wtorek, 3 kwietnia 2012

Rysunek



Betty Edwards – Rysunek: odkryj talent dzięki prawej półkuli mózgu
(Aha!, Łódź 2006)

Jestem bardzo ostrożna wobec ludzi, którzy radzą rozwijać w sobie takie a siakie zdolności mózgu. A to dlatego, że zwykle zaczyna się od ćwiczeń pamięci czy świadomego śnienia, a kończy (jak to można stwierdzić choćby po „racjonalnych” grupach „miłośników samorozwoju”) na magii (zwłaszcza Huna i Reiki), samouzdrowianiu się oddechem i łączeniu z kosmosem w odmiennych stanach świadomości. Na szczęście, autorka omawianej tu książki nie odpływa w te niebezpieczne, ogłupiające rejony, choć jak większość ludzi Zachodu ma ciągoty do jakichś obszarów duchowości, których teoretycy zdają się - w jej mniemaniu - potwierdzać idee, w które święcie wierzy.

Już po tytule mogłam stwierdzić, że w książce znajdzie się jakiś cytat z mistrzów zen, i – jakżeby inaczej! – taki właśnie się znalazł. Bardzo nie lubię, gdy ludzie nie pojmujący o co chodzi w zen rzucają sobie podobnymi cytatami na prawo i lewo, bo zdają się akurat pasować do sytuacji (zresztą równie bezmyślnie, nagminnie często rzuca się zdaniami z Biblii). Gdyby pani Edwards naprawdę wczytała się w mistrzów zen, odkryłaby, że i rysowanie, i pisanie książek, i jakiekolwiek inne zajęcie, nie tylko artystyczne, są uważane w drodze zen za zbyteczne i niepotrzebne. Inne nieporozumienie ma miejsce przy wierszu Kiplinga o dwóch stronach głowy. Nie jestem specjalistką od literatury angielskiej, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Kipling pisał o twarzy i tyle głowy, a nie – jak życzyłaby sobie pani Edwards – o przeczuwaniu dwóch odmiennych w zadaniach półkulach mózgu (na litość Boską!). Wypisywanie tabelek z podziałem ról w teoriach ying i yang czy wymienianie paru sławnych leworęcznych osób, z których zdecydowana większość nie może służyć za jakikolwiek autorytet, wzbudzała we mnie chęć potrząśnięcia autorką i przestrzeżenia jej, żeby aż tak nie odpływała w przestrzenie i zjawiska, o których nie ma bladego pojęcia.

Wspomnę jeszcze na chwilę o „miłośnikach samorozwoju”, ponieważ coraz częściej poprzez takie społeczności przedziera się do nas chwytliwa teoria, jakoby coś takiego jak „talent” w ogóle nie istniało (nierzadko w odwołaniu właśnie do książki pani Edwards). Ludzie wspierający tego typu hipotezy twierdzą jakoby Mozart wcale nie miał talentu a był po prostu wdrażany od maleńkości przez ojca muzyka do tworzenia symfonii. I tu jest właśnie miejsce, gdzie ludzie ci czynią błąd w myśleniu – można bowiem wdrożyć siebie lub kogoś do pisania symfonii, owszem, ale absolutnie nikt nie wdroży siebie ani nikogo innego do płodzenia arcydzieł. Mam na myśli to, że zwolennicy podobnych teorii mylą „talent” z „umiejętnością”, czy też „zdolnością”. Zdolność można nabyć, talent jest zaś czymś nieuchwytnym, jakąś iskrą, która pozwala się realizować w ten a nie inny sposób. Możemy wszyscy ciężko się szkolić i poświęcać wszystkie nasze siły, by posiąść zdolność pisania symfonii, ale to ani trochę nie wpłynie na fakt, że mało który z nas napisze coś naprawdę porywającego i wspaniałego. Niesamowitość muzyki Bacha to nie tylko kwestia umiejętności – nieważne jak wielkich. To coś eterycznego, co przerasta samą li tylko zdolność i zdatność. Albo się to widzi, albo nie. Innymi słowy – talent i zdolność to dwie różne sprawy. Kiedy mówię, że wszyscy mogą pisać czy rysować, mam na myśli to, że każdy może posiąść zdolność czynienia tych rzeczy i pogłębiać je aż do mistrzostwa. Ale to wcale nie znaczy, że mamy w sobie to coś, co poprowadzi nas do stworzenia dzieła wiekopomnego. Dlatego słuszniej byłoby przetłumaczyć książkę pani Edwards (zgodnie z oryginałem) na: „Rysowanie prawą półkulą mózgu” lub zastąpić „odkryj talent” na „posiądź zdolność” – nie o talent bowiem tu idzie, lecz o sprawność, zdatność, możność, którą najlepiej przyrównać do umiejętności pisania.

