wtorek, 28 lutego 2017

Wielkie Herezje




Hilaire Belloc – Wielkie Herezje
(AA, Kraków 2016)

„Dzisiaj – niemal całkowicie wyodrębnieni i dzieląc pomiędzy siebie pole, które wkrótce będzie wyraźnie wyeksponowane jako czarne i białe – stoją: po jednej stronie Kościół katolicki, a po drugiej przeciwnicy tego, co dotąd było naszą cywilizacją”.

Wydaje mi się, że wydawnictwo zdecydowało się na tę książkę głównie z tego powodu, iż Belloc nie bawi się w grzeczne słówka i nazywa wprost islam herezją, wieszczy jego rozkwit i powrót jako wroga naszej cywilizacji. Ja bym jednak radziła skupić się na jego uwagach na temat reformacji i protestantyzmu, bo to wyłącznie z ich powodu dzisiaj musimy tworzyć takie terminy jak „banksterzy”. Gdyby nie szkody, jakie wyrządził nam protestantyzm, z jego wyzyskiem mas ludzkich, czyli kapitalizmem, odejściem od rozumu i autorytetu, lichwą i całkowitym zniszczeniem poczucia jedności cywilizacyjnej, nie bylibyśmy tak bezbronni i bezwolni wobec dżihadystów. Ani wobec żadnego innego okrucieństwa i przemocy.

Polecam!



czwartek, 16 lutego 2017

Fałszerz w złotych ramach


Jacek Roy – Fałszerz w złotych ramach
(Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1976)

„W roku 1972 pewien kolekcjoner francuski nabył w Madrycie nieznane dzieło El Greca. Ponieważ obraz podlegał ustawie o ochronie dzieł sztuki, przebiegły Francuz zastosował chwyt szczególny: na El Grecu kazał wymalować portret hiszpańskiego następcy tronu Carlosa i w ten sposób płótno przeszło gładko kontrolę graniczną. Kiedy w Paryżu dumny właściciel El Greca polecił konserwatorowi zmyć z oryginału maskujący go portret i ten to uczynił – pojawiło się na płótnie oblicze... generała Franco.”

„Jak znakomitym [Dawid Stein] był fałszerzem, niechaj świadczy fakt, że sam Picasso autoryzował jeden z przedstawionych mu przez Steina rysunków, a wystawę dzieł Chagalla, które niemal wszystkie były wykonane przez Steina, zaszczycił swą obecnością sam… Chagall!”

Chociaż fałszerstwo jest niezaprzeczalnie czymś złym, całkowite wypaczenie rynku sztuki, na którym nazwisko twórcy przekłada się na kwotę, a dzieło jako takie nie liczy się wcale, zakłamanie marszandów i snobizm nowobogackich kolekcjonerów sprawiają, że po cichu jednak kibicuje się fałszerzom. Ale o ile Hana von Megeerena (z polecanej na tym blogu książki „To ja byłem Vermeerem”) można podziwiać za opracowanie techniki postarzania płótna (co było bardzo pomysłowe), to trudno odczuwać jakąkolwiek sympatię do Elmira de Hory’ego. To prawda, że z jednej strony nikt nie chciał kupować jego prac i powtarzano mu, że nie ma talentu (jeżeli go nie miał, jakim cudem tak gładko podrabiał Modiglianiego czy Cezanne'a?). Z drugiej, gdy wreszcie trafiła się okazja zarobku – tzn. namalowania różowych pudelków dla bogatej klientki – uniósł się dumą, stwierdzając, że mimo wszystko jest malarzem.

Trzeba być mocno pokręconym, by stwierdzić, że malowanie pudla jest uwłaczające, natomiast oszukiwanie ludzi przez wciskanie im bohomazów rzekomo popełnionych przez Picassa nie jest. Trudno też przejmować się specjalnie kimś, kto ustawicznie wychodzi na idiotę – a z Elmira idiotę robili jego dwaj wspólnicy w zbrodni, którzy posuwali się nawet do niszczenia jego oryginalnych (nie podrobionych) prac i traktowali go z buta. Czy bycie dojną krową dla dwóch prymitywnych cwaniaczków nie jest czymś gorszym od różowych pudli?


