czwartek, 28 kwietnia 2011

Na ustach grzechu



Magdalena Samozwaniec – Na ustach grzechu
(Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1990)

Nigdy nie czytałam arcyszmiry polskiej literatury znanej pod tytułem „Trędowata”, ale zapoznawszy się z kilkoma cytatami, śmiało mogę oddać słuszność krytykom, że mamy tu do czynienia z arcydziełem kunsztu grafomańskiego. Honor literatury został jednak uratowany, dzięki Magdalenie (Kossak) Samozwaniec, która cudownie sparodiowała nie tylko „Trędowatą”, ale i cały gatunek romansów „z wyższych sfer” w ogóle, otwierając jednocześnie polską satyrę na zupełnie nowy, nieznany dotąd wymiar czystego nonsensu.

Nie zamierzam tu wychwalać tej książki. W zamian podam zaledwie kilka cytatów, mając gorącą nadzieję, że sprowokują one do czytania bardziej niż moje zachwyty.

„Steńka jak pijana zatoczyła się w krąg raz i drugi, przeglądnęła lapidarnie bogate albumy widokówek, po czym pomieszana zmysłowo rzuciła się przez otwarte drzwi w ogród i popędziła jak strzała w stronę domu”.

„Mówiąc to dzikim półtonem, padła mu do nóg, wijąc się wkoło nich w jakichś rytmicznych podrygach i prysiudach zawrotnych, z których znać było, że pradziad jej był atamanem kozackim i że w niej płynie dzika, nieokiełznana krew stepowych dzieci”.

„Jest to człowiek wprawdzie niepierwszorzędnej młodości, nie piękny, ale tytularny, i ma rozległe dobra doczesne na Kaukazie, a to najważniejsze”.

„Rasowy baobab wchłaniał w siebie lubieżny zapach konwalii i jabłoni. Kurczowo ściśnięte gałązki akacji wypisywały jakieś arabskie awantury na tle rozigranego przestworu. Storczyki, pełne demonicznych piegów, zatajały wstydliwe tajemnice bytu swoich zazdrosnych, zwyrodniałych łon”.

„Ale Steńka wciąż jeszcze nosiła w łonie mózgu wytworną podobiznę Zenona”.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Powieści L.M. Montgomery



W podstawówce zaczytywałam się w powieściach L.M. Montgomery. Zazdrościłam jej talentu i umiejętności w tworzeniu opisów przyrody. Nigdy nie lubiłam jej najbardziej znanej i ukochanej przez wielu postaci, rudowłosej Ani, ale i tak przeczytałam wszystkie tomy z poświęconego jej cyklu, wciąż głodna charakterystycznego stylu autorki i opisów rzeczy, które tak ją pociągały, a które jej bohaterki – tak uważałam – przeżywały nie bardziej intensywnie ode mnie samej.

Po latach wciąż mam ogromny sentyment do L.M. Montgomery, a czas lektury wspominam z rozrzewnieniem. Teraz jednak potrafię spojrzeć na jej książki sceptycznym okiem i – nie tracąc wcale tego uczucia czułości do nich – wytknąć ich wady i braki.

Jeżeli ktoś chce się przekonać, co jest najgorsze w prozie tej chyba najsławniejszej kanadyjskiej pisarki, powinien sięgnąć po „Kilmeny ze Starego Sadu”. Ta krótka powieść jest tak bezdennie sentymentalna i tak rozczulająco melodramatyczna i cukierkowo-bajkowa ze swym motywem tajemniczego, rajskiego Ogrodu, że dzisiaj mogłaby stanowić dobry podręcznik dla nadwrażliwych marzycielek idealistek, jak nie pisać.

Równie sentymentalna i banalna (aż do nieprzytomności!) jest lwia część jej opowiadań, w których dominuje wątek przeznaczenia splatającego na powrót rozdzielonych kochanków. Można złośliwie powiedzieć, że to, co jest dobre u Montgomery, to to samo, co jest u niej złe... tyle że jest to bardziej stonowane i mocniej osadzone w realiach codzienności.