Nie mogę się powstrzymać, by wskazać tutaj na zamieszczone w książce rysunki syna autorki. Człowiek ten niewątpliwie posiadł umiejętności rysunkowe, natomiast kompletnie nie ma talentu do rysowania autoportretów (i to chyba matczyna miłość przesłania autorce ten prosty fakt, że to nie nastrój jej syna decyduje o wyglądzie autoportretu, jak twierdzi, ale to jego brak talentu w tym względzie sprawia, że każdy z nich wygląda jak wizerunek całkowicie innego modela). Jego przykład dobrze ilustruje poruszany problem - wyuczenie się zdolności takich jak rysowanie czy pisanie jest niewątpliwie rzeczą wspaniałą, ale nikogo nie czyni ona Mozartem ołówka czy słowa.

Tak więc mamy do czynienia z książką, która ma nam pomóc posiąść zdolność (nie talent!) realistycznego rysowania. Podobnie bowiem jak w szachach, gdzie nie inteligencja, a zmysł obserwacji ma pierwszorzędne znaczenie, tak rysowanie opiera się na umiejętności patrzenia. Sęk w tym, że każda z naszych półkul „widzi” świat inaczej i w większości przypadków lewa półkula (werbalna, analityczna, kategoryzująca) dominuje nad prawą (analogiczną, nie kategoryzującą, poznającą niewerbalnie) i tłumi ją. Lewa półkula dąży do szybkiego rozpoznania i sklasyfikowania przedmiotu, dlatego męczy ją długa, szczegółowa obserwacja, która jest niezbędna w rysowaniu realistycznym. Gorzej, że lewa strona tak bardzo stara się dominować, że prędzej wywoła w nas frustrację i złość niż pozwoli prawej, lepiej przystosowanej do zadań „bezpojęciowych” (gdzie potrzebne jest bardziej wyczucie niż myślenie – jak w jeździe samochodem czy rowerem) podjąć problem. Potrzebne są więc nam takie ćwiczenia, przy których lewa półkula, nie mogąc analizować, klasyfikować i nazywać, wycofa się z działania.

„Czym jest rysowanie? Natychmiastowa odpowiedź brzmi: rysowanie to „kopiowanie” tego, co widzisz na płaszczyźnie obrazu”.

Cieszy mnie, że dzięki książce pani Edwards dowiedziałam się o istnieniu takich ćwiczeń jak rysunek konturowy czy rysowanie powierzchni negatywowych. Są to rzeczy niezwykle ciekawe same w sobie i bardzo pomocne w rozwijaniu „artystycznego widzenia” i koordynacji ręka-oko. Gorzej, że sam podręcznik jest dość niezręcznie napisany: autorka pisze zbyt rozwlekle, powtarza się, mało w nim pożądanej, technicznej klarowności i solidnej redaktorskiej ręki. Niekiedy autorka niepotrzebnie udziwnia i modyfikuje istniejące ćwiczenia – np. każąc rysować mi maluteńkie zmarszczki na dłoni zamiast samej dłoni ze zmarszczkami. Bezużytecznie zaśmieca też marginesy cytatami, które w zestawieniu z treścią danego rozdziału obrazują jej własne i całkowicie nam zbędne nadinterpretacje (jak wspomniany wiersz Kiplinga).