Książka sama w sobie jest mocno średnia, a autor robi czasem dziwaczne uwagi (np. nie reaguje na homoseksualne, puste związki fałszerza, ale jego jedyne w życiu szczere zadurzenie się w młodziutkiej dziewczynie nazywa rzeczą nienormalną). Historia von Megeerena była o wiele bardziej zajmującą lekturą.

piątek, 30 grudnia 2016

Mity medyczne, które mogą zabić



Katarzyna Świątkowska - Mity medyczne, które mogą zabić. Fakty, które ratują życie
(Fronda, 2016)

Parę rzeczy zaskoczyło w tej lekturze. Kawa jako przypuszczalnie najzdrowszy napój świata to dla mnie nowość. To, że orzechy mogą pomóc schudnąć niż grozić przytyciem, również. I choć wiedziałam, że mięsa i wędliny z marketów są szkodliwe dla zdrowia, nie przypuszczałam, że aż tak bardzo. Dla tych niezwykle ważnych a niemal nieznanych ogółowi faktów warto sięgnąć po książkę Świątkowskiej, aczkolwiek nie jest to praca idealna.

Autorka prześlizgnęła się po temacie chemicznego przetwarzania kawy (nie pisze na przykład nic o substancjach przeciwzbrylających w produktach typu instant), jak również po jej możliwym, niepożądanym działaniu na kości. Dziwi mnie też, że najwyraźniej nie zdaje ona sobie sprawy, iż biała czekolada (choć dla zdrowia poleca wyłącznie gorzką) to niemal samo masło. Nie zainteresowała się też w jaki sposób prażenie może (lub nie) działać na rzekomo tak zdrowe orzechy. Szkoda, że obalając mit szkodliwości jajek, nie zabrała się przy okazji za mit o ziemniakach i o niepoprawnych działaniach, które wykonujemy, pozbawiając je substancji odżywczych.

Mimo wszystko polecam zapoznać się z „Mitami…” - w dzisiejszym, napakowanym chemią świecie, musimy powiększać naszą świadomość konsumencką i bronić się jak tylko się da.



środa, 30 listopada 2016

Boży poradnik zwycięstwa nad lękiem


Arkadiusz Łodziewski - Boży poradnik zwycięstwa nad lękiem
(Salwator, Kraków 2016)

O wiele, wiele, WIEEEELEEE lepiej czytać teksty świętych (np. pisma ojca Pio, gdzie jest nieco o niszczącym lęku) niż ten zlepek niby-blogowych notek. Poza tym jak ktoś sadzi teksty w stylu: "Masz deprechę, to wyjdź z tego!", dostaje u mnie nagrodę Ignoranta Dekady. Rzucanie takich słów osobom ze stanami depresyjnymi może im wyrządzić straszliwą krzywdę. Nerwice i stany depresyjne prowadzą do potężnego osłabienia (a nawet wyłączenia) woli i wymagają pomocy, lecz przede wszystkim świadomości problemu i odpowiedniej taktyki działania. Motywacja polegająca na mówieniu: "ogarnij się!" pomaga w tych sytuacjach podobnie jak walenie młotkiem w złamaną kość. Polecam "Integrację psychiczną" duetu Terruwe i Baars, a przede wszystkim zachęcam gorąco do wertowania pism świętych, którzy wiele o lęku wiedzieli.

Osobom wierzącym, szukającym "pigułki antylękowej", polecam książeczkę "Jezu, Ty się tym zajmij" Joanny Piątek.


wtorek, 8 listopada 2016

Bardzo ważne uzupełnienie do notki "1001 obrazów"

Czasem się zdarza, że jeden "szczegół" może wywrócić odbiór książki do góry nogami: http://notkioksiazkach.blogspot.com/2011/04/1001-obrazow-ktore-warto-w-zyciu.html

Zamień chemię na jedzenie


Julita Bator – „Zamień chemię na jedzenie”
(Znak, Kraków 2013)

„Przeżyłam niemały wstrząs, gdy pewien znajomy gospodarz przestrzegł mnie na przełomie maja i czerwca przed kupowaniem kalafiora, ponieważ jego wzrost jest jeszcze wówczas sztucznie wspomagany tak intensywnie, że pracownicy zatrudnieniu przy zbiorach mają poparzone ręce”.

Książki tej nie napisał chemik ani dietetyk, lecz matka, która starała się dostarczyć swym dzieciom, chorującym po niektórych produktach spożywczych, możliwie najzdrowszy pokarm. Nie znajdziemy tu więc wyczerpujących analiz chemicznych, zdrowotnych i innych faktów związanych z żywnością produkowaną na masową skalę, lecz wypływające z doświadczenia i zdrowego rozsądku porady, które mogą pomóc nam zminimalizować szkodliwość przemysłowo przetwarzanego jedzenia.

