wtorek, 8 listopada 2016
Bardzo ważne uzupełnienie do notki "1001 obrazów"
Czasem się zdarza, że jeden "szczegół" może wywrócić odbiór książki do góry nogami: http://notkioksiazkach.blogspot.com/2011/04/1001-obrazow-ktore-warto-w-zyciu.html
Zamień chemię na jedzenie
Julita Bator – „Zamień chemię na jedzenie”
(Znak, Kraków 2013)
„Przeżyłam niemały wstrząs, gdy pewien znajomy gospodarz
przestrzegł mnie na przełomie maja i czerwca przed kupowaniem kalafiora,
ponieważ jego wzrost jest jeszcze wówczas sztucznie wspomagany tak intensywnie,
że pracownicy zatrudnieniu przy zbiorach mają poparzone ręce”.
Książki tej nie napisał chemik ani dietetyk, lecz matka, która
starała się dostarczyć swym dzieciom, chorującym po niektórych produktach
spożywczych, możliwie najzdrowszy pokarm. Nie znajdziemy tu więc wyczerpujących
analiz chemicznych, zdrowotnych i innych faktów związanych z żywnością
produkowaną na masową skalę, lecz wypływające z doświadczenia i zdrowego
rozsądku porady, które mogą pomóc nam zminimalizować szkodliwość przemysłowo
przetwarzanego jedzenia.
Jak nietrudno się domyślić, najlepiej jest założyć własny ogród
warzywny, mieć drzewa owocowe, hodować zioła w doniczkach i zaprzyjaźnić się na
śmierć i życie ze świętszymi od papieża rolnikiem, rzeźnikiem i masarzem, czyli
pij mleko prosto od krowy i jedz pomidory z własnego krzaka – do takich
wniosków nie potrzeba nam żadnych książek. Ta trzyma poziom amatorskiego bloga
o zdrowym trybie życia i nie mamy co liczyć na specjalistyczną wiedzę albo
chociaż głębsze rozwinięcie tematu (np. ani słowa o tym, dlaczego to niby syrop
glukozowo-fruktozowy jest tak kontrowersyjny, ani też napomknienia chociażby o
tym, że mleko sojowe jest niewskazane dla zdrowia). Mimo wszystko warto
przewertować ten tytuł i spisać sobie kilka cennych uwag – w końcu kto na co
dzień ma czas i ochotę, by samodzielnie dowiadywać się na czym polega proces
UHT czy homogenizacji? A powinniśmy to
wiedzieć. To i o wiele więcej.
poniedziałek, 19 września 2016
Pożyczalscy pomszczeni
Mary Norton – Pożyczalscy pomszczeni
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1987)
Delikatny, choć sprawiający niedosyt urok powieści o
Pożyczalskich został zdruzgotany pomysłem dopisania kolejnych książek. Kiedy
sama narratorka przyznała, że idzie o historię, która może się toczyć w
nieskończoność i którą można przerwać w dowolnym momencie, oświadczyła tym samym, że
nowe opowieści o malutkich ludkach w ogóle nie są potrzebne. I takie jest
moje wrażenie po ostatnim tomie serii – nic byśmy nie stracili, gdyby nigdy go
nie napisano.
Śledzimy, jak rodzina Arrietty szuka sobie nowego domu, jak
przedziera się z wysiłkiem do opuszczonego probostwa, jak buduje sobie nowe
mieszkanko i odnawia kontakt z dawnymi krewnymi. Nie jest to fabuła, która
mknie jak strzała w określonym kierunku, raczej spojrzenie na codzienne
(niezbyt ciekawe) trudy osób, które usiłują urządzić sobie bezpieczny kąt, a
dokładniej elegancki salon i czystą kuchnię.