Przyznam, że książka miała dla mnie wartość informacyjną, natomiast jako produkt sam w sobie niczym specjalnie mnie nie zauroczyła. Zamiast trzymać się ściśle instrukcji autorki, wolę kierować się wskazówkami z sieci na temat danych ćwiczeń albo robić daną rzecz całkowicie po swojemu. Zabrakło mi tu też praktycznych porad i wskazówek, jakich czasem udzielają aspirujący bądź doświadczeni rysownicy bazujący na własnych doświadczeniach (typu: odwróć szkic na lewą stronę, by ocenić jego poprawność). Niemniej muszę przyznać, że w mrowiu poradników dotyczących rysowania – w większości bardzo lichych - pozycja wyróżnia się zdecydowanie na plus.

P.S. Zapomniałam skarcić panią Edwards za szerzenie powszechnych bredni, jakoby skrajna prawicowość prowadziła do faszyzmu. Trzecia Rzesza była pierwszym w świecie państwem socjalnym - zresztą NDSAP to przecież narodowy socjalizm.

poniedziałek, 5 marca 2012

Gra Endera



*Orson Scott Card – Gra Endera
(Prószyński Media, Warszawa 2009)

Fabuła – książek, filmów czy gier – może być zupełnie nieprawdopodobna i całkowicie zakręcona, ale jeśli jest dobrze poprowadzoną historią, wywoła w odbiorcy uczucie zawierzenia i wciągnie go w swoją logikę i prawa. Zawierzenie było właśnie moim głównym problemem przy „Grze Endera” – absolutnie nie udało mi się uwierzyć w głównego bohatera tej powieści.

Ziemia atakowana jest przez obcych, a jedynym ratunkiem okazać się mogą wybitnie uzdolnione dzieci, które w teorii szkoli się za pomocą specjalnych gier, by w przyszłości dowodziły realnymi oddziałami kosmicznej armii, a w praktyce... Cóż, nie będę psuć nikomu fabuły, ale chyba nie trudno domyślić się intrygi dorosłych (ktoś pamięta film „Zabaweczki”?). Tutaj pojawia się Ender – rzekomo genialny małoletni strateg, nudny jak flaki z olejem i kompletnie niebudzący mojej sympatii bohater.

Ktoś rozczarowany powieścią wyznał, że nie widzi różnicy między Enderem a pierwszym lepszym generałem Napoleona. Miałam bardzo podobne odczucia. Z jednej strony zapewnia się nas, że Ender jest genialny i błyskotliwy, a z drugiej człowiek nie doświadcza tej genialności. Owszem, dzieci, którym wmawia się genialność zwykle są nudne i dość irytujące w swym pozbawionym dogłębnej znajomości życia mędrkowaniu, ale Ender mentalnie w ogóle nie jest dzieckiem tylko jakimś zblazowanym dorosłym po kilku rozwodach i z problemem alkoholowym – bohaterem, którego najwłaściwiej byłoby umieścić w jakiejś zapyziałej spelunce, by wzdychał do sufitu, jak mu jest ciężko.

Do nieprzekonywującego bohatera dochodzi to, że historia po prostu się zestarzała i to szybko: cały ten pomysł, że potrzebne nam genialne dzieci do rozgrywania gier wojennych, nie wytrzymuje po prostu kolizji z dzisiejszą rzeczywistością, w której wcale nie bystre ani specjalnie uzdolnione małolaty poradziłby sobie o wiele lepiej niż Ender i to z palcem w uchu. Z tego powodu spore partie tekstu, jak choćby treningi dzieci w specjalnej komorze, wydają się być czymś tak odrealnionym jak wyprawa na księżyc sterowcem.

