wtorek, 7 maja 2013

Bóg na ławie oskarżonych

„Ludzie zwykle uważają, że problem polega na tym, jak pogodzić to, co wiemy na temat rozmiarów wszechświata, z naszymi tradycyjnymi ideami religijnymi. Okazuje się, że to nie jest żadnym problemem. Prawdziwy problem polega na tym, że ogromny rozmiar wszechświata i znikomość ziemi były znane przez wieki i nigdy nikomu nie śniło się, że mają one jakiś związek ze sprawą religii. Po czym, niecałe sto lat temu, zostają one nagle sprokurowane jako argumenty przeciwko chrześcijaństwu. A ludzie, którzy je prokurują, dokładnie tuszują fakt, że były one znane od dawien dawna. Czy nie wydaje ci się, że wy, wszyscy ateiści, jesteście bardzo mało dociekliwymi ludźmi?”





C.S. Lewis – Bóg na ławie oskarżonych
(Pax, Warszawa 1985)

Ateiści często ośmieszają wypowiedzi i pisma chrześcijan. Ale nigdy nie spotkałam się z tym, by któryś z nich miast ośmieszania zdobywał się na jakiś rzetelny argument przeciw religii, dochodząc do niego z całą powagą należną rozumowi ludzkiemu czy poszanowaniu prawdy (innymi słowy – zachowując szacunek dla samego siebie). Zawsze jest albo kpina, albo nabieranie wody w usta, czasem ledwie – przy istotnie dobrych chęciach i szczerej wierze – brak dostrzegania własnych błędów logicznych i osobistego dogmatyzmu. Nie chodzi mi tu zresztą o to, by porywać się na obalanie największych filozofów, takich jak święci Tomasz czy Augustyn, ale o to, że nikt rzetelnie nigdy nie postawił sobie zadania: „A teraz wykażę bezzasadność wszystkich argumentów Lewisa czy Chestertona”. Czy to dlatego, że przejawiają na tyle zdrowego rozsądku, że wiedzą, iż równałoby się to całkowitemu samoośmieszeniu?

Warto sięgnąć po tę króciutką książeczkę – warto polubić się z logiką i racjonalnym myśleniem.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Przegląd Końca Świata:FEED



Mira Grant – Przegląd Końca Świata:FEED
(Sine Qua Non, 2012)

Dobrze, wiedziałam – będzie tu więcej political fiction niż zombie. ALE autorka jest maniaczką horrorów, tak? Pobiła horrorowo-survivalowy rekord, tak? Nałogowo czyta o dziwnych chorobach, tak? (A przy tym ogłoszono ją „objawieniem literackim”, tak?) A zatem: dostanę parę naprawdę świetnych wytycznych, jak przeżyć „zombie-apokalipsę”, mnóstwo ciekawostek survivalowych, dowiem się czegoś z mało znanych zagadnień medycyny, a do tego wszystko to będzie okraszone nawiązaniami do wielu horrorów, przeplatane interesującymi faktami z tychże filmów, prawda? Prawda, prawda, prawda?

Nie.

Dostaniemy mdławą intrygę dla miłośników teorii spiskowych, w której – obowiązkowo – główny czarny charakter będzie tak przerażająco typowy i trywialny, że aż ciężko nie zgrzytać zębami. Tak, jest świat, w którym wirus zamienia ludzi w zombie, ale jest on tak samo nudny, jak rozgryzany przez bohaterów spisek. Przyznam, że momentami fabułę trudno zdzierżyć – młodzi idealiści kontra żądni władzy politycy. Ileż można?! Brakowało mi tylko, by główny zły pogroził na koniec pięścią, mówiąc: „Gdyby nie wy, głupie dzieciaki, udałoby mi się!”. Ach, ale powieść nie byłaby aż tak boleśnie prosta i młodzieżowa, gdyby nie pozbawieni osobowości, bezkrwiści bohaterowie, niemal wprost wyjęci z podręcznika „Klasyczne typy i postawy w hollywoodzkich fikcjach”.

