poniedziałek, 28 stycznia 2013

Świat jest teatrem


Boris Akunin – Świat jest teatrem
(Świat książki, Warszawa 2012)

Pisałam, że mam już dość Akunina i jego zblazowanego, pretensjonalnego detektywa, ale... musiałam wykorzystać na coś kupon rabatowy z księgarni, a poza tym w książce miał się pojawić wątek Czechowa, który należy do czołówki moich ulubionych pisarzy. A oto dlaczego żałuję zmarnowanego kuponu.

  1. Fandorin nie dość, że jest nudny jak zawsze, to jeszcze się starzeje i ma z tego powodu przemyślenia (też bym się chciała starzeć w takim luksusie, w jakim on walczy z nudą!).
  2. Intryga jest cienka jak naderwana pajęczyna – od razu wytypowałam mordercę z grona podejrzanych, ale jeszcze naiwnie łudziłam się, że autor mnie czymś - czymkolwiek - zaskoczy. Niestety!
  3. Nie ma wątku Czechowa – w tle pojawia się jedynie na mgnienie wdowa po nim (Dzień dobry, jestem wdową po Czechowie, papa!).
  4. W treści pojawia się jeden z najczęściej wykorzystywanych cytatów Szekspira (dał on również tytuł powieści). Tak, to jest wada, ponieważ nie może dzisiejszego człowieka nie mierzić, gdy – dla przykładu – czyta o miłości kochanków z dwóch skłóconych rodów i podsuwa mu się pod nos cytaty z „Romea i Julii”. Aż człowieka skręca! Wiem, że Akunin tworzy łatwe czytadła dla przeciętnego odbiorcy, ale jednak!...
  5. Lwią część książki zajmuje smętny wątek romansowy (zblazowany bogaty, nudny stary kawaler i genialna aktorka dręczona przez męża, który jest jednocześnie bogatym najstarszym synem władcy jednego z chanatów – rzeczywiście! Można się wczuć w ich sytuację!), a nie śledztwo.
  6. Wydawca powinien dostać po łapkach za kompletną ignorancję i całkowitą dowolność w stosowaniu transkrypcji wyrazów japońskich. Efekt jest doprawdy pożałowania godny.

Przyznaję, że „Gambit turecki” czytało mi się zdecydowanie gorzej, ale tam przynajmniej nie krzywiłam się aż tak na samą intrygę.

5/10

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Prawdziwa historia zdradzieckiej zbrodni


„Bliscy przyjaciele stali się dalecy. Rodzina przestała się odzywać i odsunęła się. Jeden z moich przyjaciół z czasów studenckich – gorliwy ewangelik – stał się eks-przyjacielem w ciągu jednego wieczoru.
            Paradoks polegał na tym, że jeszcze nie tak dawno byłem o wiele, wiele bardziej zaciekły w swych antykatolickich poglądach niż większość z nich. W gruncie rzeczy mało kto z nich uważał, że jest wrogo nastawiony do katolików, chociaż nie wywołałoby najmniejszej sensacji, gdybym przyłączył się do luteranów czy metodystów. Ponieważ jednak zostałem katolikiem, traktowano mnie jak trędowatego.
            Nikt nie wyraził chęci rozmowy, nie mówiąc już o debacie teologicznej. Moje motywy nie interesowały nikogo – dopuściłem się rzeczy nie do pomyślenia. Popełniłem straszliwą, zdradziecką zbrodnię”.




Scott i Kimberly Hahn – W domu najlepiej
(Promic, Warszawa 2012)


„– Scott, jeśli zgadzasz się, że mamy do dyspozycji natchnione i nieomylne Słowo Boże w Piśmie Świętym, to czego nam jeszcze potrzeba?