Myślę, że tu objawia się też główny problem autora – sam nie widział w swoim bohaterze dziecka, dlatego do jego przyciężkawej psychiki zmęczonego życiem dorosłego dorobił jeszcze wszystkie te skomplikowane szkolenia, wirtualne psychoanalizy, podczas gdy rzeczywistość domagałaby się banalnej prostoty działania („Zabaweczki”!). Przyznam, że nieco rozbawiło mnie, gdy pod koniec książki jeden z dorosłych oświadcza z surową powagą: „To musiało być dziecko”. Miałam ochotę poklepać go po ramieniu i powiedzieć: „Pan chyba pomylił książki. Ender nigdy nie był dzieckiem (przypuszczam, że reprezentuje zmanierowane alter ego autora), a nawet gdyby był, wasz program szkoleniowy raz dwa przemieniłby go w jałowego emeryta, pozbawionego błyskotliwości, świeżego spojrzenia i tej nieskrępowanej wyobraźni, o którą chyba panu chodziło, a którą cudownie byście zdławili w zarodku, razem ze szczerym zainteresowanie czytelnika”.

Mały plusik mogę przyznać za zakończenie książki i niektóre pomysły (żołnierz wysłany w kosmos). Nie mogę powiedzieć, że stanowczo odradzam czytanie; powiem tylko, że nie rozumiem powszechnego zachwytu nad Enderem.

5=/10

wtorek, 21 lutego 2012

Bez rodziny



*Hector Malot - Bez rodziny
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1987)

„Jestem znajdą. Jednak do ósmego roku  życia wierzyłem, że jak inne dzieci mam matkę, bo kiedy płakałem, podchodziła do mnie pewna dobra kobieta, tuliła mnie i kołysała w ramionach tak czule, że przestawałem płakać”.

Nigdy nie lubiłam „Małego Księcia”. Zawsze też odrzucało mnie od książek w stylu „Tajemniczego ogrodu” czy „Małej Księżniczki”. Tym bardziej zdumiało mnie to, że naprawdę wciągnęłam się w naciąganą fabularnie i naiwnie rozwiązaną historię sieroty imieniem Remi, który zmuszony jest wałęsać się po świecie z mini trupą cyrkową (na którą składają się pewien staruszek i jego tresowane zwierzęta) w poszukiwaniu własnego miejsca, które mógłby nazwać domem.

Powieść napisana jest prostym, zgrabnym stylem, zawiera „sentymentalne momenty”, pobudza do wzruszeń, a jej bohater jest tak piękny fizycznie jak i duchowo – na pierwszy rzut oka nie ma w niej zatem nic, co mogłoby podobać się czternastoletniej dziewczynie, którą byłam, a która szczerze nie znosiła historii w rodzaju Oliwiera Twista, za to lubiła nieco napuszony literacki styl. Przeczytałam ją jednak błyskawicznie, autentycznie ciesząc się z każdego melodramatycznego zwrotu akcji (Czy tresowana małpka wyzdrowieje?! Ach! Ach!). Nie wiem, czy spodobałaby mi się dzisiaj, ale wspominam ją ciepło – to całkiem sympatyczna, budząca rozrzewnienie bajka z obowiązkowym szczęśliwym zakończeniem. Szczerze mówiąc, szkoda że to nie ona była lekturą obowiązkową zamiast paru innych nudnawych pozycji, jakie kazano nam czytać w podstawówce. Powieść Malota to książka, którą z chęcią podarowałabym kiedyś własnemu dziecku.

Jako ciekawostkę dodam, że przygody Remiego zostały parokrotnie wykorzystane przez Japończyków jako podstawa serialu animowanego – w jednej wersji zmieniono mu nawet płeć! (ummm... kawaii??)

