznawania "tych innych niż my", ale poprzez swe wielce łagodne, nieśmiałe wręcz stwierdzenia typu: "Postulowałbym zatem, aby symbole religijne były otoczone swojego rodzaju rezerwą i uprzejmą dyskrecją" wcale nie pomaga zrozumieć głównego problemu, jaki rodzi autentyczna wiara człowieka kochającego Boga, kiedy przychodzi mu się mierzyć z najniższego rodzaju ośmieszaniem obrazu (!) Tego, któremu poddaje samego siebie (zainteresowanych odsyłam do rozdziału drugiego powieści "Kula i krzyż" Chestertona - to lepsze niż najlepszy wykład).

To prawda, że istoty Boga (z samej definicji Absolutu) - z czego wierni wszystkich religii powinni zdawać sobie sprawę - nie da się w żaden sposób obrazić ani zranić. I to prawda, że zbyt bardzo przywiązujemy nasze umysły, naszą mentalność do samych "obrazów" (z czego doskonale zdaje sobie sprawę buddyzm zen, a w walce z czym dosięga jednak nieraz skrajności nie do pomyślenia dla człowieka cywilizacji Zachodu), identyfikując z nimi samych siebie, tak jak naród utożsamia siebie z określonymi barwami flagi (znieważanie flagi jest więc znieważaniem nas), ale nadal nie rozumiem, czemu autor omija tak ważny dla wierzących problem osobistej relacji z Bogiem, bez poruszenia którego nie da się zrozumieć tych, którzy - ku zdziwieniu świata - gotowi są nawet narażać życie w obronie tego, co uważają za święte i nietykalne (nie mówię tu w żadnym razie o fanatykach!).

Spójrzmy na katolicyzm, który głosi, że choć Bóg nie może cierpieć, to może współ-cierpieć (!) - a przez to jest Emmanuelem - "Bogiem z nami". Autor przytacza wypowiedź czytelnika pewnej francuskiej gazety, który głosi, że chrześcijanie mają być świadkami Chrystusa, nie obrońcami, zaś sam autor zdaje się patrzeć z pobłażaniem na tych, którzy oburzają się na wykorzystywanie fresku Ostatnia Wieczerza w celach reklamowych. W ogóle nie bierze on pod uwagę tego problemu, że jeżeli ktoś uważa siebie za katolika, to musi przyjmować i podporządkowywać siebie nauczaniu Kościoła. A przecież Kościół uznał całe mnóstwo objawień świętych, w których to Jezus Chrystus czy też Dziewica Maryja wyznają, że ludzie ranią (!) serce Boga, także swoimi szyderstwami i kpinami. Czytając Stary Testament, możemy się przekonać, że Bogu wywracają się wnętrzności z żalu, gniewu i współczucia nad czynami ludzkimi, mimo że autorzy biblijny doskonale wiedzieli, że Bóg, o którym piszą nie jest bytem ograniczonym, cielesnym i poddanym emocjom czysto ludzkim (uważna lektura pisma, ujawnia tę świadomość, której dzisiaj zdaje się brakować ludziom - to, co stosuje się do człowieka, nie może się stosować do Boga, nawet jeżeli postrzegamy Absolut jedynie jako problem czysto filozoficzny).

Zatrzymanie się na czystej filozofii, na stwierdzeniu, że istoty Boga nie można zranić, oraz na - słusznym poniekąd - krytykowaniu zbytniego przywiązania do obrazu tego, co w swej istocie pozostaje całkowicie niewyrażalne, nie pomoże zrozumieć tych, którzy autentycznie wierzą w Boga wchodzącego z ludzkością w relację - zwłaszcza chodzi tu o chrześcijaństwo, w którym relacja ta jest absolutnie wyjątkowa i prowadzi do fizycznego wejścia Stwórcy w określony czas historyczny i materialną jego przestrzeń. Jeśli bowiem ci wierzący nie mają być obrońcami świętych symboli i po prostu każe im się zaakceptować to, że Boga obrazić się nie da, to każe im się tym samym uznać, że objawienia uznane przez Kościół, a nawet same Pismo Święte, kłamią, ilekroć mowa jest o zranieniach Boskiego serca.

A co z obrazami uprzywilejowanymi przez samego Boga, jak wykonany z rozkazu Jezusa obraz, który kojarzymy ze świętą Faustyną albo liczne obrazy "łaskami słynące"? Choć sama Faustyna była załamana wyglądem obrazu, a sam Jezus musiał jej tłumaczyć, że obraz jako sam wizerunek, jego jakość i "wierność" jest absolutnie nieważna, to jednak Bóg domaga się dla tego wizerunku czci z własnej woli i czyni go właśnie przez to obrazem uprzywilejowanym (tak jak określone gesty i słowa mają w religii rangę uprzywilejowanych). Nawet jeżeli ktoś nie wierzy w święty obraz powstały z wolnej woli współ-czującego (!) Boga, musi uznać, że są ludzie, którzy właśnie taką wiarę wyznają, a ich oburzenie na wszelkie wyśmiewanie tego obrazu, nie jest bezpodstawnym oburzaniem się z powodu własnej, urażonej dumy czy zawłaszczaniem sobie prawa wyłączności na dysponowanie danym wizerunkiem Boga.