– Doktorze Gerstner – odparłem – nie sądzę, żeby zasadniczy problem leżał w tym, czego nam potrzeba, ale skoro zadał pan to pytanie, wyrażę swoją opinię. Od czasów Reformacji powstało ponad dwadzieścia pięć tysięcy różnych denominacji protestanckich, a jeśli wierzyć ekspertom, obecnie powstaje pięć nowych tygodniowo. Każda z nich głosi, że jest prowadzona przez Ducha Świętego i opiera się na prostej prawdzie Biblii. Bóg widzi, że potrzebujemy czegoś więcej.

Na chwilę zapadła głęboka cisza.

– Chodzi mi o to, doktorze Gerstner – kontynuowałem - że gdy nasi Ojcowie założyciele dali nam konstytucję, nie ograniczyli się jedynie do dania nam spisu naszych praw i obowiązków. Czy może pan sobie wyobrazić, co działoby się dzisiaj, gdyby pozostawili nam sam dokument, nawet tak doskonały jak ten, wraz z błogosławieństwem typu: „Niech duch Waszyngtona prowadzi każdego z naszych obywateli”? Zapanowałaby anarchia – czyli mniej więcej to, z czym mamy do czynienia wśród protestantów, gdy idzie o jedność Kościoła. Dlatego nasi Ojcowie założyciele dali nam coś jeszcze prócz konstytucji – dali nam rząd, składający się z Prezydenta, Kongresu i Sądu Najwyższego, których zadaniem jest interpretowanie konstytucji i wcielanie jej w życie. A jeśli coś takiego jest niezbędne dla potrzeb takiego kraju jak nasz, to o ile bardziej dla zarządzania Kościołem o zasięgu światowym. Dlatego właśnie ja osobiście zaczynam podejrzewać, że Chrystus pozostawił nam coś więcej niż Księgę i swego Ducha. Prawdę mówiąc, w Ewangelii nie znajdziemy nawet wzmianki o tym, aby On sam pisał cokolwiek do swoich apostołów; zresztą także wśród nich liczba autorów ksiąg włączonych do Nowego Testamentu nie sięga nawet połowy. Znajdziemy natomiast słowa Chrystusa, wypowiedziane do Piotra: „Na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16,18). Wydaje mi się więc logiczne, że Jezus pozostawił nam Kościół – złożony z papieża, biskupów i soborów – którego zadaniem jest interpretowanie Pisma Świętego i wcielanie go w życie.

Doktor Gerstner przez chwilę rozmyślał w ciszy.

– To bardzo ciekawe, Scott – powiedział wreszcie – ale mówiłeś, zdaje się, że twoim zdaniem, nie tu leży zasadniczy problem? Na czym więc, według ciebie, on polega?

– Doktorze Gerstner, sądzę, że sprawą najistotniejszą jest to, co o Słowie Bożym mówi Biblia, gdyż nigdzie nie ogranicza ona Słowa Bożego jedynie do Pisma Świętego. Wręcz przeciwnie, w wielu miejscach poucza nas, że autorytatywne Słowo Boże można znaleźć w Kościele: w jego tradycji (2 Tes 2,15; 3,6), przepowiadaniu i nauczaniu (l P 1,25; 2 P 1,20-21; Mt 18,17). Dlatego uważam, że Biblia potwierdza katolicką zasadę sola verbum Dei: samo Słowo Boże, a nie protestanckie sola scriptura: samo Pismo”.

„Kimberly wciąż miała nadzieję, że pojawi się ktoś, kto spróbuje mnie przekonać. Pewien kalwiński pastor nazwiskiem Wayne zdecydował się z nami spotkać. Po serii czterogodzinnych sesji powiedział jej:

- Papież już niedługo ekskomunikuje Scotta za zbyt daleko posuniętą wierność Pismu Świętemu.

- Jakie są jego słabe punkty?

- Cóż, trudno stwierdzić. Jego argumenty są zgodne z Biblią i teologią przymierza. Ale to przecież nie może być katolicyzm. To niemożliwe”.

