poniedziałek, 21 października 2013

Prom kosmiczny 03

Greg Bear - Prom kosmiczny 03
(Albatros, Warszawa 2013)

Okropnie się irytuję, gdy odstawia mi się taki numer - tzn. gdy sugeruje mi się, że nabywam tzw. twardą fantastykę (dając dodatkowo na okładce kombinezon astronauty, którego absolutnie nie uświadczy się w treści, a zatem i atmosfery kosmicznej próżni, jaką sugeruje), a okazuje się, że dostaję bajeczkę, w której geny to magiczna plastelina, z której autor tworzy całe zastępy muppetów, miesza to z mocno naciąganymi pomysłami rodem z gry Bioshock (momentami przypominał się też film Pandorum) i najwyraźniej oczekuje, że ktoś na poważnie się tym przejmie.

Rozczarowanie.

4/10


Azazel (audiobook)


Boris Akunin – Azazel
(Świat Książki)


Przyznaję, że gdybym miała „Azazela” w tradycyjnej, książkowej formie, chyba bym nie zdzierżyła - po raz kolejny - przygód Fandorina. Co prawda po straszliwym przeżywaniu wyjątkowo banalnego tekstu Kossakowskiej („Jezioro kamiennej ciszy”), obawiałam się, że Krzysztof Gosztyła znów odpłynie w „aktorstwo” (gram! Ja gram!), przez co nie da się na poważnie wysłuchać przedstawianej nam historii, ale na szczęście lektor aż tak się nie stara tym razem (może i dlatego, że pracuje na – bądź co bądź – lepszym tekście), dzięki czemu „Azazel” – mimo że pozostaje jedynie na poziomie niezłego technicznie czytadła (acz kompletny brak zaskakujących zwrotów akcji doskwiera) – da się wysłuchać. No i Fandorin jest tu jeszcze młodzieniaszkiem, zatem nie irytuje tak, jak w późniejszych powieściach. 

sobota, 12 października 2013

Gobeliniarze


Andreas Eschbach – Gobeliniarze
(Solaris, Olsztyn 2004)

“W zagubionej galaktyce, na wszystkich skolonizowanych planetach, mężczyźni trudnią się tkaniem gobelinów z włosów swoich żon i córek. Kobierce mają zdobić pałac cesarza. Cały system społeczny i ekonomia tych światów jest podporządkowana temu jednemu celowi tkaniu włościanych gobelinów. Pewnego dnia przybywają obcy, którzy mówią, że cesarstwo rozpadło się i cały trud cechu tkaczy idzie na marne. Tymczasem z kosmosu wciąż przybywają statki kosmiczne po kolejne partie kobierców...”


Pierwsze, co zwraca uwagę to okładka. Nie widać tego na tak małym obrazku, ale pan z mieczem ma tak „bezcenną” minę – nieźle podsumowującą ten szkaradny kolaż – że naprawdę trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek w wydawnictwie dał pozwolenie na użycie owego odstraszającego projektu.

Drugie to słowa autora na początku książki, zapewniające, że na pewno nigdy, przenigdy nie zapomnimy jego historii. Przypomina mi to pewną self-publisherkę, która na pierwszej stronie swej powieści napisała, że jej książka, cytując dosłownie, „jest ciekawa”.

Teraz muszę się przyznać, że właściwie nie przeczytałam tej książki – przeleciałam przez nią, przeskakując akapity i całe strony, nie potrafiąc znaleźć nic, co mogłoby mnie zatrzymać – na pewno nie mógł to być nadzwyczaj prosty, suchy styl narracji. Pozostało mi przekartkowywanie, w celu wyłowienia pomysłu. I jakiś tam pomysł rzeczywiście jest. Szkoda tylko, że tak przeraźliwie naciągany.

Wiem, że to jest naprawdę mało realistyczna bajka, przy czytaniu której najlepiej schować rozsądek i logikę głęboko, głęboookooo do szuflady, ale i tak bardzo, bardzo ciężko jest mi przełknąć fabułę, w której nie jest problemem wypchnąć system słoneczny poza wszechświat za pomocą specjalistycznych maszyn, natomiast nie da się nijak spowodować, by łysemu rosły włosy.