Naprawdę trudno mi zrozumieć, czemu autor choć nie liznął tak istotnych i ważkich dla wiary problemów (jak bez nich mówić o roli i miejscu obrazów bez wszelkich wymiarów nieznanych niewierzącym?), ograniczając się do lakonicznych stwierdzeń, że islam musi zmierzyć się z cywilizacją obrazu i zrozumieć, że Mahomet to nie Allah, a ośmieszanie pewnego obrazu Proroka nie jest tożsame z ośmieszaniem jego samego, tak jak wykorzystywanie kompozycji Ostatniej Wieczerzy nie musi być atakiem na chrześcijan (osobiście uważam - czego autor też jakoś specjalnie nie wyłuszcza - że ważne są intencje, którymi kieruje się twórca).

Ogólnie rzecz ujmując - problem jest niezwykle głęboki. Chodzi tu o samą, autentyczną wiarę regulującą życie całych cywilizacji i społeczeństw,  o rolę symbolu w mentalności ludzkiej, ale też o pojmowanie wolności słowa (często bardzo błędne) i o rolę karykatury w kulturze w ogóle - każdy z tych tematów można by rozwinąć w dziesiątkach tomów książek, bez możliwości ich wyczerpania, dlatego nie spodziewałam się, że cienka książeczka Boespfluga choć ogólnie je ogarnie. Ale rozczarowuje mnie pominięcie wspomnianych wyżej kwestii, bez których trudno zrozumieć tych, którzy "ośmielają się" - ku zdziwieniu świata - oburzać.

Może i powstrzymałabym się od tych uwag, gdyby książka przedstawiana nam była - tak, jak podaje to w zakończeniu Boespflug - jako ogólny szkic historyczny, a nie wyrazista analiza problemu. Ale nawet wówczas brak choć minimalnej wzmianki na poruszony przeze mnie problem wydaje mi się być rzeczą dziwną - zwłaszcza, jeśli naprawdę idzie nam o wzajemne zrozumienie, które nie może istnieć bez poznania.

Mimo wszystko warto sięgnąć po ów szkic, bo jak pisze autor: "historia obrazów Boga kryje w sobie ogromne zasoby informacji na temat dialogu i spotkania kultur".

piątek, 14 stycznia 2011

Ruchomy zamek Hauru


* Diana Wynne Jones - Ruchomy zamek Hauru
(Amber, Warszawa 2005)

Po premierze filmu studia Ghibli, adaptacji książki pani Jones, wydawnictwo Amber postanowiło skorzystać z okazji, by zagarnąć trochę grosza od polskich czytelników. Widać tu jednak strach i obawy wydawcy, że kompletnie nieznana szerokim masom autorka nie zapewni sprzedaży - stąd zmiana oryginalnego tytułu na ten rozpoznawalny z filmowej wersji (powieść nazywa się w oryginalne "Howl's moving castle", ale obawiam się, że "Hauru", czyli japoński zapis imienia "Howl", przylgnie już do tytułowego bohatera na wieki) oraz zapewnianie w opisie, że czeka na nas "świat łudząco podobny do świata Harry'ego Pottera".

Powieść jest przeznaczona dla młodych czytelników i to się czuje: nieskomplikowane opisy i jeszcze mniej skomplikowane zdania, zwarte tempo narracji, żadnych "psychologicznych" i "emocjonalnych" ustępów - tylko następujące po sobie zdarzenia i występujące w nich postacie. Gdybym miała do czegoś porównać tę książkę, to chyba tylko do "Braci Lwie Serce" Astrid Lindgren (Nasza Księgarnia, Warszawa 2009), przy czym u słynnej Szwedki możemy doświadczać owej psychologicznej głębi i uczuciowego ciężaru (zapewnia je pierwszoosobowa narracja), której książka pani Jones jest pozbawiona. Bo chociaż "Ruchomy zamek..." skierowany jest jednak do nieco starszej młodzieży, takiej, która z dumą może używać słowa "fantasy", to jednak nie dorównuje "Braciom..." jeśli idzie o sferę emocjonalną - tak w przemawianiu do czytelnika, trącaniu strun jego uczuć, jak i w samym sposobie przedstawiania bohaterów i ich czynów. Obie jednak są równie proste, łatwe i przyjemne do czytania, i dlatego właśnie pozwoliłam sobie je zestawić (takie zestawienie zresztą jest o tyle ciekawe, że "Bracia..." traktowane są raczej jako baśń, a "Ruchomy zamek..." już jako literatura przynależąca do fantastyki. Być może to jest mój główny problem z fantasy - nie potrafię się pozbyć uczucia płytkości, jakie odczuwam w zetknięciu z książkami tego gatunku, a które raczej nie towarzyszy baśniom... Czy to tylko moje odczucie, że fantasy - baśń dla starszych, jest w gruncie rzeczy tylko mdłym cieniem prawdziwej baśni?).