Zgadzam się z krytykiem, który napisał: „Bezpretensjonalność książek L.M. Montgomery graniczy z naiwnością. A niewinność, z jaką autorka opisuje życie, jest bliska ignorancji” (cytat za: Mollie Gillen, Maud z Wyspy Księcia Edwarda, Nasza Księgarnia, Warszawa 1994). Bohaterki jej książek marzą o pięknie i niezwykłości, potrzebują (tak jak potrzebowała ich autorka) silnych estetycznych wzruszeń, niepohamowanego zachwytu nad światłem księżyca czy sylwetkami drzew na tle zachodu słońca, by jakoś udźwignąć codzienność. Potrzebują wiary w jakieś wróżki czy elfy, których co prawda nie spotykają, ale które przeczuwają w pięknie, a zwłaszcza w upajającym pięknie samej przyrody. Autorka zatracała się bez reszty w świetle dnia, jego odcieniach i zmianach, a o wschodach i zachodach słońca mogła pisać bez końca – zachłystywanie się pięknem natury to zresztą charakterystyczny rys jej stylu. Jako dziewczynka dobrze ją rozumiałam, bo i ja nie mogłam dowierzyć, że coś naprawdę pięknego może być tylko materialnym bytem, a nie przejawem jakiejś bliskiej, ale niedostępnej zmysłom Tajemnicy.

Ze wszystkich jej powieści tylko dwie są przeznaczone dla dorosłych – są to: „Błękitny zamek” i „Dzban ciotki Becky”. Nie przeszkadza to wydawcom wydawać ich co rusz w serii literatury dziecięcej i po prawdzie, trudno im się dziwić. Książki te są tak bardzo „w stylu” Montgomery, że małe dziewczynki raczej nie odnajdą w nich dawnych „zakazanych tematów”, za to będą rozpływać się w ckliwym romantyzmie i razem z bohaterkami czekać na księcia z bajki, a w szumie drzew odnajdywać echo szeptów wróżek.

„Dzban ciotki Becky”, jedyna książka autorki, którą przeczytałam dwukrotnie, stanowi zresztą świetną ilustrację tego, o co w książkach Montgomery chodzi. A chodzi o poszukiwanie piękna, romantyczną miłość, prostoduszność, naiwność i nieustanne poetyckie uniesienia, ale także o humor i całą tkliwość, z jaką pielęgnuje się świat marzeń dziecięcych. Fabuła jest banalna do przewidzenia (gdy mamy nieszczęśliwą starą pannę marzącą o własnym domu i dziecku, to możemy być pewni, że i piękny dom się znajdzie, i jeszcze piękniejsze, kochane, łaknące miłości dziecię), ale akcja nie odgrywa najważniejszej roli – fakt, że panna młoda biegnie przez ciemny las niczym promień światła jest ważniejszy niż to, dlaczego w ogóle doszło do takiej sytuacji (a wyjaśnienie jest, oczywiście, naciągane, naiwne, ale za to romantyczne aż do przesady).

Dlaczego polecam książki L.M. Montgomery? Dlatego, że jako dziecko w pełni podzielałam jej pogląd na literaturę – miała ona być przede wszystkim piękna, a piękno i niewinne, naiwne marzenia z dzieciństwa mają stanowić ucieczkę od szarej codzienności. Jako że dość ma dzień swojej biedy, potrzebujemy świata osłoniętego przed trudem i bólem naszych zwykłych dni – chwilowej ucieczki, która pozwoli zaczerpnąć oddechu. Autorka buntowała się przeciw „zaśmiecaniu literatury brzydotą”, przypominając, że zachody słońca nie są mniej realne od chlewów. To jest rzeczywiście postawa, która wydaje się mało pasować do realiów życia i literatury, ale której, szczerze przyznam, bardzo mi brakuje (pamiętam, jakim szokiem było dla mnie ostry wulgaryzm u Hemingway’a, którego kazano nam czytać bodajże w czwartej klasie – aż dotąd literatura była dla mnie czymś czystym, pięknym i szlachetnym, tzn. dopóki Hemingway za zgodą systemu szkolnictwa nie zasadził mi potężnego kopa).