Najlepsza niemiecka fantastyka? Dziękuję za resztę w takim razie.

sobota, 5 października 2013

Bluźnierstwo

Czytałam jakiś czas temu notkę prasową o dziewczynce z zespołem Downa, która najprawdopodobniej zostanie zabita przez pakistańskich muzułmanów za uszkodzenie egzemplarza Koranu. Jest to wielce prawdopodobne, gdyż wyznawcy Allaha nie mieli oporów, by jakiś czas przed owym incydentem spalić żywcem nastoletniego chłopca z tym samym zespołem, który również uszkodził Koran. O pomoc w uratowaniu własnego życia przed muzułmanami błaga Asia Bibi – kobieta winna tego, że... pracując w upalny dzień, napiła się wody ze studni.



Asia Bibi – Bluźnierstwo
(Warszawa 2012)

„ – Jesteś tylko brudną chrześcijanką! Zbrukałaś naszą wodę, a teraz ośmielasz się mówić w imieniu naszego Proroka? Czy ty wiesz, suko, że twój Jezus był zwykłym bękartem, bo nie miał prawowitego ojca? (…) Jezus jest nieczysty, tak jak ty!
- To nieprawda. (…) Idźcie zapytać mułły we wsi.
(…)
- Tylko jedna rzecz ci pozostała: przejść na islam, odrzucić swoją brudną religię.
(…)
- Nie chcę przechodzić na islam. Jestem wierna swojej religii i Jezusowi Chrystusowi, który umierając na krzyżu, poświęcił się za grzechy ludzkości. Co zrobił wasz Prorok, by uratować ludzi? (…)
(…)
- Jak śmiesz mówić coś podobnego o naszym Proroku – ty, która jesteś zerem, brudną rzeczą, nie zasługującą na to, by żyć? Nic nie jesteś warta! Twoje dzieci również! Gorzko zapłacisz za to, co właśnie powiedziałaś o naszym Proroku!
(…)
-Nie powiedziałam nic złego, po prostu zadałam wam pytanie…
(…)
- Kurwa! Brudna kurwa! Jesteś skończona!”

Od czasu zdarzenia przy studni, Asia Bibi, zwykła wiejska dziewczyna, gnije w więzieniu, w skandalicznych, nieludzkich warunkach, oderwana od męża i dzieci (sąd pozbawił ją prawa do widywania ich), a nawet od świeżego powietrza. Dwóch urzędników, których stanęło w jej obronie (chrześcijanin i muzułmanin), zginęło z rąk czcicieli Proroka. Nawet jeśli Asia Bibi jakimś cudem opuści więzienie, jej życie nie będzie bezpieczne – jej i jej najbliższym grozi i zawsze będzie groził lincz. Asia myśli o samobójstwie i tylko wiara ratuje ją od popadnięcia w rozpacz. Mówi (jest niepiśmienna): „Moja śmierć jest powolna, jak na razie bezbolesna, ale tak bardzo powolna…” „Pewnie trudno w to uwierzyć poza granicami mojego kraju, ale tutaj łajdaków, morderców i gwałcicieli traktuje się lepiej niż tych, którzy znieważyli Koran lub Proroka. Zawsze o tym wiedziałam. Chrześcijanina, który dopuści się najdrobniejszej krytyki islamu, od razu skazuje się na szafot. Ale najpierw czeka go długi pobyt w więzieniu. (…) Jednak najczęściej ci winni najwyższej obrazy (…) kończą zabici we własnej celi przez współwięźnia lub strażnika”. „Jeśli wierzyć temu, co piszą dziennikarze, dziesięć milionów Pakistańczyków gotowych jest mnie zabić gołymi rękoma. Pewien mułła z Peszewaru obiecał nawet fortunę za moją głowę – 500 000 rupii”. „Chce mi się płakać, ale nie znajduję już łez. Mam ochotę wrzeszczeć, lecz czuję, że straciłam głos. Słabiutkiego oddechu starcza mi na tyle, bym nie umarła”.

Wierzę, że mamy pewne obowiązki wobec innych ludzi. Nagłaśnianie istnienia tej książki jest z pewnością jednym z nich.

Opowiedzcie innym moją historię. Przekażcie ją dalej. Wierzę, że to jedyna szansa, bym nie sczezła w tym więzieniu.
Potrzebuję was!