środa, 18 stycznia 2012

Ania z Wyspy Księcia Edwarda



Co prawda na blogu był już wpis ogólnie traktujący o twórczości L.M. Montgomery (znajdziesz go TUTAJ), ale ta książka zasługuje na osobną notkę. Jest to bowiem pierwsze w Polsce kompletne wydanie (niepełna wersja wydana była pod tytułem „Spełnione marzenia”) ostatniej książki najsławniejszej kanadyjskiej pisarki - zbiór opowiadań połączonych miejscem akcji oraz przewijającą się w tle przesłodzoną rodziną Blythe’ów (tytuł oryginału to: „The Blythes Are Quoted” – gdyby ktoś nie pamiętał, to śpieszę przypomnieć, że Blythe to nazwisko Gilberta, z którym – cóż za zaskoczenie! – w końcu pobrała się najsłynniejsza Ania świata). Znajdujemy tu wszystko, co dla Montgomery typowe – wrażliwe dzieci, naiwne nieporozumienia dorosłych, piękne kaleki, tajemnicze ogrody, historie o duchach, niewyobrażalne zbiegi okoliczności, a przede wszystkim kochanków, których łączy przeznaczenie. Wszystko to w romantycznej scenerii Wyspy Księcia Edwarda, oczywiście.

Spotkałam się z opinią, że książka ta różni się od pozostałych prac Montgomery, ale to nieprawda. Jeżeli ktoś czytał wszystkie jej powieści i zbiorki opowiadań, a nie zatrzymał się tylko i wyłącznie na cyklu o Ani, to od razu powrócą doń – niczym echo dawnych dźwięków – znajome wątki i obrazy: rozdzieleni kochankowie z licznych opowiadań, kalectwo i przedziwny ogród z „Kilmeny ze Starego Sadu”, motywy szaleństwa i niepełnosprawności – chociażby z „Dzbanu ciotki Becky” albo nawet z cyklu o Emilce, a także przewijające się w tle stare, nieszczęśliwe panny, osierocone dzieci, okropni krewni i zdradzone miłości – słowem: nie ma tu nic, absolutnie nic, co by już się wcześniej u Montgomery nie pojawiło. Po prawdzie to chyba tylko „Niepozorna kobiecina” wyróżnia się na tle innych tekstów surowością narratora i treści.

Parę nastoletnich czytelniczek musiało przeżyć niemałe rozczarowanie, dowiadując się z biografii autorki („Maud z Wyspy Księcia Edwarda”), że ich ubóstwiana pisarka wcale nie darzyła swoich bohaterek głębokim uczuciem – a Anię wręcz znielubiła. Czemu więc pisała? Bo książki przynosiły konkretne pieniądze i był na nie popyt. A mimo to autorka miała na tyle talentu (choć zawsze żałowała, że nie jest na tyle uzdolniona, by tworzyć wielką poezję), że te jej nieraz bardzo naiwne i nierzadko nad wyraz sentymentalne (nie wspominając już o przesłodzeniu szczęśliwych rozwiązań i fabularnej przewidywalności) historie czyta się bez zażenowania. Przeciwnie – z wielką przyjemnością! Owszem, może to sentyment, zwłaszcza, że człowiek ma wrażenie, że czyta delikatną przeróbkę wcześniejszych utworów (np. znów mamy motyw dziecka nie chcianego przez krewnych, powtarza się też wątek „wyśnienia” sobie cudownego rozwiązania życiowych problemów, itp.), ale jeśli komuś podobała się choć jedna książka autorki, nie powinien być zawiedziony.

Dla fanów - pozycja obowiązkowa.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Paczka dla bibliofila


Pewien antykwariat suto na mnie zarobił tuż przed końcem roku. W Polsce dzieła Czechowa były wydane tylko raz w tej formie, w latach 1956-62 - zrozumiałe, że nie mogłam przepuścić okazji nabycia kompletu 11 tomów w bardzo dobrym stanie.