Książka mocno średnia, napisana banalnie prostym językiem, nie wzbudzająca refleksji – ot, czytadło, zapychacz czasu, i to raczej rozczarowujący. Jestem srodze zawiedziona.

5/10

wtorek, 12 lutego 2013

Nowy regał


Świnki przejęły mój nowy regał książkowy.

sobota, 9 lutego 2013

Kuzynka Bietka



Honore de Balzac – Kuzynka Bietka
(Zielona Sowa, 2009)

Trudno odpowiedzieć na pytanie o ulubionego pisarza – tak bowiem, jak słucha się raczej konkretnych utworów niż gatunków muzycznych, tak rzecz zależy od konkretnej książki bądź od danej sfery twórczości autora. I tak ja na przykład uwielbiam eseje Chestertona, ale niespecjalnie przepadam za jego powieściami. Zaczytuję się w prozie Czechowa, ale jego sztuki nie wprawiły mnie w zachwyt. Co do Balzaca – znajduję u niego pozycje wspaniałe („Wielki człowiek z prowincji w Paryżu”), wymagające cierpliwości i odrobiny dobrej woli („Kobieta trzydziestoletnia”, „Kobieta porzucona”, „Kuzyn Pons”) oraz tytuły zupełnie niestrawne, przeraźliwie toporne i zwyczajnie ciężkie („Bank Nucingena”). Cieszę się, że „Kuzynka Bietka” należy do tej lepszej części jego dzieł.

Po „Kuzynie Ponsie” obawiałam się kolejnego długiego i skrupulatnego wprowadzenia w świat powieści, ale ku memu zaskoczeniu – i radości! – Balzac od razu przywalił z grubej rury - oto bowiem eks-kupiec oświadcza baronowej: „Mąż pani uwiódł mi kochankę, to ja mu uwiodę żonę!” Bach! A potem robi się jeszcze ciekawiej! Tytułowa kuzynka Bietka umyśla sobie doprowadzić rodzinę baronowej na skraj nędzy, w czym wkrótce jednoczy siły z paryską kurtyzaną, która wkrótce owija sobie wokół palca zarówno eks-kupca, jak i barona. Dość powiedzieć, że dużo się dzieje.

Jeżeli ktoś obawia się, że Balzac okaże się zbyt trudny, rozwlekły bądź wymagający nadmiernego wysiłku i skupienia, niech sięgnie po „Kuzynkę Bietkę” – może się przyjemnie zdziwić.

Nie powiem o książce złego słowa (przemilczę nawet nieco fantastyczne i egzotyczne rozwiązanie fabularne, które przypomniało mi zupełnie „bajkowy” finisz „Kobiety trzydziestoletniej”), za to powiem ze dwa o posłowiu – Pani, która je popełniła nie może jakoś uwierzyć, że dwie kobiety są w stanie połączyć się pasją niszczenia swych wrogów i zwykłą sympatią do podobnego sobie, i dopatruje się w tym homoerotycznych podtekstów. Szczęście, że nikt nie kazał tej Pani pisać rozprawki na temat „Akademii Pana Kleksa” czy „Czterech pancernych i psa”, bo aż strach myśleć, co by tam wyłowiła! No, ale czego się można spodziewać po kimś, kto na poważnie traktuje brednie Freuda (tym, którzy się na to zdanie oburzą, bądź tym, którzy zwyczajnie interesują się literaturą i życiem, polecam koniecznie zapoznać się z pysznym esejem „Hamlet i psychoanalityk” Chestertona).

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Świat jest teatrem


Boris Akunin – Świat jest teatrem
(Świat książki, Warszawa 2012)

Pisałam, że mam już dość Akunina i jego zblazowanego, pretensjonalnego detektywa, ale... musiałam wykorzystać na coś kupon rabatowy z księgarni, a poza tym w książce miał się pojawić wątek Czechowa, który należy do czołówki moich ulubionych pisarzy. A oto dlaczego żałuję zmarnowanego kuponu.