Łatwo krytykować niedoskonałości prozy Montgomery. Faktem pozostaje, że jej książki wciąż są wznawiane i wciąż niezmiennie znajdują na całym świecie rzesze oddanych wielbicieli. Można wytykać jej sentymentalizm, banał i momentami zupełnie niestrawną „nad-romantyczność”. Można, bo jej książki wcale obrońców nie potrzebują.

Od siebie polecam „Dzban ciotki Becky” (w oryginale: „Tangleb Web”) i „Emilkę z Księżycowego Nowiu”.

***

L.M. Montgomery – Dzban ciotki Becky
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1996)

L.M. Montgomery – Pożegnanie z Avonlea
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1996)

L.M. Montgomery – Pat ze Srebrnego Gaju
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1996)

L.M. Montgomery – Ania na Uniwersytecie
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1994)

L.M. Montgomery – Jana ze Wzgórza Latarni
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1996)

L.M. Montgomery – Kilmeny ze Starego Sadu
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1997)

L.M. Montgomery – Ania z Szumiących Topoli
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1994)

L.M. Montgomery – Rilla ze Złotego Brzegu
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1997)

L.M. Montgomery – Emilka z Księżycowego Nowiu
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1994)

L.M. Montgomery – Emilka szuka swojej gwiazdy
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1994)

L.M. Montgomery – Dorosłe życie Emilki
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1994)

L.M. Montgomery – Miłość Pat
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1996)

L.M. Montgomery – Ania z Avonlea
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1996)

L.M. Montgomery – Ania z Zielonego Wzgórza
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1994)

L.M. Montgomery – Złocista droga
(Graf, Gdańsk 1990)

L.M. Montgomery – Błękitny Zamek
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1988)

L.M. Montgomery – Ślady na piasku
(Novus Orbis, Gdańsk 1996)

L.M. Montgomery – Czary Marigold
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1996)

L.M. Montgomery – Takie jak Ania
(Novus Orbis, Gdańsk 1994)

L.M. Montgomery – Biała Magia
(Novus Orbis, Gdańsk 1996)

L.M. Montgomery – Niedaleko Avonlea
(Novus Orbis, Gdańsk 1996)

L.M. Montgomery – Dolina Tęczy
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1998)

L.M. Montgomery – Wymarzony dom Ani
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1998)

L.M. Montgomery – Uwięziona dusza
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1998)

L.M. Montgomery – Wakacje na starej farmie
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1994)

L.M. Montgomery – Pożegnanie z Avonlea
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1998)

L.M. Montgomery – Ania ze Złotego Brzegu
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1989)


UWAGA: Niektóre z książek były wydawane pod różnymi tytułami, np. „Miłość Pat” to ta sama książka, co „Pani na Srebrnym Gaju”, a „Dorosłe życie Emilki” można znaleźć pod tytułami „Emilka na falach życia” i „Emilka szuka szczęścia”, zaś „Ania z Szumiących Topoli” to również „Ania z Szumiących Wierzb”. Było więcej takich przypadków.



piątek, 22 kwietnia 2011

1001 obrazów, które warto w życiu zobaczyć





BARDZO WAŻNE UZUPEŁNIENIE: Chociaż z reguły takie typu książki czytam od deski do deski, jakimś sposobem umknął mi fakt zamieszczenia w dziale sztuki nowoczesnej bardzo prymitywnej pracy obrażającej Matkę Boską i chrześcijan w ogóle. Przypuszczam, że ominęłam ją z czystej brzydoty i ogólnej nędzy kompozycyjnej, nie spodziewając się, że bazgroł, na którym nikt specjalnie oka by nie zawiesił, właśnie z powodu miernoty wizualnej, musi mieć coś, co wywoła zainteresowanie przy braku talentu i rozumu twórcy. I tak jak rzucenie okiem na pracę nie robi żadnego wrażenia, tak opis wzbudza zgorszenie i mdłości. Papież Franciszek słusznie powiedział: "Jak obrażasz moją matkę, dostaniesz w zęby" -  właśnie to by się przydało nie tyle artyście-debilowi, co redaktorom i wydawcom powielającym takie szambo.

Obecnie brzydzę się, że mam to na półce.