„Pod wieczór jednego szczególnie bolesnego dnia zwierzyłam się Scottowi:

– Wiem, że samobójstwo zupełnie nie wchodzi w grę, ale w każdym razie prosiłam dziś Boga o to, by zesłał mi śmiertelną chorobę. Żebym mogła umrzeć i dać sobie spokój z tymi wszystkimi pytaniami. Mógłbyś wtedy znaleźć sobie jakąś miłą katoliczkę i żyć z nią długo i szczęśliwie.

Scott był zdruzgotany, patrząc na moje cierpienie:

– Nie mów tak więcej. Nawet o tym nie myśl! Nie chcę żadnej „miłej katoliczki”. Chcę ciebie.

W mojej duszy zapanowała zima”.


Ode mnie tylko jedno słowo: polecam!

sobota, 12 stycznia 2013

Największa przygoda mego życia



Antoni Gołubiew – Największa przygoda mego życia. Lata nad Bolesławem Chrobrym
(Znak, Kraków 1981)

„Nie chcę tu nadużywać wielkich słów, lecz samotność pisarza jest chyba jedną z większych samotności na świecie; jeśli nie liczyć intymnego obcowania z tworzonymi przezeń osobami, którym – i w tym nie ma chyba żadnej przesady – oddaje on najlepszą cząstkę siebie”.

„Prawdziwe natchnienie to dojrzenie i ukazanie – tylko to! Na jakiej się drodze je odnajdzie – mozolnego trudu czy radosnego olśnienia – jest sprawą właściwie obojętną”.

„Bolesław Chrobry” Gołubiewa był swego czasu niezwykle popularną serią książek opowiadającą bardziej o kształtowaniu się państwa polskiego i rozwijaniu poczucia wspólnoty, narodowości, niż – jak sugerowałby tytuł – o jednym z dawnych władców naszego kraju. Ponoć siła oddziaływania kilkutomowej, nigdy definitywnie niezakończonej powieści była przez kilka pierwszych lat powojennych nieporównywalna z żadną inną powieścią historyczną tego okresu. Propaganda polityczna lat 50. odniosła jednak sukces i dziś Gołubiew jest pisarzem praktycznie zapomnianym, a dzieło jego życia kurzy się i marnieje na bibliotecznych półkach.

„Największa przygoda...” to biograficzne wyznania pisarza poświęcone „Bolesławowi...” – jego genezie, rozwojowi pomysłu, zmianom w świadomości autora, który dopiero z czasem zrozumiał, jaką problematykę pragnie zgłębić i wyłożyć, co chce przekazać czytelnikom i czego pragnie poszukiwać.

Nieznajomość „Bolesława...” może utrudniać nieco czytanie, gdyż autor poświęca wiele miejsca bohaterom, ich postępowaniu, relacjom, uczuciom i zmianom, jakich dokonywał - także już po ukazaniu się książek drukiem. Ponieważ nie znam dzieła życia Gołubiewa, najciekawsze były dla mnie fragmenty opisujące problematykę utworu, która z wolna wyłaniała się niby z oparów mgły w umyśle twórcy, a także jego odpowiedzi na często niesprawiedliwą i zaskakująco chybioną krytykę powieści.

Pisanie to samotność, intymność i dogłębnie przeżywane emocje, których właściwie nie sposób przekazać komuś, kto sam nie przeżył mąk i rozkoszy procesu twórczego. Możliwe jednak, że refleksje Gołubiewa pozwolą czytelnikowi choć odrobinę zrozumieć, jak to się dzieje, że człowiek tak dogłębnie poświęca się pewnej historii, którą snują jego umysł i serce.

piątek, 16 listopada 2012

Kącik okładkowy - 3


Przyznaję, że nie jest to okładka, która może wywołać poczucie niesmaku u przeciętnego czytelnika.