Muszę przyznać, że choć po tomie pierwszym sięgnęłam od razu po
piąty, nie odnoszę najmniejszego wrażenia, jakbym cokolwiek straciła. Autorka
ogólnie nakreśla sytuację z poprzednich części i… nie udało mi się natrafić na
najmniejszy wątek, który wart byłby postarania się o brakujące książki. Jedno
mogę powiedzieć na pewno: świat nie wydaje się tak niebezpieczny i niezbadany
jak w pierwszym tomie, gdyż Norton zamordowała, tak – zamordowała!, cały dramat
pierwszej powieści „wskrzeszając” postaci takie jak ciotka Lucy (wiadomość o
tym, że nigdy nie dotarła do mieszkania kuzynów była jedynym realnie
wstrząsającym momentem tamtej książeczki) czy Eggletina, o której opowiadano
Arrietcie, że pożarł ją kot. Okazuje się, że nie tylko absolutnie nikt nie zginął (jeden
z najgorszych literackich błędów wielu powieści), ale też, że autorka nie radzi
sobie z wieloma postaciami, dlatego Eggletina i jej bracia (czy oni nie mieli
przypadkiem rozpieszczać Arrietty?) żyją sobie z dala od obecnych wydarzeń,
mając w nosie starzejących się rodziców. Opowieść urywa się nagle, dając do
zrozumienia, że Pożyczalscy zawsze będą przeżywać jakieś niebezpieczne (jak dla
mnie raczej monotonne) przygody i że nigdy nie będą całkowicie spokojni o swój
los. Po tym jak pisarka dobiła sprawę Lucy siekierą, podobne zamknięcie cyklu
może wywołać jedynie wzruszenie ramion. To jednak przykre patrzeć, jak
dobrowolnie i własnoręcznie twórca rujnuje to, co najlepsze w jego dziele.
Chociaż wydarzeń tu w sumie tyle co kot napłakał – więcej jest
badania otoczenia i urządzania sobie domostwa, a także rozmów między ludźmi – zastanowiło
mnie wprowadzenie wątków paranormalnych: pojawia się medium, a dokładnie
jasnowidzka, przez którą para niecnych małżonków pragnie znaleźć małe ludziki i
zbić na nich fortunę, a także duchy, które okazują się dość typowymi zjawiskami
domostw ludzkich (ojciec Arrietty cieszy się nawet, że poświata małej,
płaczącej dziewczynki, ukazującej się noc w noc, oświetla mu drogę). Może
wynika to z mody na seanse spirytystyczne, które kiedyś tak opanowały Anglię,
ale osobiście źle bym się czuła, gdybym sugerowała dzieciom, że zjawy to
normalne zjawisko, a jasnowidztwo rzeczywiście istnieje i zajmują się tym mili
ludzie (kto wie, ilu młodych czytelników wzrastałoby potem w przekonaniu, że
chodzenie do wróżki jest jak najbardziej w porządku).
Dziwaczne, że choć zamieniono Homily na Dominikę, a z postaci
pojawiającej się w tym tomie, młodzieńca imieniem Peargreen, uczyniono
Okrzynka, nie mogę pojąć, dlaczego nie zrobiono nic z imieniem Spiller.
Ponieważ Dominika narzeka na jego braki w hiegienie, można by od biedy nazwać
go Chlaptusem (Ochlaptusem?) czy czymś w tym stylu. Z drugiej strony z Lupy
(domyślam się, że chodzi o fonetyczne „loopy”) już w pierwszej części zrobiono
prostacką Lucy. Ilustracje są brzydkie, a sama okładka to istny koszmarek nie
mający nic wspólnego z treścią książki, zasługujący na medal w dziedzinie
niczym nieuzasadnionego paskudztwa.
Werdykt? Owszem, da się przeczytać, ale można najspokojniej w
świecie sobie odpuścić.
***
Fanów „powieści wizualnych” zapraszam do notki o mangowym
romansie „Amnesia – Memories”: TUTAJ
sobota, 3 września 2016
Ernest i tajemnicze listy
Susie Morgenstern – Ernest i tajemnicze listy
(Nasza Księgarnia, Warszawa 2006)
Książki dla dzieci mogą być sztuczne na dwa sposoby. Pierwsza
sztuczność jest sztucznością papierowego teatrzyku – wszystko jest
przerysowane, ale zabawne i wciągające. Drugą sztuczność reprezentuje główny
bohater książki „Ernest i tajemnicze listy” – mamy tu chłopca, który nie zna
nowoczesnej techniki, czułości, ciekawości, nieposłuszeństwa i swobody. Do
czegoś takiego dobrze jest dodać kruki wiecznie krążące nad domem albo szepty w
ścianach, czy coś w tym guście. Natomiast fatalnie jest robić to, co czyni autorka
– umieszczać Ernesta w normalnej szkole przy normalnych dzieciach i
jednocześnie wprowadzać sytuacje kompletnie nierzeczywiste: Ernesta nikt nie
bije ani się z niego nie naśmiewa, mimo że odstaje od wszystkich, nauczyciele
ani trochę nie dostrzegają jego inności, a dziewczynki cały czas ślą mu ciastka
i liściki miłosne, bo oczywiście pozbawiony zabawy, słońca i społecznych
odruchów chłopiec jest śliczny jak aniołek. I dopiero wówczas do tej tragicznej, grafomańskiej niewiarygodności pisarka dodaje niewiarygodność przerysowaną: przeuroczą (jej zdaniem)
Wiktorię z jej przesztuczną, zawsze wesołą i miłą, kilkunastoosobową rodziną.