*** 

oryginalny wpis:

1001 obrazów, które warto w życiu zobaczyć
(Muza, Warszawa 2008)

Co można powiedzieć o tym zgrabnym, lecz nie podręcznym (ze względu na wagę) albumie? Interesująca pozycja, piękne wydanie, ciekawy dobór płócień opatrzonych zwięzłymi, acz treściwymi notkami. Wraz z książką powinno się jednak sprzedawać lupę w komplecie - aby zmieścić aż tyle obrazów, niektóre z nich pomniejszono do rozmiarów znaczka pocztowego. Boli fakt, że zabrakło takich perełek, jak choćby "Szał" Podkowińskiego, za to redaktor znalazł aż dwie strony na obrazy swego własnego autorstwa - pozostawiło to u mnie pewien niesmak. Ogólnie trzeba pamiętać, że "kolekcja" tworzona jest przez napuszonych snobów, którzy wyżej cenią rozchlapywaną farbę niż dzieło wymagające kunsztu i ciężkiej pracy.

Album ma tę wielką przewagę nad książką "1000 arcydzieł" siostry Wendy Beckett, że podaje nam jakieś fakty związane z każdym z płócien, a nie nadinterpretacje i nad wyraz subiektywne wrażenia.



niedziela, 3 kwietnia 2011

Wielka księga Science Fiction t.1&2



Wielka księga Science Fiction  tom 1 & 2
(Fabryka Słów, Lublin 2011)

„Fabryka Słów” wreszcie wydała coś, co autentycznie da się przeczytać bez zażenowania, niesmaku i znużenia. Zapewne dlatego, że niniejsza antologia opowiadań jest po prostu tłumaczeniem gotowej książki z angielskiego, a nie towarem własnym - wypromowywaniem rodzimych autorów i produkowaniem tak zwanych pisarzy (Fabryka Słów to wspaniała nazwa własna dla firmy wypluwającej co rusz literacką papkę bez głębszej treści czy chociażby niezłej formy). Wydawnictwo podzieliło oryginalną książkę na dwa tomy, w związku z czym otrzymujemy dość słabe czytadło w postaci tomu pierwszego i odrobinę lepsze w postaci tomu drugiego.

Napisy na okładce jak zwykle są przesadzone – tak jest i w tym przypadku: z rzekomo najbardziej intrygujących tekstów z historii gatunku otrzymujemy zaledwie kilka naprawdę dobrych wymieszanych z resztą, która jest co najwyżej poprawna językowo. I nic ciekawszego nie da się o nich powiedzieć. Proszę nie spodziewać się żadnych arcydzieł! Za przykład niech posłuży opowiadanie Dicka: dobry, poprawny tekst, ale z pewnością NIE najbardziej intrygujące ze wszystkich jego krótkich form.

Z tomu pierwszego jedynie „Bilet na Tranai” potrafi przykuć uwagę. Z drugiego polecałabym „Wyprawę do czarnej dziury” oraz „Cień i Mrok”. Reszta to tylko niespecjalnie porywające czytadła na nudny wieczór. Szczególnie nie podobały mi się "Skrawki" i "Prawdziwy puls maszyny" – to ostatnie ma nawet ciekawy zamysł, ale styl autora i ogólna kompozycja nudziły mnie i zniechęcały.

Lepiej poczytać opowiadania Dicka.

sobota, 19 marca 2011

Szepty dzieci mgły

Trudi Canavan – Szepty dzieci mgły i inne opowiadania
(Galeria Książki, Kraków 2010)

Czytając tytułowe opowiadanie pani Canavan, przypomniałam sobie „Muchę” Kossakowskiej. Nie była to kompletna grafomania, ale tekst ten pozbawiony polotu i fantazji był tak wydumany a jednocześnie pusty w treści i tak suchy kompozycyjnie, że do dziś nie mogę się nadziwić, jakim cudem „Mucha” otrzymała jakieś tam nagrody, otwierając tym samym drogę do kariery autorki.

Podobne uczucia miałam przy „Szeptach...” – trudno mi uwierzyć, że tak nieciekawy, oschły stylistycznie i banalny treściowo tekst mógł zostać ogłoszony najlepszym opowiadaniem fantasy w 1999 roku! Konkurencja musiała być żenująca!