Ocalcie mnie!

piątek, 4 października 2013

Kto zabił Jezusa?

Paweł Lisicki - Kto zabił Jezusa?
(M, 2013)

Specjalnie się nie zdziwiłam, gdy nasza niemoralna (ochochochocho, jakie to śmieszne, gdy kilkulatek pyta o punkt G i zastanawia się, czy jest gejem - zaraz potem nadamy kolejny materiał opluwający polską historię, tradycję i kulturę, i wtedy dopiero będzie można się pośmiać!) TVP wydała pieniądze na obrażający nas serial. To Polska jest winna wojny, płeć nie ma znaczenia, więc niech mały Jasio, którego trzeba pouczyć o stosowaniu prezerwatyw w wieku 9. lat (autentyczna propozycja z programu minister do spraw równości w rządzie Tuska!) odkrywa w sobie lesbijkę zamkniętą w ciele chłopczyka, a za Holocaust odpowiada chrześcijaństwo ze świętym Pawłem (czyli dumnym ze swego pochodzenia Żydem) na czele (zaplanował to wszystko z góry! No jasne!). To wszystko i tak stanowi maleńką kroplę w ocenie skrajnych absurdów, jaki nas zalewa. Książka Lisickiego jest odpowiedzią na jedną z wyżej wymienionych tez.

Zalew niewiarygodnych w swej bezczelności i (niestety) skali oddziaływania kłamstw jest przytłaczający. Już choćby pomysł że Apostołowie (sami Żydzi!) rozgłaszali antysemickie hasła jest tak absurdalny, że zdroworozsądkowemu człowiekowi mózg może skręcić się w kokardkę. A jednak takie i podobne im tezy są ochoczo propagowane i nagłaśniane w mediach – krzyk i oburzenie zastępują logikę i trzeźwe myślenie, wpajając całym masom biernych odbiorców medialnej papki, że u źródeł chrześcijaństwa (a więc i całej cywilizacji!) nie stoi nauczanie Jezusa (nawet jeśli sprowadzimy je do rozwodnionego humanizmu), ale kompletnie niczym nieuzasadniona nienawiść do narodu żydowskiego (zapoczątkowana przez samych Żydów, lecz któż by się przejmował drobiazgami takimi jak logika i fakty historyczne).

Z książki Lisickiego przeciętny czytelnik dowie się sporo ciekawostek, jak choćby to, że dawni Żydzi nie tylko głośno przyznawali się do zabicia Jezusa, ale i uznawali to za coś godnego pochwały, czy też które fakty i dokumenty historyczne obalają absurdalne teorie o rzekomym zmyśleniu całego procesu sądowego przez chrześcijan tudzież jak przeraźliwie plączą się w wywodach różni oskarżyciele chrześcijaństwa, pogrążając np. relacje świętego Jana jako niewarte zawierzenia, a zaraz uznających jego własne słowa za najwiarygodniejsze dowody tez, które im są wygodne. Autor wykazuje prosto i klarownie, że nie chodziło o „nieszczęśliwą pomyłkę” i przypadkową śmierć (która jakoś tak sama z siebie wynikła), zaś Izrael dawnych wieków nie może być przez historyków traktowany jako pokojowe plemię, które mogłoby zawstydzić najbardziej wrażliwych mnichów buddyjskich bojących się zdeptać najmniejszego nawet robaczka.

„Twierdzenie, że to dopiero chrześcijanie, oddzielając to, co „ortodoksyjne”, od tego, co „heretyckie”, wprowadzili przemoc do debaty religijnej, jest absurdalne. Podobnie jak niedorzeczna jest wizja spokojnych, pokojowo nastawionych faryzeuszy. Gdyby tak było, nie dałoby się zrozumieć, w jaki sposób z faryzeizmu wywodzili się zeloci. Nie, skłonność do przemocy i gwałtu, gdy tylko służyło to ich celom, była nieodłącznym elementem wewnątrzżydowskich sporów, a faryzeusze uczestniczyli w nich z pełnym zaangażowaniem.”