Sama narracja też sprawia wrażenie, jakby autorka chciała
popełnić dziecięcą wersję stanowczo przecenianej „Amelii” i zacierała z
satysfakcji ręce po każdym króciutkim rozdziale. Być może to tylko ja, lecz
przyznam, że wychowana na takich książkach jak „Akademia Pana Kleksa” czy
„Chłopak i dziewczyna, czyli heca na 14 fajerek”, nie mogę zdzierżyć, gdy
dziecięcy bohater w książce dla dzieci pisze w wypracowaniu: „Dzień, w
którym wymazuje się jedno „nigdy”, to wielki dzień. Dzień, w którym
wymazuje się trzy nigdy, by zastąpić je „pierwszym razem”, jest potrójnie
wielki”. Jeszcze jakoś to przełknęłam, ale gdy ten sam dziesięcioletni
pewniak na noblistę z literatury trzasnął: „Ale słowa otaczały nas jak czuła
obietnica na wspomnienie tego wyjątkowego posiłku, który wspólnie zjedliśmy,
tej szczególnej chwili w mdłym życiu”, miałam wrażenie, że się zakrztuszę. Trudno
mi oprzeć się wrażeniu, że frajdę to raczej mają z tego zbytnio zadowoleni z
siebie dorośli, przekonani, że dzieci będą im jadły z rąk.
Książeczka przeraźliwie wydumana, oblana przesztucznym lukrem
„fajności” i źle pojętej baśniowości, od którego aż mdli. Nie polecam.
Cudowna podróż - jak nie szanować czytelnika
Selma Lagerlod – Cudowna podróż
(Nasza Księgarnia, Warszawa 2001)
Kiedy odbierałam w bibliotece zamówioną „Cudowną podróż” nie
spodziewałam się aż tak cienkiej książeczki. Całość zaczyna się tak: „Był
sobie kiedyś pewien chłopiec. Nie na wiele się przydawał, bo najbardziej lubił
spać, jeść i psocić”. Wydało mi się to raczej żałosne, toteż zasiadłam do
komputera, by sprawdzić wersję angielską: „Once there was a boy. He was—let us say—something like
fourteen years old; long and loose-jointed and towheaded. He wasn't good for
much, that boy. His chief delight was to eat and sleep; and after that—he liked
best to make mischief.”
Czyli z 4 zdań dostaliśmy 2, które są raczej adaptacją niż tłumaczeniem.
Oczywiście, nie mam czasu sprawdzać tekstu linijka po linijce, lecz zerknijmy
chociaż na następną stronę: „-Świadczyłem wam usługi przez długie lata –
mówił. – Dam ci srebrną łyżkę i złotą monetę, jeśli mnie wypuścisz”. W tekście angielskim mamy: „He
had brought them good luck—these many years—he said, and deserved better
treatment. Now, if the boy would set him free, he would give him an old coin, a
silver spoon, and a gold penny, as big as the case on his father's silver
watch.” Coś tu jest mocno nie tak, prawda? Zerknęłam na stronę ze
stopką redakcyjną i z oburzeniem znalazłam wreszcie małą adnotację o autorce
adaptacji.
Drodzy wydawcy, nieumieszczanie na okładce wytłuszczonej
informacji, iż chodzi o niekompletny bądź przerobiony tekst świadczy o wyraźnym
braku szacunku dla klienta i powinno być napiętnowane. A już szczególnie
wciskanie takiego kitu dzieciom jest rzeczą paskudną. Czy wydawca uważa je za
zbyt głupie, by dać im oryginalne dzieło noblistki, które rozsławiło ją w
świecie?
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Czy Jezus jest Bogiem? Od judaizmu do chrześcijaństwa
Paweł Lisicki – Czy Jezus jest Bogiem? Od judaizmu do
chrześcijaństwa
(M, 2014)
„Wczesna wiara w boskość Jezusa, wiara pierwszych, żydowskich
uczniów mówiących po aramejsku, czyni niezwykle prawdopodobną tezę, która w
oczach wielu współczesnych krytyków pojawia się jedynie jako nocny koszmar lub
przeżytek zaprzeszłej epoki, a mianowicie, że ewangeliści mówili prawdę”.