Chyba, że jest on kimś, kto interesuje się rysowaniem i nieobce są mu strony dla artystów. Wtedy od razu przypomną mu się powielane na pewnych portalach, aż do znudzenia, zdjęcia autorstwa Marcusa Ranuma. 



Proszę szczególną uwagę zwrócić na drugie zdjęcie (to z oszczepem) - oto dokładne nogi postaci z okładki, tyle że odwrócone.

Ponieważ, przykładając okładkę do zdjęć pana Ranuma, możemy stwierdzić chociażby to, że materiały pokrywające nogi idealnie pokrywają się z okładką (nawet jeśli idzie o ledwo widoczne zagięcia), a na okładkę załapał się skrawek bielizny modela (identycznie wystający i nawet w tym samym kolorze!), bardzo trudno mi spojrzeć na "dzieło" grafika bez skrzywienia.

środa, 14 listopada 2012

Kuzyn Pons



Honore de Balzac – Kuzyn Pons
(Zielona Sowa, 2009)

Trudność, jaką może sprawić ta książka, polega na tym, że właściwą akcję – umieranie samotnego, po ludzku przegranego życiowo bohatera i bezwzględną walkę o jego materialny dorobek - tworzy prawie sam koniec powieści. Problem w tym, że nie ma pełnego i żywego dramatu tych wydarzeń bez ponad stustronicowego, nieraz – zdawać się może – nazbyt drobiazgowego wprowadzenia w ów świat dziewiętnastowiecznego Paryża, w którym przychodzi nam widzieć kres smutnego życia tytułowego kuzyna Ponsa, starego, brzydkiego muzyka, żyjącego w ubóstwie, którego wstydzą się krewni, a który – ku ich zdumieniu i na jego własne cierpienie – okazuje się być posiadaczem wspaniałej kolekcji dzieł sztuki. To owo tęgie „wprowadzenie” wymaga skupienia – Balzaca z pewnością nie czyta się tak gładko, łatwo i przyjemnie, jak zawsze wspaniale klarownego, wręcz ujmująco banalnego Maupassanta.

Dla cierpliwych czytelników. Ja w każdym razie zrobię sobie przerwę przed „Kuzynką Bietką”.

***

P.S. Dodałam ważne uzupełnienie do wpisu "Coehlo - dlaczego go nie czytam".

czwartek, 1 listopada 2012

Słówko o tłumaczeniach tytułów



Czytam sobie właśnie nowe wydanie powieści Maupassanta, które ze względu na hollywoodzką ekranizację nie tylko straszy niejakim Pattinsonem na okładce (który tak się nadaje do tej roli, jak ja na linoskoczka), ale też – podążając za polskim wydaniem filmu - niemile zgrzyta bezsensownym tytułem: zamiast „Bel Ami” otrzymujemy bowiem koszmarek w postaci „Uwodziciela. Bel Ami”. Co daje mi pretekst do spisania krótkiej notki na temat tłumaczeń tytułów.

Najpierw rozprawmy się z samą powieścią. „Bel Ami” oznacza „Piękny Przyjaciel” i tak powinniśmy tłumaczyć ten tytuł. Ponieważ jednak, przyznaję, nie brzmi to zbyt naturalnie (a pada w książce całkiem często), nie dziwi mnie, że stare wydania polskie wychodziły bez tłumaczenia jako „Bel Ami” właśnie. Co prawda nie wiem, czy w tamtych wydaniach przetłumaczono ów przydomek w samym tekście, ale osobiście pozostawiłabym go bez tłumaczenia  (sugerując się zwiastunem, widzę, że tak najwyraźniej postąpili twórcy filmu, co ma swój urok), dając jedynie przypis w pierwszym miejscu, w którym przezwisko owo pada.



W najnowszym wydaniu „Bel Ami” przetłumaczono jako „Piękny Pan”. Co nie jest samo w sobie złe, bo z pewnością brzmi to lepiej po polsku, gdy pada z ust wielu postaci różnej płci i wieku. Idiotyzmem jest jednak nie zmieniać w takiej sytuacji tytułu na owego „Pięknego Pana”.