Jak nietrudno się domyślić, najlepiej jest założyć własny ogród warzywny, mieć drzewa owocowe, hodować zioła w doniczkach i zaprzyjaźnić się na śmierć i życie ze świętszymi od papieża rolnikiem, rzeźnikiem i masarzem, czyli pij mleko prosto od krowy i jedz pomidory z własnego krzaka – do takich wniosków nie potrzeba nam żadnych książek. Ta trzyma poziom amatorskiego bloga o zdrowym trybie życia i nie mamy co liczyć na specjalistyczną wiedzę albo chociaż głębsze rozwinięcie tematu (np. ani słowa o tym, dlaczego to niby syrop glukozowo-fruktozowy jest tak kontrowersyjny, ani też napomknienia chociażby o tym, że mleko sojowe jest niewskazane dla zdrowia). Mimo wszystko warto przewertować ten tytuł i spisać sobie kilka cennych uwag – w końcu kto na co dzień ma czas i ochotę, by samodzielnie dowiadywać się na czym polega proces UHT czy homogenizacji?  A powinniśmy to wiedzieć. To i o wiele więcej.


poniedziałek, 19 września 2016

Pożyczalscy pomszczeni


Mary Norton – Pożyczalscy pomszczeni
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1987)

Delikatny, choć sprawiający niedosyt urok powieści o Pożyczalskich został zdruzgotany pomysłem dopisania kolejnych książek. Kiedy sama narratorka przyznała, że idzie o historię, która może się toczyć w nieskończoność i którą można przerwać w dowolnym momencie, oświadczyła tym samym, że nowe opowieści o malutkich ludkach w ogóle nie są potrzebne. I takie jest moje wrażenie po ostatnim tomie serii – nic byśmy nie stracili, gdyby nigdy go nie napisano.

Śledzimy, jak rodzina Arrietty szuka sobie nowego domu, jak przedziera się z wysiłkiem do opuszczonego probostwa, jak buduje sobie nowe mieszkanko i odnawia kontakt z dawnymi krewnymi. Nie jest to fabuła, która mknie jak strzała w określonym kierunku, raczej spojrzenie na codzienne (niezbyt ciekawe) trudy osób, które usiłują urządzić sobie bezpieczny kąt, a dokładniej elegancki salon i czystą kuchnię.

Muszę przyznać, że choć po tomie pierwszym sięgnęłam od razu po piąty, nie odnoszę najmniejszego wrażenia, jakbym cokolwiek straciła. Autorka ogólnie nakreśla sytuację z poprzednich części i… nie udało mi się natrafić na najmniejszy wątek, który wart byłby postarania się o brakujące książki. Jedno mogę powiedzieć na pewno: świat nie wydaje się tak niebezpieczny i niezbadany jak w pierwszym tomie, gdyż Norton zamordowała, tak – zamordowała!, cały dramat pierwszej powieści „wskrzeszając” postaci takie jak ciotka Lucy (wiadomość o tym, że nigdy nie dotarła do mieszkania kuzynów była jedynym realnie wstrząsającym momentem tamtej książeczki) czy Eggletina, o której opowiadano Arrietcie, że pożarł ją kot. Okazuje się, że nie tylko absolutnie nikt nie zginął (jeden z najgorszych literackich błędów wielu powieści), ale też, że autorka nie radzi sobie z wieloma postaciami, dlatego Eggletina i jej bracia (czy oni nie mieli przypadkiem rozpieszczać Arrietty?) żyją sobie z dala od obecnych wydarzeń, mając w nosie starzejących się rodziców. Opowieść urywa się nagle, dając do zrozumienia, że Pożyczalscy zawsze będą przeżywać jakieś niebezpieczne (jak dla mnie raczej monotonne) przygody i że nigdy nie będą całkowicie spokojni o swój los. Po tym jak pisarka dobiła sprawę Lucy siekierą, podobne zamknięcie cyklu może wywołać jedynie wzruszenie ramion. To jednak przykre patrzeć, jak dobrowolnie i własnoręcznie twórca rujnuje to, co najlepsze w jego dziele.

Chociaż wydarzeń tu w sumie tyle co kot napłakał – więcej jest badania otoczenia i urządzania sobie domostwa, a także rozmów między ludźmi – zastanowiło mnie wprowadzenie wątków paranormalnych: pojawia się medium, a dokładnie jasnowidzka, przez którą para niecnych małżonków pragnie znaleźć małe ludziki i zbić na nich fortunę, a także duchy, które okazują się dość typowymi zjawiskami domostw ludzkich (ojciec Arrietty cieszy się nawet, że poświata małej, płaczącej dziewczynki, ukazującej się noc w noc, oświetla mu drogę). Może wynika to z mody na seanse spirytystyczne, które kiedyś tak opanowały Anglię, ale osobiście źle bym się czuła, gdybym sugerowała dzieciom, że zjawy to normalne zjawisko, a jasnowidztwo rzeczywiście istnieje i zajmują się tym mili ludzie (kto wie, ilu młodych czytelników wzrastałoby potem w przekonaniu, że chodzenie do wróżki jest jak najbardziej w porządku).