Przyznam, że najpierw dane mi było przeczytać książkę, dopiero później zapoznałam się z filmem Miyazakiego. I trudno mi było uwierzyć, że wytwórnia, która stworzyła moją ulubioną "Szkarłatną świnię" ("Kurenai no buta", znane też jako "Porco rosso"), mogła aż tak zniechęcająco przedstawić tę bajkową historię (bo gdybym najpierw obejrzała film, z pewnością ominęłabym - niesłusznie! - książkę szerokim łukiem).

Trudno tu wyjaśnić moje niezadowolenie adaptacją, bez powoływania się na szczegóły fabularne. Powiem więc tylko tyle, że film uczynił na mnie wrażenie, jakby pan Miyazaki w ogóle nie wiedział, co ma począć z pomysłami pani Jones (które już prezentują się jak kompletny scenariusz filmowy). Przypuszczam, że reżyser koniecznie chciał mieć "głębię", której w tak prostej i tak nieskomplikowanie opowiedzianej historii nie mógł dojrzeć. Próbując jednak wytworzyć tę "głębię" poprzez niedopowiedzenia, sekrety, tajemnice i dodane od siebie, specyficzne sceny, próbując na siłę wpleść w "Ruchomy zamek..." dramat, ból i swoje własne przesłanie, sprawił, niestety,  że sama struktura historii cierpi i zamiast dobrych niedopowiedzeń i tajemnic (jak w "Szkarłatnej świni"), pozostaje jakaś chaotyczna, doskwierająca niekompletność.

Film w ogóle pomija takie wątki, jak prawdziwe imię tytułowego czarodzieja (od którego wziął się "Howl"), czy jego pochodzenie, oraz fakt, dlaczego nie potrafi nikogo prawdziwie pokochać i czemu to właśnie Sophie, nikt inny, mogła dać nadzieję demonowi ognia na zerwanie z nim kontraktu. W ogóle w książce wszystkie postacie, łącznie z Howlem/Hauru, są o wiele znośniejsze i sympatyczniejsze od swych filmowych wersji - choćby taki Michael, którego reżyser, nie wiedzieć czemu, odmłodził o te kilka lat, by nie mógł smolić cholewek do wybranki serca.

Mimo jednak, że uważam książkę za dużo lepszą od filmu, nie potrafię wystawić jej wyższej oceny. Jest zbyt prosta, ma zbyt wiele niewykorzystanego potencjału, a w zestawieniu z takim choćby "Ostatnim jednorożcem" obnaża brak większej fantazji i polotu. Myślę, że to właśnie te cechy doskwierały reżyserowi, skłaniając go do zmiany historii i wtłoczenia w niej tak dużej dawki mroku i tajemnicy. Szkoda jednak, że w efekcie końcowym nic specjalnego mu z tego nie wyszło.

6/10

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Neologizmy, czyli gdzie był redaktor?


Gdzie był redaktor i za co wziął pieniądze?

Już raz się nagadałam na nieudolnych tłumaczy, to dziś się oberwie nieudolnym autorom i ich redaktorom.

Uwielbiam neologizmy. Wyrazy typu „zjawieniec”, „przegnaniec” czy „wtrzepotał” niezmiennie mnie zachwycają.

Neologizmy stały się ostatnio modne – zwłaszcza w literaturze (bardzo) popularnej.

Niestety.

Niestety, bo ich twórcy rzadko kiedy zastanawiają się, jak taki nowotwór (którym chcieli zabłysnąć) się prezentuje.

Weźmy takiego „Nocarza”, który od razu kojarzy się z „nocnikiem” (bo częstsze niż "–arz " jest "–nik" : mocarz, włodarz, wojownik, robotnik, buntownik,...).

Jednak ów zupełnie zbędny neologizm (bo ani to dumnie nie brzmi, ani wiele wyjaśnia – równie dobrze mógłby to być synonim ciecia, znanego także jako „night menager”), to nic w porównaniu z potworkiem, na którego ostatnio się natknęłam. Chodzi o „Załatwiaczkę” Mileny Wójtowicz.

ZAŁATWIACZKA???!!!

To brzmi jak nazwa jakiegoś narzędzia/środka do przepychania sedesu. W najlepszym wypadku.

Popieram neologizmy.
Ale jeszcze bardziej popieram myślenie i wyczucie, dobry smak i elegancję.


Przypomniało mi się jeszcze „piekłowzięcie”, które popełnił Szyda (Hotel Wieczność). Jest to neologizm błędnie utworzony, a zatem nie mający racji bytu. Neologizmy bowiem tworzy się na zasadzie analogii. Nie zachodzi tu zaś analogia, ponieważ w języku polskim nie istnieje słowo „niebowzięcie”, dla którego Szyda usiłował stworzyć antonim. Istnieje za to słowo „wniebowzięcie”. Dlatego jedynym poprawnym neologizmem powinno w tym wypadku być „wpiekłowzięcie”.

Doprawdy, czym się zajmuje cała wydawnicza redakcja, jeśli nie tępieniem takich głupot?