  1. Fandorin nie dość, że jest nudny jak zawsze, to jeszcze się starzeje i ma z tego powodu przemyślenia (też bym się chciała starzeć w takim luksusie, w jakim on walczy z nudą!).
  2. Intryga jest cienka jak naderwana pajęczyna – od razu wytypowałam mordercę z grona podejrzanych, ale jeszcze naiwnie łudziłam się, że autor mnie czymś - czymkolwiek - zaskoczy. Niestety!
  3. Nie ma wątku Czechowa – w tle pojawia się jedynie na mgnienie wdowa po nim (Dzień dobry, jestem wdową po Czechowie, papa!).
  4. W treści pojawia się jeden z najczęściej wykorzystywanych cytatów Szekspira (dał on również tytuł powieści). Tak, to jest wada, ponieważ nie może dzisiejszego człowieka nie mierzić, gdy – dla przykładu – czyta o miłości kochanków z dwóch skłóconych rodów i podsuwa mu się pod nos cytaty z „Romea i Julii”. Aż człowieka skręca! Wiem, że Akunin tworzy łatwe czytadła dla przeciętnego odbiorcy, ale jednak!...
  5. Lwią część książki zajmuje smętny wątek romansowy (zblazowany bogaty, nudny stary kawaler i genialna aktorka dręczona przez męża, który jest jednocześnie bogatym najstarszym synem władcy jednego z chanatów – rzeczywiście! Można się wczuć w ich sytuację!), a nie śledztwo.
  6. Wydawca powinien dostać po łapkach za kompletną ignorancję i całkowitą dowolność w stosowaniu transkrypcji wyrazów japońskich. Efekt jest doprawdy pożałowania godny.

Przyznaję, że „Gambit turecki” czytało mi się zdecydowanie gorzej, ale tam przynajmniej nie krzywiłam się aż tak na samą intrygę.

5/10

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Prawdziwa historia zdradzieckiej zbrodni


„Bliscy przyjaciele stali się dalecy. Rodzina przestała się odzywać i odsunęła się. Jeden z moich przyjaciół z czasów studenckich – gorliwy ewangelik – stał się eks-przyjacielem w ciągu jednego wieczoru.
            Paradoks polegał na tym, że jeszcze nie tak dawno byłem o wiele, wiele bardziej zaciekły w swych antykatolickich poglądach niż większość z nich. W gruncie rzeczy mało kto z nich uważał, że jest wrogo nastawiony do katolików, chociaż nie wywołałoby najmniejszej sensacji, gdybym przyłączył się do luteranów czy metodystów. Ponieważ jednak zostałem katolikiem, traktowano mnie jak trędowatego.
            Nikt nie wyraził chęci rozmowy, nie mówiąc już o debacie teologicznej. Moje motywy nie interesowały nikogo – dopuściłem się rzeczy nie do pomyślenia. Popełniłem straszliwą, zdradziecką zbrodnię”.




Scott i Kimberly Hahn – W domu najlepiej
(Promic, Warszawa 2012)


„– Scott, jeśli zgadzasz się, że mamy do dyspozycji natchnione i nieomylne Słowo Boże w Piśmie Świętym, to czego nam jeszcze potrzeba?

– Doktorze Gerstner – odparłem – nie sądzę, żeby zasadniczy problem leżał w tym, czego nam potrzeba, ale skoro zadał pan to pytanie, wyrażę swoją opinię. Od czasów Reformacji powstało ponad dwadzieścia pięć tysięcy różnych denominacji protestanckich, a jeśli wierzyć ekspertom, obecnie powstaje pięć nowych tygodniowo. Każda z nich głosi, że jest prowadzona przez Ducha Świętego i opiera się na prostej prawdzie Biblii. Bóg widzi, że potrzebujemy czegoś więcej.

Na chwilę zapadła głęboka cisza.