Dziwaczne, że choć zamieniono Homily na Dominikę, a z postaci pojawiającej się w tym tomie, młodzieńca imieniem Peargreen, uczyniono Okrzynka, nie mogę pojąć, dlaczego nie zrobiono nic z imieniem Spiller. Ponieważ Dominika narzeka na jego braki w hiegienie, można by od biedy nazwać go Chlaptusem (Ochlaptusem?) czy czymś w tym stylu. Z drugiej strony z Lupy (domyślam się, że chodzi o fonetyczne „loopy”) już w pierwszej części zrobiono prostacką Lucy. Ilustracje są brzydkie, a sama okładka to istny koszmarek nie mający nic wspólnego z treścią książki, zasługujący na medal w dziedzinie niczym nieuzasadnionego paskudztwa.

Werdykt? Owszem, da się przeczytać, ale można najspokojniej w świecie sobie odpuścić.

***

Fanów „powieści wizualnych” zapraszam do notki o mangowym romansie „Amnesia – Memories”: TUTAJ


sobota, 3 września 2016

Ernest i tajemnicze listy



Susie Morgenstern – Ernest i tajemnicze listy
(Nasza Księgarnia, Warszawa 2006)

Książki dla dzieci mogą być sztuczne na dwa sposoby. Pierwsza sztuczność jest sztucznością papierowego teatrzyku – wszystko jest przerysowane, ale zabawne i wciągające. Drugą sztuczność reprezentuje główny bohater książki „Ernest i tajemnicze listy” – mamy tu chłopca, który nie zna nowoczesnej techniki, czułości, ciekawości, nieposłuszeństwa i swobody. Do czegoś takiego dobrze jest dodać kruki wiecznie krążące nad domem albo szepty w ścianach, czy coś w tym guście. Natomiast fatalnie jest robić to, co czyni autorka – umieszczać Ernesta w normalnej szkole przy normalnych dzieciach i jednocześnie wprowadzać sytuacje kompletnie nierzeczywiste: Ernesta nikt nie bije ani się z niego nie naśmiewa, mimo że odstaje od wszystkich, nauczyciele ani trochę nie dostrzegają jego inności, a dziewczynki cały czas ślą mu ciastka i liściki miłosne, bo oczywiście pozbawiony zabawy, słońca i społecznych odruchów chłopiec jest śliczny jak aniołek. I dopiero wówczas do tej tragicznej, grafomańskiej niewiarygodności pisarka dodaje niewiarygodność przerysowaną: przeuroczą (jej zdaniem) Wiktorię z jej przesztuczną, zawsze wesołą i miłą, kilkunastoosobową rodziną.

Sama narracja też sprawia wrażenie, jakby autorka chciała popełnić dziecięcą wersję stanowczo przecenianej „Amelii” i zacierała z satysfakcji ręce po każdym króciutkim rozdziale. Być może to tylko ja, lecz przyznam, że wychowana na takich książkach jak „Akademia Pana Kleksa” czy „Chłopak i dziewczyna, czyli heca na 14 fajerek”, nie mogę zdzierżyć, gdy dziecięcy bohater w książce dla dzieci pisze w wypracowaniu: „Dzień, w którym wymazuje się jedno „nigdy”, to wielki dzień. Dzień, w którym wymazuje się trzy nigdy, by zastąpić je „pierwszym razem”, jest potrójnie wielki”. Jeszcze jakoś to przełknęłam, ale gdy ten sam dziesięcioletni pewniak na noblistę z literatury trzasnął: „Ale słowa otaczały nas jak czuła obietnica na wspomnienie tego wyjątkowego posiłku, który wspólnie zjedliśmy, tej szczególnej chwili w mdłym życiu”, miałam wrażenie, że się zakrztuszę. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że frajdę to raczej mają z tego zbytnio zadowoleni z siebie dorośli, przekonani, że dzieci będą im jadły z rąk.


Książeczka przeraźliwie wydumana, oblana przesztucznym lukrem „fajności” i źle pojętej baśniowości, od którego aż mdli. Nie polecam.