„Jeśli Jezus, syn Ananiasza, został wychłostany i wydany Rzymianom tylko dlatego, że przepowiadał upadek miasta oraz świątyni, to o ileż bardziej prawdopodobne było to, że tragiczny los dotknie Jezusa z Nazaretu, który nie tylko wieszczył kres świątyni, ale kwestionował kult świątynny, mówił o wzniesieniu nowej świątyni, uczynił sobie wrogów ze wszystkich najważniejszych grup żydowskich”.


Chciałabym powiedzieć, że warto przeczytać, ale w nawałnicy kłamstw i przeinaczeń, które wypaczają kształt świata, podobne pozycje zwyczajnie TRZEBA czytać.

*****
EDIT: Dla niezdecydowanych, czy warto sięgnąć - na YT ukazała się ROZMOWA Z AUTOREM O KSIĄŻCE.

poniedziałek, 30 września 2013

Messier 13

Bohdan Petecki - Messier 13
(Iskry, 1977)

"Ludzie po latach eksploracji natykają się na odległej planecie na artefakty po wymarłej cywilizacji, a na orbicie na statek z martwym pilotem należącym do innej rasy. Po jakimś czasie na powierzchni planety rozpoczynają się dziwne świetlne miraże. Czy jest to próba nawiązania kontaktu?"

Plusik - czyta się lepiej niż "Pierwszego ziemianina".

...

I to właściwie wszystko, co dobrego mogę powiedzieć o tej powieści. Niestety, mamy tu bohatera, którym trudno się zainteresować, suchy, nieciekawy język, przynudnawą narrację i niewarte uwagi zakończenie. Rozumiem, że autor chciał postawić na napięcie między humanistami-naukowcami, którzy ochoczo pobiegliby za każdym kosmitą, by nawiązać kontakt, a pełnymi nieufności agentami ochrony, którzy muszą hamować ich zapędy, ale - mimo dobrych chęci - nie potrafiłam znaleźć w tym jego konflikcie nic zajmującego.

I tyle.

poniedziałek, 23 września 2013

Piotruś Pan


J. M. Barrie - Piotruś Pan
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1974)

Zniechęcona disneyowską wizją, nigdy nie sięgnęłam po kurzącego się na półce „Piotrusia Pana”. Teraz, poznawszy książkowy oryginał, jakoś nie czuję, że cokolwiek straciłam.

Zacznę od tego, co mi się podoba – logika autora. Żeby Piotruś nie mógł rzeczywiście dorosnąć, nie może pamiętać ani gromadzić doświadczeń.  Musi żyć chwilą, nie rozważać ani nie wspominać. Przez to jest – jak pisze o nim sam twórca - wesoły, niewinny i bez serca. Nie wyobrażam sobie, by u Disneya przeszła podobna postać, tzn. Piotruś, który niekoniecznie rzuciłby się ratować spadającego towarzysza (chyba, że widziałby w tym coś zabawnego i miał powód do samopodziwu) albo który rychło zapomniałby nie tylko o Haku, ale i o Dzwoneczku po ich śmierci. Poza tym... wyobrażacie sobie disnejowską wersję płaczącą przez sen i Wendy biorącą go na kolana, by go utulić? Piotrusia w żywicy i w liściach wciąż na nowo wypłakującego ból i cierpienie w kompletnej nieświadomości, po to, by świadomie być jedynie beztroską, naiwną radością, podatną na zranienia przez doświadczenie niesprawiedliwości, ale kompletnie o tym zapominającą, tak jak o swych własnych przygodach, wrogach i przyjaciołach, wciąż i wciąż od nowa?  Że nie wspomnę o zabijaniu...

Co mi się nie podobało? Właściwie wszystko inne – kpiarski ton autora i jego pomysły po prostu nie trafiają w moje gusta. Śmieszne było co prawda zdanie, z którego wynikało, że gdy Piotruś wychodził, jego towarzysze odnajdywali w pobliżu ich domostwa jakieś zwłoki (rezultat nocnych przygód), i ogólna lekkość w traktowaniu śmierci i krwi – bo w Nibylandii śmierć to przygoda – ale kompletnie nie pochwycił mnie nastrój tej książki i – niestety – nie potrafiłam się przejąć losem przedstawianych postaci (po prawdzie to lwia część bohaterów, jeśli nie wszyscy, budziła we mnie irytację). Powiem wprost – nudziłam się, przeskakiwałam akapity, chciałam jak najszybciej skończyć. Być może jednak książka spodoba się tym, którym w dzieciństwie serca szybciej biły na myśl o Indianach i piratach. Ja do nich nie należę.