Tom I - Opowiadania 1880 - 1883
Tom II - Opowiadania 1883 - 1884
Tom III - Opowiadania 1885
Tom IV - Opowiadania 1886
Tom V - Opowiadania 1886 - 1887
Tom VI - Opowiadania 1887 - 1888
Tom VII - Opowieści i opowiadania 1889 - 1892
Tom VIII - Opowiadania i opowieści 1893 - 1895
Tom IX - Opowieści i opowiadania 1896 - 1903
Tom X - Utwory sceniczne
Tom XI - Sacholin; Listy

sobota, 17 grudnia 2011

GIMP. Biblia



Jason van Gumster, Robert Shimonski – GIMP. Biblia
(Helion, Gliwice 2010)

Trudno mi jednoznacznie ocenić tę książkę. Z jednej strony, przydała mi się - dowiedziałam się paru nowych rzeczy o programie, który dotąd odkrywałam niemal wyłącznie samodzielnie metodą prób i błędów. Z drugiej, mogę jej wiele wytknąć.

Główną wadą tytułu jest to, że traktuje on o programie do obróbki grafiki, a mimo to pozbawiony jest kolorów. Mamy tu do czynienia z dużym nieporozumieniem, jeśli nie zwyczajnym nonsensem.

Autorzy nie mają talentu do przekazywania wiedzy. Mimo że posługują się prostym językiem, nagminnie wtrącając irytujące zwroty typu: „czyż to nie fajne?”, „fajną rzeczą jest to, że”, „ciekawą rzeczą jest to, że”, nie potrafią w sposób klarowny i banalny (jak to czynią niektórzy twórcy filmików instruktażowych) wyłożyć, o co im chodzi. Taki na przykład podrozdział o „ścieżkach” czy o filtrach tworzenia obrazów to niemal kpina, a jeśli ktoś chce, dajmy na to, dowiedzieć się, co to jest „szybka maska”, to niech lepiej poszuka odpowiedniego filmiku na YT – na pewno znajdzie tam tę banalną informację, w przeciwieństwie do książki, która choć stara się być jasna, zwięzła i przejrzysta, w wielu miejscach chybia celu.

Znalazłam również parę błędów w tekście, wliczając w to kilka zupełnie niezrozumiałych zdań (wina tłumacza? – trudno stwierdzić) i brak zgodności treści ze screenami lub z interfejsem w ogóle  (np. str. 321: „Poniżej pola Rozmiar znajduje się opcja Użyj edytora” – nie dość, że na screenie nic takiego nie ma, wcale nie mogę się doszukać wymienionej opcji w programie!). Dlaczego w rozdziale o rysowaniu autorzy wspominają o dodatku Gimp-Paint-Studio, czyli o pewnym zestawie predefiniowanych pędzli, a całkowicie ignorują prawdziwe rozszerzenie programu w pełnym znaczeniu słowa, jakim jest Gimp-Painter – tego też nie rozumiem.

Ponieważ z całej polskojęzycznej literatury miałam wybór jedynie między Biblią a nowym wydaniem „Praktycznych projektów” Gajdy (pozostałe polskie książki traktują jedynie o fotografii i tworzeniu stron www – małych ćwiczeń Gajdy i Oberlana nie liczę), zdecydowałam się na kompendium wiedzy zamiast prostych instrukcji, jak wykonać określone koncepty – chciałam bardziej zrozumieć sam program.

Pod wieloma względami srodze się zawiodłam. Niemal wszystko można było napisać klarowniej i rzetelniej - niemal wszystko jest tu do poprawy. Niemniej, poszerzyłam moją wiedzę na temat programu, dlatego nie jestem tak do końca rozczarowana. To nie jest bez reszty zła książka – po prostu mogłaby być (za takie pieniądze!) lepsza. I to się czuje.

Osobom kompletnie nie znającym GIMPa, szukającym konkretnych porad dotyczących obróbki zdjęć, radzę sięgnąć po „Praktyczne projekty”. Tym, którzy chcą lepiej zrozumieć program, pozostaje – z braku laku – Biblia. Przykładowe rozdziały obu książek można znaleźć na stronie wydawcy – doradzam, by zapoznać się z nimi przed zakupem.

* Ważna informacja - książka traktuje o wersji 2.6.11.