Po drugim opowiadaniu o tytule „Szalony uczeń” nie spodziewałam się już naprawdę dobrego stylu (co najwyżej poprawnego układania zdań) ani przesyconej emocjami treści, ale oczekiwałam, że autorka przynajmniej spróbuje uniknąć banalnego i przewidywalnego zakończenia. Zawiodłam się.

Trzy pozostałe można skwitować jedynie obojętnym wzruszeniem ramion – takie robią wrażenie!

Szkoda czasu i pieniędzy.

piątek, 18 marca 2011

Fiasko + Odyseja kosmiczna

Stanisław Lem – Fiasko
(Wydawnictwo Literackie, Warszawa 1999)

Po niezwykle przyjemnym zaskoczeniu, jakim była dla mnie powieść „Głos Pana”, odważyłam się sięgnąć po kolejną książkę Lema. Tym razem wybór padł na „Fiasko” - opowieść o nieudanej próbie kontaktu z pozaziemską cywilizacją planety Kwinta.

Pierwsze 90 stron (!) raczej mnie nudziło i z ledwością potrafiłam skupić uwagę na treści. Brnęłam jednak dalej, pamiętając jak bardzo podobał mi się „Głos Pana” (chociaż imię „Pirx” wywołało znajome dreszcze). Było warto. „Fiasko” to niezwykle interesująca, choć nie porywająca lektura przepełniona technicznym opisami międzygwiezdnych lotów i fizycznych zjawisk kosmosu, które laik może jedynie biernie chłonąć wraz z narracją, niezdolny do odróżnienia science od fiction (chociaż wyczuwa się, że więcej jest tu jednak science, nawet jeżeli mówimy o samym jej przepowiadaniu).

Nudny i długi początek (z posłowia dowiedziałam się, że powstał on lata przed tym, zanim Lem wpadł na pomysł domknięcia fabuły) oraz brak lepszego psychologicznego obrazu bohaterów, przez który trudno zdecydowanie odróżnić jednego od drugiego (w dodatku wszyscy posługują się identycznym językiem bez żadnych istotnych różnić w stylu wypowiedzi – nawet komputer!), co czyni ich wręcz papierowymi, a do akcji wprowadza niemal emocjonalną próżnię, to główne cechy, które doskwierały mi podczas lektury. Inny problem był jeszcze bardziej subiektywny – nie miałam rozterek, które "przeżywali" ci niezbyt udanie przedstawieni bohaterowie, ponieważ w ciągu mojego życia doszłam w swych przemyśleniach do wielu logicznych konkluzji i radykalnych wyborów, dlatego sama fabuła nie mogła skłonić mnie do żadnych głębszych rozważań, ani nie postawiła przede mną pytań, których bym nie znała (ta uwaga – odnosząca się wszak do lwiej części książek w ogóle - ma tu sens o tyle, że przy braku pewnej głębi psychologicznej postaci pozbawionych dosadniejszych rysów, pozostają jedynie nagie problemy i rozterki, bez możliwości uczuciowego zaangażowania w przedstawianą treść).

To dobra książka. I tyle.

7+/10


***

Arthur C. Clarke – 2001: Odyseja kosmiczna
(Vis-à-Vis / Etiuda, Kraków 2008)


To właściwie nie dobrze skonstruowana powieść, ale szkic powieściowy albo - jak szczerze (!) podaje opis na okładce - rozbudowany scenariusz filmu o tym samym tytule. Można przeczytać, ale nic się nie straci, jeśli ominie się go szerokim łukiem.

5/10

Zaczęłam czytać „Miasto i gwiazdy” tego samego autora, ale nie dałam rady ścierpieć kompletnej nijakości tej książki. Nikomu nie polecam.

wtorek, 15 marca 2011

Zatonięcie Japonii


* Sakyo Komatsu - Zatonięcie Japonii
(Wydawnictwo Poznańskie, 1989)

Przypomniałam sobie o tej książce na parę dni przed tym, jak wielkie trzęsienie ziemi uderzyło w Japonię (wspominając świętej pamięci panią Okazaki, zasłużonego tłumacza literatury japońskiej w Polsce - to dzięki niej zainteresowałam się tym tytułem). Powieść opowiada o grupie badaczy, którzy odkrywają, iż zachodzące w skorupie ziemskiej procesy w krótkim czasie doprowadzą do całkowitego zniknięcia wysp japońskich w falach oceanu.