Tym razem Lisicki rozprawia się z kłamstwami tak zwanych
naukowców, poświęcających życie na dowiedzenie, że Jezus na pewno nie uważał
się za Boga, i że wiara ta została wymyślona dużo, dużo później, najpewniej pod
wpływem pogańskim. Nie waham się używać słowa „kłamstwa”, ponieważ tylko
naprawdę bezczelny kłamca bierze tekst źródłowy, świadomie usuwa zeń WSZYSTKIE
sprzeczne z jego własną tezą fragmenty, nie podając żadnych logicznych
wyjaśnień swojego postępku, a następnie ów całkowicie okaleczony,
fragmentaryczny i nielogiczny tekst przedstawia jako niezbity dowód oszustwa
Kościoła. Przeraża fakt, że tacy ludzie zdobywają majątek i uznanie jako
wybitni naukowcy!
Lisicki nie tylko robi to, czego ci rzekomi naukowcy nie potrafią,
a zatem czyta Ewangelię bez nożyczek i wykreślacza, ale wskazuje też na dowody
historyczne, potwierdzające prawdziwość tekstu, jak choćby na fakt, że – czego
za nic nie chcą dostrzec ci, których prace ośmiesza, obnażając ich uprzedzenia –
pierwsi chrześcijanie byli okrutnie prześladowani przez Żydów i tylko Żydów.
Dlaczego Rzymianie nie widzieli w nich zagrożenia? A jeśli chrześcijanie nie
głosili czegoś, w czym Żydzi widzieli niebezpieczeństwo dla wiary Izraela (przecież w żadnym razie nie przejmowaliby się poganami!), dlaczego nie dawali im spokoju i starali się
zdusić wyznawanie Chrystusa w zarodku?
Świadectwa historyczne są niewygodne, a wręcz miażdżące dla
chcących pozbawić Jezusa świadomości Boskości, i Lisicki odwalił kawał solidnej
roboty, szczegółowo wykazując głęboką nielogiczność i żenujący fałsz ich
twierdzeń. Warto przeczytać chociażby dlatego, by przyjrzeć się z bliska, jak
„naukowcy” manipulują źródłami i jak wiele faktów są skłonni przemilczeć i
zignorować dla własnych korzyści.
Polecam!
środa, 17 sierpnia 2016
Pogrzebane życie
Allen Eskens – Pogrzebane życie
(Burda Książki, 2016)
„Joe Talbert ciężko pracuje, żeby wyrwać się z domu i rozpocząć
studia na Uniwersytecie Minnesota, ale matka alkoholiczka, która nie jest w
stanie zapewnić należytej opieki jego autystycznemu bratu, wciąż domaga się od
niego pieniędzy i pomocy. Życie Joego odmienia wizyta w domu opieki w Richfield,
gdzie ma przeprowadzić wywiad z interesująca osobą na zaliczenie z
angielskiego.
Joe wybiera Carla Iversona, skazanego przed laty za gwałt i
zamordowanie czternastolatki. Wypuszczony z więzienia umierający na raka
trzustki Carl zgadza się opowiedzieć Joemu swoją historię. Za namową Lili Nash,
atrakcyjnej sąsiadki i studentki, Joe zagłębia tajniki procesu Carla.”
