Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kula i krzyż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kula i krzyż. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 stycznia 2011

Karykatury Boga



Francis Boespflug OP - Karykatury Boga: Potęga i niebezpieczeństwo obrazu.
(W drodze, Poznań 2008)

Przyznam, że rozczarowała mnie ta książka. To nawet nie ogólna, z pewnością nie błyskotliwa, jak obiecuje opis na okładce, analiza miejsca i roli obrazu w trzech wielkich religiach monoteistycznych, a szkic historyczny tematu z zarysowaniem problemu, z jakim zetknął się świat po reakcji środowisk muzułmańskich na zamieszczone w duńskiej gazecie w 2005r. karykatury Mahometa.

Najbardziej doskwiera w niej brak zdecydowanego stanowiska autora. Rozumiem, że chce on skłonić do dyskusji i otwarcia na poznawania "tych innych niż my", ale poprzez swe wielce łagodne, nieśmiałe wręcz stwierdzenia typu: "Postulowałbym zatem, aby symbole religijne były otoczone swojego rodzaju rezerwą i uprzejmą dyskrecją" wcale nie pomaga zrozumieć głównego problemu, jaki rodzi autentyczna wiara człowieka kochającego Boga, kiedy przychodzi mu się mierzyć z najniższego rodzaju ośmieszaniem obrazu (!) Tego, któremu poddaje samego siebie (zainteresowanych odsyłam do rozdziału drugiego powieści "Kula i krzyż" Chestertona - to lepsze niż najlepszy wykład).

To prawda, że istoty Boga (z samej definicji Absolutu) - z czego wierni wszystkich religii powinni zdawać sobie sprawę - nie da się w żaden sposób obrazić ani zranić. I to prawda, że zbyt bardzo przywiązujemy nasze umysły, naszą mentalność do samych "obrazów" (z czego doskonale zdaje sobie sprawę buddyzm zen, a w walce z czym dosięga jednak nieraz skrajności nie do pomyślenia dla człowieka cywilizacji Zachodu), identyfikując z nimi samych siebie, tak jak naród utożsamia siebie z określonymi barwami flagi (znieważanie flagi jest więc znieważaniem nas), ale nadal nie rozumiem, czemu autor omija tak ważny dla wierzących problem osobistej relacji z Bogiem, bez poruszenia którego nie da się zrozumieć tych, którzy - ku zdziwieniu świata - gotowi są nawet narażać życie w obronie tego, co uważają za święte i nietykalne (nie mówię tu w żadnym razie o fanatykach!).

Spójrzmy na katolicyzm, który głosi, że choć Bóg nie może cierpieć, to może współ-cierpieć (!) - a przez to jest Emmanuelem - "Bogiem z nami". Autor przytacza wypowiedź czytelnika pewnej francuskiej gazety, który głosi, że chrześcijanie mają być świadkami Chrystusa, nie obrońcami, zaś sam autor zdaje się patrzeć z pobłażaniem na tych, którzy oburzają się na wykorzystywanie fresku Ostatnia Wieczerza w celach reklamowych. W ogóle nie bierze on pod uwagę tego problemu, że jeżeli ktoś uważa siebie za katolika, to musi przyjmować i podporządkowywać siebie nauczaniu Kościoła. A przecież Kościół uznał całe mnóstwo objawień świętych, w których to Jezus Chrystus czy też Dziewica Maryja wyznają, że ludzie ranią (!) serce Boga, także swoimi szyderstwami i kpinami. Czytając Stary Testament, możemy się przekonać, że Bogu wywracają się wnętrzności z żalu, gniewu i współczucia nad czynami ludzkimi, mimo że autorzy biblijny doskonale wiedzieli, że Bóg, o którym piszą nie jest bytem ograniczonym, cielesnym i poddanym emocjom czysto ludzkim (uważna lektura pisma, ujawnia tę świadomość, której dzisiaj zdaje się brakować ludziom - to, co stosuje się do człowieka, nie może się stosować do Boga, nawet jeżeli postrzegamy Absolut jedynie jako problem czysto filozoficzny).