Nie chciałam zamieszczać tego wpisu na blogu, przynajmniej nie w czasie, gdy Japonia cierpi, ale gdy dziś w telewizji wspomniano o filmie, który powstał na podstawie tego właśnie tytułu, uznałam, że mogę o nim przypomnieć i ja. Nie po to, by podjudzać już zaistniałą sensację medialną, ale by -  być może w trochę karkołomny sposób - przybliżyć jakoś autentyczny dramat i pozwolić w jakiś sposób ogarnąć wyobraźnią skalę zniszczeń: choć bowiem Japonia nie tonie, ból i zgroza katastrofy są monstrualne.

Kiedy książka ukazała się po raz pierwszy, wywołała swoistą panikę - wielu traktowało ją jako dokładną prognozę przyszłych wydarzeń. Z pewnością sprzyjała temu sama forma tekstu - lwią część powieści stanowią czysto techniczne i naukowe (pseudonaukowe? - laik tego nie stwierdzi), szczegółowe opisy, które faktycznie czynią niekiedy wrażenie rzetelnego naukowego wywodu. Ta czysto techniczna strona odkrywanej stopniowo, nadchodzącej katastrofy jest ważniejsza od bohaterów, psychologicznej głębi i międzyludzkich stosunków. Nie znaczy to, że brak ich w ogóle, albo że autorowi nie udało się nakreślić kilku ciekawych postaci, ale warstwa techniczna, naukowa dominuje nad wszystkim innym, a akcja rozwija się nieśpiesznie.

Poza ową warstwą czysto techniczną (która dla wielu czytelników nie obeznanych z zasadami tzw. hard science fiction jest zwyczajnie trudna do przetrawienia) powieść opowiada nie tyle o samej katastrofie, co raczej o stosunku do niej - o przyjmowaniu do siebie niepojętego i radzenia sobie z tym, co nieuniknione i niewyobrażalne (i z tego również powodu pozwalam sobie właśnie teraz wspomnieć o tej książce: w czasie, gdy świat nie może wyjść z podziwu nad zachowaniem Japończyków wobec tragedii, którą przyjmują oni z zastanawiającą dla cudzoziemców godnością i opanowaniem). Książka zawiera ponadto wnikliwe obserwacje z życia ówczesnej (lata 70-te) Japonii, co może zachęcić czytelników do próby przebrnięcia przez trudne, techniczne fragmenty.

7+/10

------

Widział w telewizji służby porządkowe odnoszące się do cywili z najwyższą grzecznością i kurtuazją, sprzedawców przepraszających uniżenie za braki w dostawach żywności, a nawet kobietę wzywającą pomocy w grzecznościowej formie. Pomyślałam sobie ze zgryzotą - niech to piorun trzaśnie! Tam wybuchają elektrownie atomowe i miasta znikają z powierzchni ziemi, a klient i tak otrzyma w sklepie należną mu porcję ukłonów. W Polsce nie ma trzęsień ziemi, a kawałka chleba bez  absurdalnej i najzupełniej zbędnej straty nerwów kupić się nie da!

poniedziałek, 28 lutego 2011

Czarnoksiężnik z Archipelagu




*  Ursula Le Guin - Czarnoksiężnik z Archipelagu
     (Prószyński i s-ka, Warszawa 2001)


Zabrałam się za „Czarnoksiężnika...” od razu po skończeniu „Gry Endera” Orsona Scotta Carda. I trudno mi było zrozumieć, czemu „Grę...” pochłonęłam niemal w ciągu jednego dnia, natomiast cieniutką książeczkę Le Guin tak ciężko mi było zmordować.

