Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 sierpnia 2010

Stephen King - jak pisać




Stephen King - Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika
(Prószyński i s-ka, 2008)

Parokrotnie natknęłam się na opinię, że wśród "poradników dla pisarzy" tylko dwie książki zasługują na miano pereł w błocie tandety: "Galeria złamanych piór" Kresa i "Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika" Kinga.

O "Galerii..." już pisałam na tym blogu. Przeczytałam ją jedynie dlatego, że spotkałam się z licznymi komentarzami chwalącymi ją za dużą dozę humoru. Tymczasem jedynym ciekawym fragmentem tej - moim zdaniem - wielce żenującej pozycji, było przyznanie się do autora do wypicia sześciopaku piwa, po którym udało mu się napisać ze dwadzieścia razy słowo "dupa", popełniając przy tym błąd ortograficzny.

Z prozy Kinga znałam jedynie "Misery" (o której mogę jedynie powiedzieć, że da się od biedy przeczytać) i dwa arcynudne opowiadania. I gdyby nie rekomendacja pewnej osoby, pewnie nigdy nie sięgnęłabym po "Pamiętnik...".

W jednej z trzech przedmów King pisze: "Książka ta jest krótka, bo większość książek dotyczących pisania wpada w pułapkę bezsensownego pieprzenia". A potem czytamy o tym, jak to przyszły mistrz horroru jako czterolatek musiał wdychać bąki stukilowej opiekunki, która puszczała mu je w twarz, jak zwymiotował jajkami w buty matki i jak lekarz przebijał mu igłą bębenek w uchu.

Nie, naprawdę.

Te kilka stron na dobre odsunęło mnie od Kinga raz na zawsze. Jestem pewna, że ilekroć spojrzę teraz na jakąkolwiek jego książkę, przypomnę sobie te kilka stron i natychmiast przejdzie mi wszelka ochota na zapoznanie się z resztą jego prozy.

Jeśli King ma traumy z dzieciństwa, którymi musi koniecznie podzielić ze światem, to proszę bardzo, ale ja sięgnęłam po książkę o tytule: "Jak pisać", więc nie za bardzo rozumiem, dlaczego mam czytać o wyziewach obleśnej opiekunki wciskającej sobie twarz dziecka w pupę.

Dalej czytamy o tym, jak jako chłopiec King podtarł się trującym bluszczem i jak to wpłynęło na jego jądra.Dopiero na 92. stronie (!) zaczyna się na poważnie temat pisania, a "mistrz" objawia nam drogocenne uwagi o wadze klarownego wyrażania myśli czy potrzebie prostych zdań - pisze on: "Proste zdania sprawdzały się u Hemingwaya, prawda? Nawet gdy był urżnięty w trupa, pozostawał pieprzonym geniuszem".

To mi przypomina pewne zdanie z Chestertona - "Umówmy się, że geniusz musi być moralny. Kretyn może być tak niemoralny, jak tylko mu się podoba". Sparafrazowałabym to tak: "Umówmy się, że mistrz musi szanować język. Debil może być w języku tak prostacki, jak tylko mu się podoba".

Czy znajdą się tu jakieś naprawdę dobre rady dla aspirujących pisarzy? Ujmę to tak - jeśli ktoś naprawdę próbował w życiu pisać, z całą powagą, trudem, wysiłkiem, potem, łzami, gniewem, frustracją, nieustannym mocowaniem się z tekstem i wyciąganiem wniosków po całym tym straszliwym mozole próby okiełznania i języka, i samego siebie... ktoś taki nie znajdzie tu nic, do czego sam by już nie doszedł (np. pisanie to żmudna, nieustająca praktyka, do której nieraz trzeba się zmuszać, wyobraźnię należy ćwiczyć jak mięsień, trzeba dużo, dużo czytać, lektura złej prozy może wiele nauczyć, trzeba lubić to, co się robi itd.).

Słowem - ta książka miała zachęcić do pisania. Ale jedynie zniechęciła mnie do Kinga.