P.S. Ta okładka jest odrażająca! Czy tylko mnie się wydaje, że ten bezuszny Piotruś z głową kosmity mówi: „Zaśnij słodko, to zjem twój mózg”?

niedziela, 8 września 2013

Ewangelia według Heroda

Marcin Wolski - Ewangelia według Heroda
(M, 2011)

"W roli głównej Joe Carpenter amerykański agent służb specjalnych - pasjonat i hobbista poszukujący starożytnych tekstów. W niezwykłych okolicznościach w jego ręce trafia zaszyfrowany tekst, spisany przez tajemniczego etiopskiego mnicha, strażnika Arki Przymierza.
Proroctwo napisane 30 lat wcześniej w precyzyjny sposób przepowiada m.in. wybór na prezydenta Baraka Obamy, katastrofę smoleńską.
Zapowiada dalsze losy świata wraz z paruzją powtórnym przyjściem Chrystusa. Światowe mocarstwa - USA, Rosja, Unia Europejska bardzo poważnie traktują spełniające się proroctwo. Wspólnymi siłami organizują wielką akcję aborcyjną, która ich zdaniem ma doprowadzić do przeciwstawienia się słowom proroctwa. W tle widzimy potężny terrorystyczny zamach na Watykan niszczący prawie połowę Rzymu, światowy spisek satanistyczny, technologie in vitro."

Dziwię się, że chrześcijańskie wydawnictwo wydało podobną powieść. Pod względem teologicznym nic tu nie ma sensu. Ma się narodzić nowy Mesjasz (zupełnie nowy Bóg-Człowiek, któremu pewnie przyklasnęłyby feministki), ma być "Jeszcze Nowszy Testament", mają być kopie Maryi i Józefa (już prędzej parodie), itp. Pal licho, że główny bohater może nie wiedzieć, o co chodzi w wierze katolickiej, ale że sami katolicy tego nie wiedzą? Na czele z duchownymi?

Na Zachodzie mnożą się wciąż filmy i seriale, które obśmiewają katolicyzm. Dość częstym motywem jest wyśmiewanie dziewictwa Maryi (mylonego nagminnie z terminem Niepokalane Poczęcie, które nie odnosi się wcale do poczęcia Jezusa). Żartuje się, że wystarczy, że dziewczyna powie, iż poczęła z Ducha Świętego, a tępi katolicy potulnie to łykną, przecież to tacy idioci! Czemu pan Wolski dolewa wody na młyn podobnym prześmiewcom, nie mam pojęcia - faktem pozostaje, że w jego książce wszystko odbywa się tak, jak w owych żartach. Bohaterowie mówią sobie nawet, że - chociażby w takiej Polsce - gdyby zakonnica przyznała się, że poczęła w niewyjaśniony sposób, znalazłaby się natychmiast pod troskliwą opieką zakonu jako druga Maryja (w rzeczywistości oddano by ją pod troskliwą opiekę psychiatry!). Człowieka niekoniecznie wierzącego, ale choć trochę orientującego się w kwestii tego, w co wierzyli Jan Paweł II czy Matka Teresa, powinno skręcać w fotelu, jak czyta te bzdury. Całe nauczanie Kościoła, rozum i logika idą się bujać na karuzeli, a fabuła może dumnie stanąć obok dzieł, w których Chuck Norris rozwala szatana z półobrotu, żeby Bóg nie stracił magicznego berła, a tym samym władzy nad światem.

Pozostaje pytanie, co wydawnictwo chciało osiągnąć przez powielanie podobnych bredni. Co innego jak chce na tym zarobić aktor filmów akcji, co innego jak przykłada do tego rękę rzekomo chrześcijański wydawca, który podobnym czynem utwierdza wszak laików w przekonaniu, że religia to czary-mary dla skrajnie naiwnych i nie ma nic niestosownego w Schwarzeneggerze ratującym ludzkość przed diabłem w zastępstwie wyjątkowo dziwacznego Absolutu.