Macie czasem wrażenie, że książka pisana jest tak, jakby ktoś
skrupulatnie wypełniał formularz? Takie jest właśnie „Pogrzebane życie” – to
nie tylko wyjątkowo lichy kryminał i nędzna powieść obyczajowa, ale tekst tak rażący
sztucznością, jakby tworzono go przez wypełniane rubryczek. Dialogi, narracja,
wszystko tu ocieka sztampą, sztywnym osadzeniem w fabularnych ramach, których
autor pewnie nauczył się na jakimś kursie, i których panicznie boi się
przekroczyć. Chociaż jest jedna postać, która bardziej niż sztuczna jest
zwyczajnie nieprawdopodobna – przepraszam, ale żołnierz, który nie wie, że
zabicie kogoś (tutaj gwałciciela i mordercy, który zamierza dalej gwałcić i
mordować) może być moralnym obowiązkiem, nie jest postacią zasługującą na
współczucie, lecz idiotą do kwadratu. Dla dopełnienia główny bohater to debil,
bo jak nazwać inaczej kogoś, kto do idzie beztrosko do osoby, którą podejrzewa
o mord, by powiedzieć jej prosto w oczy: „Wiem, co zrobiłeś”? Poza tym nie da
się zakrztusić silnika samochodu, wpychając do rury szmatę. Nawet jeżeli
przytrzymujesz szmatę kijem, silnik jest po prostu za silny i wypchnąłby szmatę
razem z ręką. Jakby mało było tego wszystkiego, zagadka jest żenująca i
sprowadza się do złamania szyfru w pamiętniku nastolatki. Jest oczywiście happy
end: bohater nie tylko doprowadza do uniewinnienia skazańca, ale jeszcze
znajduje ukochaną, która w pełni akceptuje jego autystycznego brata, a za
rozpracowaną sprawę dostają sto tysięcy dolarów, więc nie musi przerywać
studiów. O matko…
Nie mogę uwierzyć, że podobny gniot nie tylko doczekał się
wydania, ale jeszcze nagród i wyróżnień.
Aha, właśnie doczytałam, że autor „swoje umiejętności pisarskie
szkolił, uczestnicząc w programie dla młodych literatów na Uniwersytecie Stanu
Minnesota, w Loft Literary Center i podczas letniego festiwalu literackiego
stanu Iowa”. Czyli bezbłędnie trafiłam z kursem. A przy okazji rozumiem, skąd
sukces książki. Wypromowały ją te imprezy, reklamując siebie.
środa, 27 lipca 2016
Zygzak
Jose Carlom
Somoza – Zygzak
(Muza, Warszawa
2007)
Tłumacz
przetłumaczył „classified” jako „klasyfikowany”, mimo że dialog dotyczy ściśle
tajnych badań.
…
I to chyba
wszystko, co ciekawego jest w tym powieścidle.
…
Nie, poważnie,
łudziłam się, że opowieść o tajnych eksperymentach fizycznych (rzecz dotyczy
możliwości zaglądania w przeszłość) może sprawdzić się jako odprężające
czytadło, lecz nie. Narracja jest irytująco monotonna, a bohaterowie jednocześnie
odpychający i papierowi (zwłaszcza o jednym trudno orzec czy jest bardziej
obleśny czy nieciekawy). Niby od początku wiemy, że ma się wydarzyć coś
przerażającego, lecz ciężko się tego doczekać. Można spokojnie czytać po dwa
zdania z każdej strony, nie tracąc wątku, tak wiele tu zbędnego materiału (zwłaszcza
wtrętów seksualnych – wydaje się, jakby Somoza marzył o napisaniu porno, ale co
chwila przypominał sobie, że pisze co innego), ale nawet wtedy ziewa się niemal
do końca. Niestety, nikt nie powiedział autorowi, że ustawiczne i powtarzanie
zwrotów typu: „nie wiedziała, że najgorsze dopiero przed nią”, daje efekt
odwrotny do zamierzonego budowania napięcia. Nie podpowiedziano mu też, że w
autentycznej wściekłości człowiek nie snuje żadnych konkretnych myśli, zatem
opisywanie ich jako pragnienia, by ona sama się nie kończyła i zniszczyła
świat, po prostu całkowicie przeczy doświadczeniu i zdrowemu rozsądkowi (pa-pa,
realizmie). Monotonia i żenujące porno-ciągoty Somozy przesłaniają tu wszystko, przede wszystkim pomysł.
Jaki to pomysł? Oszczędzę
wam czytania tej nudy: taki, że za pomocą magii teorii strun czysta ludzka
furia (uczucie trwające zaledwie przez czas Plancka – a więc najmniejszą
sensowną fizycznie wielkość czasu) staje się czymś w rodzaju „bytu”, tzn.
zabija wszystkich naukowców w straszliwych męczarniach. Winniśmy przejąć się
tym, że owa furia przemieniona w maszynę do zadawania agonii to przeszłość
pozytywnego bohatera. A w sumie jedna scena z jego dzieciństwa. Ale nie można
się przejąć, bo bohater jest bardziej nijaki niż jednorazowa chusteczka z
cienkiego papieru. Niestety.
Kiepska to
książka, przy której człowiek śpieszy się, by jak najszybciej dojść do końca i
mieć ją z głowy. A przy tej wręcz pędziłam.
Nie polecam, oj
nie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