---

Książki na najbliższe dni:

Doyle - Sherlock Holmes (Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1992),
Doyle - Przygody Sherlocka Holmesa (Polska Oficyna Wydawnicza BGW, Warszawa 1992),
Doyle - Przygody Sherlocka Holmesa (Skrzat, Kraków 2006)
Dukaj, Bagiński - Katedra (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003)
Lem - Głos Pana (Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1984)

środa, 22 października 2008

Gaiman

Jako że prawie w ogóle nie ruszam się z domu, kupuję książki przez internet, często sugerując się jedynie recenzjami z sieci (rzadziej z gazet). A ponieważ sklepy internetowe bardzo rzadko zamieszczają skromniutkie fragmenty książek, zawsze mam tę obawę, czy przypadkiem się nie „nadzieję” i czy nie będę żałować (mam za duży szacunek do ciężko zarobionego grosza, by wydawać go lekką ręką).

Ze wszystkich nietrafionych zakupów szczególnie dwóch nie mogę przeboleć - zmarnowałam pieniądze na „Bez mojej zgody” Picoult oraz na „Dym i lustra” Gaimana. To łącznie 60 złotych wyrzuconych w błoto! Uch!

Image Hosting by Picoodle.com

*NEIL GAIMAN – DYM I LUSTRA
(MAG, Warszawa 2003)

Nawet nie pamiętam, o czym są te opowiadania. Pamiętam tylko niesmak i złość, jakie mnie opanowały po przeczytaniu tej książki.

Przy niektórych opowiadaniach robiłam ołówkiem krótkie (przesycone złością i rozczarowaniem) notki, nie dowierzając samej sobie, że te marne, nudne, miejscami żenujące teksty naprawdę popełnił człowiek, który na okładce przedstawiany jest jako jeden z największych współczesnych mistrzów literatury fantastycznej.

No! Jeżeli on jest mistrzem, to ja nie chcę zapoznawać się z resztą jego kolegów po piórze!

W serwisie Horror Online widnieje jeszcze moja dawna opinia sprzed pięciu lat:

„To moje pierwsze spotkanie z tym pisarzem...i (nie)stety chyba ostatnie. Bardzo żałuję, że nabyłam tę książkę, sugerując się pochlebnymi recenzjami. Może autor pisze i niezłe powieści - tego nie wiem, jestem natomiast porażona miernością jego opowiadań, tak pod względem formy jak i treści. Żenada. Człowiek zarabia pisaniem na zamówienie i niestety to widać. Pisze z przymusu, z odgórnego planu. Widać jakieś przebłyski pomysłów i...nic poza tym. Jedynie jeden (słownie: JEDEN) tekst zasługuje na pochwałę, ale gdy uświadomimy sobie, że jest to zwyczajny produkt na zamówienie - do tego banał, patrząc na zleceniodawcę (zachęcam do przejrzenia Wstępu), nasz zachwyt natychmiast pryska jak mydlana bańka. Jestem wstrząśnięta tym, że ktokolwiek płaci temu człowiekowi za takie opowiadania i nominuje je do jakichkolwiek nagród. Banał. Nuda. Żenada. Albo naprawdę opowiadania nie są jego domeną (tak bywa), albo jednak prawdą jest to, że żyjemy w czasach, gdy drukuje się co popadnie. Będę stawiać raczej na to drugie.”

Od-ra-dzam!

3-/10

Image Hosting by Picoodle.com

NEIL GAIMAN – KORALINA
(MAG, Warszawa 2003)

To zdecydowanie lepsza pozycja niż „Dym i lustra”, ale i tak wyjątkowo słaba. Nie dałam rady przeczytać jej rzetelnie (zdanie po zdaniu, strona po stronie), musiałam przeskakiwać całe akapity, przekartkowywać.

Gdzie te świeże, niepowtarzalne, niesamowite pomysły, które mi obiecywano? Gdzie ta groza i napięcie, tajemniczość i nastrojowość? Podobno ta książka nie nadaje się dla dzieci. Zgadzam się – jest masa o wiele lepszych. Po co zyskiwać sobie nienawiść małolata i obdarowywać go czymś tak nudnym i wymuszonym?

Są takie książki, w których wyraźnie uderza w nas fetor przymusu (zarabiana pieniędzy). Zdaje mi się, że Gaiman przoduje w ich „produkcji” (nie, nie nazwę tego pisaniem).

3/10