Zatrzymanie się na czystej filozofii, na stwierdzeniu, że istoty Boga nie można zranić, oraz na - słusznym poniekąd - krytykowaniu zbytniego przywiązania do obrazu tego, co w swej istocie pozostaje całkowicie niewyrażalne, nie pomoże zrozumieć tych, którzy autentycznie wierzą w Boga wchodzącego z ludzkością w relację - zwłaszcza chodzi tu o chrześcijaństwo, w którym relacja ta jest absolutnie wyjątkowa i prowadzi do fizycznego wejścia Stwórcy w określony czas historyczny i materialną jego przestrzeń. Jeśli bowiem ci wierzący nie mają być obrońcami świętych symboli i po prostu każe im się zaakceptować to, że Boga obrazić się nie da, to każe im się tym samym uznać, że objawienia uznane przez Kościół, a nawet same Pismo Święte, kłamią, ilekroć mowa jest o zranieniach Boskiego serca.

A co z obrazami uprzywilejowanymi przez samego Boga, jak wykonany z rozkazu Jezusa obraz, który kojarzymy ze świętą Faustyną albo liczne obrazy "łaskami słynące"? Choć sama Faustyna była załamana wyglądem obrazu, a sam Jezus musiał jej tłumaczyć, że obraz jako sam wizerunek, jego jakość i "wierność" jest absolutnie nieważna, to jednak Bóg domaga się dla tego wizerunku czci z własnej woli i czyni go właśnie przez to obrazem uprzywilejowanym (tak jak określone gesty i słowa mają w religii rangę uprzywilejowanych). Nawet jeżeli ktoś nie wierzy w święty obraz powstały z wolnej woli współ-czującego (!) Boga, musi uznać, że są ludzie, którzy właśnie taką wiarę wyznają, a ich oburzenie na wszelkie wyśmiewanie tego obrazu, nie jest bezpodstawnym oburzaniem się z powodu własnej, urażonej dumy czy zawłaszczaniem sobie prawa wyłączności na dysponowanie danym wizerunkiem Boga.

Naprawdę trudno mi zrozumieć, czemu autor choć nie liznął tak istotnych i ważkich dla wiary problemów (jak bez nich mówić o roli i miejscu obrazów bez wszelkich wymiarów nieznanych niewierzącym?), ograniczając się do lakonicznych stwierdzeń, że islam musi zmierzyć się z cywilizacją obrazu i zrozumieć, że Mahomet to nie Allah, a ośmieszanie pewnego obrazu Proroka nie jest tożsame z ośmieszaniem jego samego, tak jak wykorzystywanie kompozycji Ostatniej Wieczerzy nie musi być atakiem na chrześcijan (osobiście uważam - czego autor też jakoś specjalnie nie wyłuszcza - że ważne są intencje, którymi kieruje się twórca).

Ogólnie rzecz ujmując - problem jest niezwykle głęboki. Chodzi tu o samą, autentyczną wiarę regulującą życie całych cywilizacji i społeczeństw,  o rolę symbolu w mentalności ludzkiej, ale też o pojmowanie wolności słowa (często bardzo błędne) i o rolę karykatury w kulturze w ogóle - każdy z tych tematów można by rozwinąć w dziesiątkach tomów książek, bez możliwości ich wyczerpania, dlatego nie spodziewałam się, że cienka książeczka Boespfluga choć ogólnie je ogarnie. Ale rozczarowuje mnie pominięcie wspomnianych wyżej kwestii, bez których trudno zrozumieć tych, którzy "ośmielają się" - ku zdziwieniu świata - oburzać.

Może i powstrzymałabym się od tych uwag, gdyby książka przedstawiana nam była - tak, jak podaje to w zakończeniu Boespflug - jako ogólny szkic historyczny, a nie wyrazista analiza problemu. Ale nawet wówczas brak choć minimalnej wzmianki na poruszony przeze mnie problem wydaje mi się być rzeczą dziwną - zwłaszcza, jeśli naprawdę idzie nam o wzajemne zrozumienie, które nie może istnieć bez poznania.