– Chodzi mi o to, doktorze Gerstner – kontynuowałem - że gdy nasi Ojcowie założyciele dali nam konstytucję, nie ograniczyli się jedynie do dania nam spisu naszych praw i obowiązków. Czy może pan sobie wyobrazić, co działoby się dzisiaj, gdyby pozostawili nam sam dokument, nawet tak doskonały jak ten, wraz z błogosławieństwem typu: „Niech duch Waszyngtona prowadzi każdego z naszych obywateli”? Zapanowałaby anarchia – czyli mniej więcej to, z czym mamy do czynienia wśród protestantów, gdy idzie o jedność Kościoła. Dlatego nasi Ojcowie założyciele dali nam coś jeszcze prócz konstytucji – dali nam rząd, składający się z Prezydenta, Kongresu i Sądu Najwyższego, których zadaniem jest interpretowanie konstytucji i wcielanie jej w życie. A jeśli coś takiego jest niezbędne dla potrzeb takiego kraju jak nasz, to o ile bardziej dla zarządzania Kościołem o zasięgu światowym. Dlatego właśnie ja osobiście zaczynam podejrzewać, że Chrystus pozostawił nam coś więcej niż Księgę i swego Ducha. Prawdę mówiąc, w Ewangelii nie znajdziemy nawet wzmianki o tym, aby On sam pisał cokolwiek do swoich apostołów; zresztą także wśród nich liczba autorów ksiąg włączonych do Nowego Testamentu nie sięga nawet połowy. Znajdziemy natomiast słowa Chrystusa, wypowiedziane do Piotra: „Na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16,18). Wydaje mi się więc logiczne, że Jezus pozostawił nam Kościół – złożony z papieża, biskupów i soborów – którego zadaniem jest interpretowanie Pisma Świętego i wcielanie go w życie.

Doktor Gerstner przez chwilę rozmyślał w ciszy.

– To bardzo ciekawe, Scott – powiedział wreszcie – ale mówiłeś, zdaje się, że twoim zdaniem, nie tu leży zasadniczy problem? Na czym więc, według ciebie, on polega?

– Doktorze Gerstner, sądzę, że sprawą najistotniejszą jest to, co o Słowie Bożym mówi Biblia, gdyż nigdzie nie ogranicza ona Słowa Bożego jedynie do Pisma Świętego. Wręcz przeciwnie, w wielu miejscach poucza nas, że autorytatywne Słowo Boże można znaleźć w Kościele: w jego tradycji (2 Tes 2,15; 3,6), przepowiadaniu i nauczaniu (l P 1,25; 2 P 1,20-21; Mt 18,17). Dlatego uważam, że Biblia potwierdza katolicką zasadę sola verbum Dei: samo Słowo Boże, a nie protestanckie sola scriptura: samo Pismo”.

„Kimberly wciąż miała nadzieję, że pojawi się ktoś, kto spróbuje mnie przekonać. Pewien kalwiński pastor nazwiskiem Wayne zdecydował się z nami spotkać. Po serii czterogodzinnych sesji powiedział jej:

- Papież już niedługo ekskomunikuje Scotta za zbyt daleko posuniętą wierność Pismu Świętemu.

- Jakie są jego słabe punkty?

- Cóż, trudno stwierdzić. Jego argumenty są zgodne z Biblią i teologią przymierza. Ale to przecież nie może być katolicyzm. To niemożliwe”.

„Pod wieczór jednego szczególnie bolesnego dnia zwierzyłam się Scottowi:

– Wiem, że samobójstwo zupełnie nie wchodzi w grę, ale w każdym razie prosiłam dziś Boga o to, by zesłał mi śmiertelną chorobę. Żebym mogła umrzeć i dać sobie spokój z tymi wszystkimi pytaniami. Mógłbyś wtedy znaleźć sobie jakąś miłą katoliczkę i żyć z nią długo i szczęśliwie.

Scott był zdruzgotany, patrząc na moje cierpienie:

– Nie mów tak więcej. Nawet o tym nie myśl! Nie chcę żadnej „miłej katoliczki”. Chcę ciebie.