Staram się zrozumieć pochwały wielbicieli pani Le Guin, dotyczące rzekomo przywrócenia mitu do kultury, a raczej przypomnienia o jego wadze i znaczeniu. Tyle tylko, że czytanie dawnych mitów jest zajęciem fascynującym, odsłaniającym nieprzeniknioną bezbrzeżność ludzkiej fantazji, wyobraźni, a także pragnień zarówno umysłu, jak i serca, nie tyle usiłujących ogarnąć wszechrzecz, co rozkoszujących się samą zdolnością snucia opowieści. Czytanie „Czarnoksiężnika...” przypominało zaś odgrzewanie kotleta mielonego, uczynionego z wymieszanych resztek – z nieoryginalnych pomysłów, których autorce nie udało się sklecić pełnoprawnej, epickiej powieści, dlatego całość można w zasadzie nazwać kroplami dawnych idei wklejonych w przygotowaną jedynie dla ich wykorzystania fabułę. Co gorsza – niezwykle przewidywalną fabułę.

Nawiązanie do struktury bajki, upodobnienie do mitu, dawnej opowieści oznaczało zwięzłość i brak psychologicznych zawiłości – emocje winny być w takim przypadku opisane jak najprościej, bez wnikania w psychikę postaci i bez roztrząsania kierujących nimi motywów. A jednak mimo tak banalnej konstrukcji i psychologicznej „nieprzystępności” tytułowego bohatera, czarodzieja Geda, wciąż mnie on czymś irytował. Kiedy pewien czarodziej powiedział mu, że przepuści go przez drzwi, gdy Ged poda mu jego własne imię, burknęłam pod nosem: „No to spytaj go o imię!”. Na szczęście, nasz tytułowy czarnoksiężnik wpadł na to "błyskotliwe" rozwiązanie już na następnej stronie, więc aż tak długo nie musiałam czekać. Ale chyba tylko kilkuletnie dziecko mogłoby być zaskoczone finałem spotkania Geda ze ścigającym go przez całą historię „cieniem”.

Trudno jednoznacznie powiedzieć, co tak właściwie irytowało mnie w tej książce. Najprościej przyznać, że mimo niewielkich rozmiarów, bardzo mnie nudziła. Przypominała wydzierankę skleconą z kilku pomysłów, z których wysnuto mało poruszającą historię, próbującą osiągnąć wagę dawnych opowieści: mitów, legend, bajek, ale która w rezultacie może być jedynie ich bladym cieniem.

Pomyślałam sobie, że z tego materiału nie dałoby się zrobić ciekawego filmu. Chyba, że przyciągnęłoby się widza jakąś niezwykłą oprawą wizualną, ale jeśli na tym ma się opierać cała wartość obrazu, to można równie dobrze nakręcić ciekawy artystycznie film o robieniu śniadania - nie potrzebna do tego fabuła. A mimo to byłam w szoku po obejrzeniu „Opowieści Ziemiomorza” ze studia Ghibli, który bez przesady mogę zaliczyć do czołówki najnudniejszych seansów całego mojego życia. Później natknęłam się przypadkiem na mini-serial o przygodach Geda, którego nie byłam w stanie zdzierżyć przez dłużej niż kilka minut. Wiem jednak, że sama Le Guin była nim bardzo rozczarowana. Nie zamierzam występować tu w obronie twórców, ale nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że z tej opowieści, tak zwięzłej, niezbyt oryginalnej, mało porywającej i zwyczajnie nudnej, nie da się zrobić wciągającej ekranizacji. Można by oszołomić widzów oprawą wizualną i muzyką, ale – powtarzam – to można zrobić zawsze i bez fabuły. A ta z „Czarnoksiężnika...” jest, moim zdaniem, bardzo lichym tworzywem i miernym źródłem inspiracji.

Miyazaki nie poradził sobie z prostotą „Ruchomego zamku Hauru”, ale jego syn, odpowiedzialny właśnie za „Opowieści Ziemiomorza”, musiał uporać z czymś jeszcze prostszym, zwięźlejszym, pozbawionym humoru i psychologicznej głębi. Nie poszedł jednak w ślady ojca i nie starał się na siłę tej głębi od siebie dorzucać (co kompletnie zniszczyło wcale sympatyczną fabułę oryginalnego „Ruchomego zamku...”). W rezultacie przeniósł na ekran wiernie to, co mnie tak u Le Guin męczyło: bezbrzeżną nudę.

4/10