Mimo wszystko warto sięgnąć po ów szkic, bo jak pisze autor: "historia obrazów Boga kryje w sobie ogromne zasoby informacji na temat dialogu i spotkania kultur".

sobota, 28 sierpnia 2010

Powieści Chestertona


G.K. Chesterton:


Człowiek, który wiedział za dużo
(Fronda, Warszawa 2009)

Napoleon z Notting Hill
(Fronda, Warszawa 2009)

Przygody księdza Browna
(Fronda, Warszawa 2008)

Człowiek, który był czwartkiem
(Fronda, Warszawa 2008)

Kula i Krzyż
(Fronda, Warszawa 2008)



W esejach Chestertona można się zakochać. Dowcipne, lekkie, pełne fantazji, a przede wszystkim występujące w obronie tego rzadkiego przypadku w świecie, który zwiemy zdrowym rozsądkiem i racjonalnym myśleniem. Uważam to osobiście za skandal, że rzeczy tak miłej do czytania i tak mądrej jak dowolny ze zbiorów jego esejów nie ma na liście obowiązkowych lektur szkolnych.

Tak jednak jak uwielbiam eseje Chestertona, tak niezbyt przepadam za jego powieściami. Przepełnione są one bowiem jakimś ciężkim rodzajem dusznej magii (da się w nich wyczuć pragnienie niesamowitości rodem z "Alicji z krainy czarów") i pompatycznego liryzmu. Gdyby spróbować pokazać to na przykładzie, moglibyśmy wyobrazić sobie bohatera przechadzającego się szarym, smętnym miastem, które z biegiem wydarzeń przeobraża się w fantasmorgiczny świat, by w końcu pozwolić bohaterowi zawisnąć w bezczasie, w którym nas pożegna, wygłaszając przy tym jakąś niezwykle mądrą, prawie aforystyczną mowę.

Najważniejszy zdaje się być nastrój, który przytłacza wszystko inne swą niesamowitością - mamy wrażenie, że ktoś rozdmuchuje dziecięcą bajkę do ciężaru epopei. Nawet w "Przygodach księdza Browna", które powinno być wszak zbiorem opowiadań kryminalnych, nastrój dominuje i to on jest najważniejszy (co jest wbrew zasadom dobrze zbudowanego kryminału). Nic nie wydarza się bez jakiegoś pierwiastka, który zdaje się nam być magicznym, nieziemskim... nadmiernym.

Myślę, że gdyby Chesterton żył dzisiaj byłby z pewnością fanem horrorów, Tima Burtona (pociąga go podobny stylowi tego twórcy "fantastystyczny mrok" i cała jego estetyka) a może nawet - wcale by mnie to nie zdziwiło - mangi i anime, w których niezwykle często śmieszność miesza się z przesadzonym patosem (jak bardzo to przypomina zakończenie chociażby "Napoleona z Notting Hill").

Mnie osobiście przytłacza ta nasycająca cały przedstawiony świat fantazja, cały ten rozsadzający piersi bohaterów liryzm - uważam na ten przykład, że "Kula i krzyż" byłaby o wiele lepsza, gdyby pozbawić ją fizycznej obecności aniołów i demonów, a pozwolić działać samym ludziom i gdyby większość głównych bohaterów powieści Chestertona nie wyrażała się jak niespełnieni poeci.

W żadnym wypadku nie są to jednak złe książki (ośmieliłabym się nawet rzec, że niektóre są nawet więcej niż wybitne - jak choćby "Człowiek, który był Czwartkiem") - po prostu, jak to mawiają Anglicy: "it's not my cup of tea".

Z wymienionych wyżej tytułów polecałabym uwadze dwie ostatnie pozycje - to naprawdę niesamowite dzieła.