środa, 14 grudnia 2011

Kolejka książek


To tylko część z kolejki książek, które czekają sobie na regale. Prawdę mówiąc, w tym roku przeczytałam blisko 80 książek i zagrałam w wiele gier (patrz tutaj). Oby przyszły rok był tym, w którym w końcu zacznę być prawdziwie kreatywna. Bo na razie żyję mniej niż Sylwester Bonnard.

sobota, 26 listopada 2011

Podział ostateczny



C.S. Lewis - Podział ostateczny
(Media Rodzina, Poznań 2009)

Lewis napisał "Opowieści z Narnii", aby przybliżyć dzieciom chrześcijaństwo. I choć może zamiana Jezusa Chrystusa w lwa Aslana i otoczenie go jednorożcami i centaurami nie jest aż tak oszałamiająco pomysłowe i zachwycające, to jednak autorowi udało się doskonale przedstawić wszystkie najistotniejsze kwestie i problemy, które zamierzał poruszyć, przekazując je w sposób jasny, zwięzły i klarowny. Dla starszych czytelników stworzył zaś takie historie jak: „Trylogię kosmiczną” (jej drugą część ceniła sobie wspaniała badaczka i popularyzatorka Pisma Świętego – Anna Świderkówna, której książki z serca wszystkim polecam, a szczególnie arcyciekawy i zajmujący cykl „Rozmowy o Biblii”), „Listy starego diabła do młodego”, czy właśnie „Podział ostateczny” (tytuł oryginalny: „The Great Divorce” nawiązuje do „Zaślubin nieba i piekła” Blake’a).

Książka przedstawia alegoryczną wyprawę z piekła do nieba, która dla niektórych okazuje się być, niestety, podróżą tam i z powrotem. Nie jest to w żadnym razie wizja kształtu życia pozagrobowego, ale zachęta do spojrzenia na swą ziemską, codzienną egzystencję z nowym, trzeźwiejszym spojrzeniem. Ta krótka, prosto opisana i zwięzła historia ma nas przekonać, że piekłem jest nasze zbytnie przejmowanie się nami samymi – zniewalanie umysłu naszymi własnymi poglądami na rzeczywistość i nie liczenie się z realnym kształtem istoty rzeczy w imię samej wolności posiadania poglądów tudzież brak zdroworozsądkowego osądu, co jest wszak jedynie parodią wolności myślenia (wolimy myśleć po swojemu, niż odkryć Prawdę), czy bezkrytyczne relatywizowanie wszystkiego, tylko dlatego, że jest to modne i materialnie opłacalne, innymi słowy: zamknięcie się i duszenie we własnej, ciasnej, „jedynej słusznej” wizji świata, sprawiedliwości i szczęścia, z której nie chcemy rezygnować nawet za cenę cierpienia.

„Piekło jest stanem umysłu. Nie mógłbyś powiedzieć nic bardziej zgodnego z prawdą. Każdy stan umysłu pozostawiony sam sobie, każde zamknięcie się stworzenia w lochach własnego umysłu zmienia się w końcu w Piekło. Ale Niebo nie jest stanem umysłu. Niebo jest samą rzeczywistością”.

Gdyby taką historię napisał Chesterton (to jego książka zresztą zmieniła spojrzenie Lewisa na chrześcijaństwo i przyczyniła się do jego nawrócenia), byłaby ona pełna liryzmu, melodramatyzmu i niepowtarzalnego humoru. U Lewisa mamy zaś niemal skrajną prostotę wyrazu i zwięzłość. Można powiedzieć, że Chestertona czyta się z wielu powodów – poza treścią jeszcze dla stylu, fantazji, pomysłów, żartów, genialnych spostrzeżeń, ripost i porównań... Lewisa czyta się w zasadzie wyłącznie dla słuszności jego argumentów („Chrześcijaństwo po prostu”!) i – jedynie od czasu do czasu – pomysłów fabularnych. Na pewno warto sięgnąć po „Podział ostateczny”, ale jeszcze lepiej po „Listy starego diabła do młodego”.