W mojej duszy zapanowała zima”.


Ode mnie tylko jedno słowo: polecam!

sobota, 12 stycznia 2013

Największa przygoda mego życia



Antoni Gołubiew – Największa przygoda mego życia. Lata nad Bolesławem Chrobrym
(Znak, Kraków 1981)

„Nie chcę tu nadużywać wielkich słów, lecz samotność pisarza jest chyba jedną z większych samotności na świecie; jeśli nie liczyć intymnego obcowania z tworzonymi przezeń osobami, którym – i w tym nie ma chyba żadnej przesady – oddaje on najlepszą cząstkę siebie”.

„Prawdziwe natchnienie to dojrzenie i ukazanie – tylko to! Na jakiej się drodze je odnajdzie – mozolnego trudu czy radosnego olśnienia – jest sprawą właściwie obojętną”.

„Bolesław Chrobry” Gołubiewa był swego czasu niezwykle popularną serią książek opowiadającą bardziej o kształtowaniu się państwa polskiego i rozwijaniu poczucia wspólnoty, narodowości, niż – jak sugerowałby tytuł – o jednym z dawnych władców naszego kraju. Ponoć siła oddziaływania kilkutomowej, nigdy definitywnie niezakończonej powieści była przez kilka pierwszych lat powojennych nieporównywalna z żadną inną powieścią historyczną tego okresu. Propaganda polityczna lat 50. odniosła jednak sukces i dziś Gołubiew jest pisarzem praktycznie zapomnianym, a dzieło jego życia kurzy się i marnieje na bibliotecznych półkach.

„Największa przygoda...” to biograficzne wyznania pisarza poświęcone „Bolesławowi...” – jego genezie, rozwojowi pomysłu, zmianom w świadomości autora, który dopiero z czasem zrozumiał, jaką problematykę pragnie zgłębić i wyłożyć, co chce przekazać czytelnikom i czego pragnie poszukiwać.

Nieznajomość „Bolesława...” może utrudniać nieco czytanie, gdyż autor poświęca wiele miejsca bohaterom, ich postępowaniu, relacjom, uczuciom i zmianom, jakich dokonywał - także już po ukazaniu się książek drukiem. Ponieważ nie znam dzieła życia Gołubiewa, najciekawsze były dla mnie fragmenty opisujące problematykę utworu, która z wolna wyłaniała się niby z oparów mgły w umyśle twórcy, a także jego odpowiedzi na często niesprawiedliwą i zaskakująco chybioną krytykę powieści.

Pisanie to samotność, intymność i dogłębnie przeżywane emocje, których właściwie nie sposób przekazać komuś, kto sam nie przeżył mąk i rozkoszy procesu twórczego. Możliwe jednak, że refleksje Gołubiewa pozwolą czytelnikowi choć odrobinę zrozumieć, jak to się dzieje, że człowiek tak dogłębnie poświęca się pewnej historii, którą snują jego umysł i serce.

piątek, 16 listopada 2012

Kącik okładkowy - 3


Przyznaję, że nie jest to okładka, która może wywołać poczucie niesmaku u przeciętnego czytelnika.

Chyba, że jest on kimś, kto interesuje się rysowaniem i nieobce są mu strony dla artystów. Wtedy od razu przypomną mu się powielane na pewnych portalach, aż do znudzenia, zdjęcia autorstwa Marcusa Ranuma. 



Proszę szczególną uwagę zwrócić na drugie zdjęcie (to z oszczepem) - oto dokładne nogi postaci z okładki, tyle że odwrócone.

Ponieważ, przykładając okładkę do zdjęć pana Ranuma, możemy stwierdzić chociażby to, że materiały pokrywające nogi idealnie pokrywają się z okładką (nawet jeśli idzie o ledwo widoczne zagięcia), a na okładkę załapał się skrawek bielizny modela (identycznie wystający i nawet w tym samym kolorze!), bardzo trudno mi spojrzeć na "dzieło" grafika bez skrzywienia.