Reguła co do tłumaczenia tytułów jest banalnie prosta – tytuł pozostawiamy bez tłumaczenia, jeśli jest on zapisany w innym języku niż rodzimy język autora. Więc jeśli ja jako Polka wydałabym książkę o tytule: „Once upon a time”, to tłumacze obcojęzyczni powinni pozostawić ów tytuł bez zmian.

Wyjątkami są zwroty utarte i powszechnie znane. Przykładowo: nawet jeżeli autor byłby Francuzem, polski tłumacz nie potrzebowałby szukać odpowiednika słów hipotetycznego tytułu „Faux pas”.

Wyjątki mogą dotyczyć też samej estetyki. Ponieważ dosłowne tłumaczenie przydomka „Bel Ami” nie miałoby tej naturalności, z jaką zwracają się do bohatera inne postaci, można w podobnym przypadku przymknąć oko i pozostawić zwrot (a zatem i tytuł) bez zmian.

Najgorzej, gdy tłumacz chce myśleć za czytelnika – tak było na przykład przy tłumaczeniu powieści Endo pt. „Szaleniec”, gdzie tłumacz – uważając chyba czytelników za niezbyt rozgarniętych i mało wrażliwych na treść książki – niepotrzebnie dodał do tytułu znak zapytania, co razi równi mocno jak zupełnie psujący odbiór i bezsensowny „Uwodziciel. Bel Ami”.

wtorek, 30 października 2012

Kącik okładkowy - 2

Najwięcej okładkowych koszmarków przytrafia się książkom dla dzieci. "Księga dżungli" zbiera wyjątkowe duże żniwo. Największy grzech wydawców (oprócz niedoceniania dzieła Kiplinga i zatrudniania wyjątkowo miernych grafików, rzecz jasna) to bezczelne i zastanawiająco bezwstydne wzorowanie się/ściąganie/przerysowywanie/kopiowanie postaci z ekranizacji Disneya (która - nota bene - ma się tak do pierwowzoru jak pięść do oka). Mogłabym zaprezentować naprawdę sporą liczbę okładek, którymi skrzywdzono tę wspaniałą książkę, ale kącik ma służyć okładkom zdecydowanie wyróżniającym się, a nie tym ledwie miernym. Istnieją dwie takie okładki, które niewątpliwie zasługują na napiętnowanie.


Pomijam już bezwstydne kopiowanie z różnych kreskówek (choć te ptaszki a'la Disney rażą po oczach aż do bólu), bo to jest, niestety!, przywara większości okładek książek dla dzieci. Zastanawiające jest jednak, jak wiele osób w wydawnictwie musi cierpieć na postępującą ślepotę (bo brak gustu jest ewidentny), skoro wielki napis "Księga DŻUNGLI" nic a nic nie kłócił im się z tłem, które równie dobrze mogłoby służyć za alpejski krajobraz.

Ale i tak muszę przyznać, że dopiero druga okładka prawie wyrwała mnie z kapci.


Spójrzcie na tę minę! - do biednego miśka jeszcze nie dotarło - podobnie jak do szeregu osób zatrudnionych w wydawnictwie -  że to już nie są Chiny.

poniedziałek, 29 października 2012

Kącik okładkowy - 1


Rozpoczynam na blogu kącik okładkowy. Będę tu prezentować okładki, które wywarły na mnie jakieś szczególnie dobre wrażenie bądź - co bardziej prawdopodobne - które wyróżniają się zdecydowanie na niekorzyść.

W pierwszej odsłonie kącika pragnę przedstawić okładkę książki Keitha Sparrowa „Mega manga: Kompletny podręcznik rysowania mangi”. Godny uwagi jest bezwstyd samego autora, jak i ignorancja wydawców, którzy pozwalają, by marnowano papier na podobne potworki.