piątek, 16 listopada 2012

Kącik okładkowy - 3


Przyznaję, że nie jest to okładka, która może wywołać poczucie niesmaku u przeciętnego czytelnika.

Chyba, że jest on kimś, kto interesuje się rysowaniem i nieobce są mu strony dla artystów. Wtedy od razu przypomną mu się powielane na pewnych portalach, aż do znudzenia, zdjęcia autorstwa Marcusa Ranuma. 



Proszę szczególną uwagę zwrócić na drugie zdjęcie (to z oszczepem) - oto dokładne nogi postaci z okładki, tyle że odwrócone.

Ponieważ, przykładając okładkę do zdjęć pana Ranuma, możemy stwierdzić chociażby to, że materiały pokrywające nogi idealnie pokrywają się z okładką (nawet jeśli idzie o ledwo widoczne zagięcia), a na okładkę załapał się skrawek bielizny modela (identycznie wystający i nawet w tym samym kolorze!), bardzo trudno mi spojrzeć na "dzieło" grafika bez skrzywienia.

środa, 14 listopada 2012

Kuzyn Pons



Honore de Balzac – Kuzyn Pons
(Zielona Sowa, 2009)

Trudność, jaką może sprawić ta książka, polega na tym, że właściwą akcję – umieranie samotnego, po ludzku przegranego życiowo bohatera i bezwzględną walkę o jego materialny dorobek - tworzy prawie sam koniec powieści. Problem w tym, że nie ma pełnego i żywego dramatu tych wydarzeń bez ponad stustronicowego, nieraz – zdawać się może – nazbyt drobiazgowego wprowadzenia w ów świat dziewiętnastowiecznego Paryża, w którym przychodzi nam widzieć kres smutnego życia tytułowego kuzyna Ponsa, starego, brzydkiego muzyka, żyjącego w ubóstwie, którego wstydzą się krewni, a który – ku ich zdumieniu i na jego własne cierpienie – okazuje się być posiadaczem wspaniałej kolekcji dzieł sztuki. To owo tęgie „wprowadzenie” wymaga skupienia – Balzaca z pewnością nie czyta się tak gładko, łatwo i przyjemnie, jak zawsze wspaniale klarownego, wręcz ujmująco banalnego Maupassanta.

Dla cierpliwych czytelników. Ja w każdym razie zrobię sobie przerwę przed „Kuzynką Bietką”.

***

P.S. Dodałam ważne uzupełnienie do wpisu "Coehlo - dlaczego go nie czytam".

czwartek, 1 listopada 2012

Słówko o tłumaczeniach tytułów



Czytam sobie właśnie nowe wydanie powieści Maupassanta, które ze względu na hollywoodzką ekranizację nie tylko straszy niejakim Pattinsonem na okładce (który tak się nadaje do tej roli, jak ja na linoskoczka), ale też – podążając za polskim wydaniem filmu - niemile zgrzyta bezsensownym tytułem: zamiast „Bel Ami” otrzymujemy bowiem koszmarek w postaci „Uwodziciela. Bel Ami”. Co daje mi pretekst do spisania krótkiej notki na temat tłumaczeń tytułów.

Najpierw rozprawmy się z samą powieścią. „Bel Ami” oznacza „Piękny Przyjaciel” i tak powinniśmy tłumaczyć ten tytuł. Ponieważ jednak, przyznaję, nie brzmi to zbyt naturalnie (a pada w książce całkiem często), nie dziwi mnie, że stare wydania polskie wychodziły bez tłumaczenia jako „Bel Ami” właśnie. Co prawda nie wiem, czy w tamtych wydaniach przetłumaczono ów przydomek w samym tekście, ale osobiście pozostawiłabym go bez tłumaczenia  (sugerując się zwiastunem, widzę, że tak najwyraźniej postąpili twórcy filmu, co ma swój urok), dając jedynie przypis w pierwszym miejscu, w którym przezwisko owo pada.



W najnowszym wydaniu „Bel Ami” przetłumaczono jako „Piękny Pan”. Co nie jest samo w sobie złe, bo z pewnością brzmi to lepiej po polsku, gdy pada z ust wielu postaci różnej płci i wieku. Idiotyzmem jest jednak nie zmieniać w takiej sytuacji tytułu na owego „Pięknego Pana”.

Reguła co do tłumaczenia tytułów jest banalnie prosta – tytuł pozostawiamy bez tłumaczenia, jeśli jest on zapisany w innym języku niż rodzimy język autora. Więc jeśli ja jako Polka wydałabym książkę o tytule: „Once upon a time”, to tłumacze obcojęzyczni powinni pozostawić ów tytuł bez zmian.

Wyjątkami są zwroty utarte i powszechnie znane. Przykładowo: nawet jeżeli autor byłby Francuzem, polski tłumacz nie potrzebowałby szukać odpowiednika słów hipotetycznego tytułu „Faux pas”.

Wyjątki mogą dotyczyć też samej estetyki. Ponieważ dosłowne tłumaczenie przydomka „Bel Ami” nie miałoby tej naturalności, z jaką zwracają się do bohatera inne postaci, można w podobnym przypadku przymknąć oko i pozostawić zwrot (a zatem i tytuł) bez zmian.

Najgorzej, gdy tłumacz chce myśleć za czytelnika – tak było na przykład przy tłumaczeniu powieści Endo pt. „Szaleniec”, gdzie tłumacz – uważając chyba czytelników za niezbyt rozgarniętych i mało wrażliwych na treść książki – niepotrzebnie dodał do tytułu znak zapytania, co razi równi mocno jak zupełnie psujący odbiór i bezsensowny „Uwodziciel. Bel Ami”.

wtorek, 30 października 2012

Kącik okładkowy - 2

Najwięcej okładkowych koszmarków przytrafia się książkom dla dzieci. "Księga dżungli" zbiera wyjątkowe duże żniwo. Największy grzech wydawców (oprócz niedoceniania dzieła Kiplinga i zatrudniania wyjątkowo miernych grafików, rzecz jasna) to bezczelne i zastanawiająco bezwstydne wzorowanie się/ściąganie/przerysowywanie/kopiowanie postaci z ekranizacji Disneya (która - nota bene - ma się tak do pierwowzoru jak pięść do oka). Mogłabym zaprezentować naprawdę sporą liczbę okładek, którymi skrzywdzono tę wspaniałą książkę, ale kącik ma służyć okładkom zdecydowanie wyróżniającym się, a nie tym ledwie miernym. Istnieją dwie takie okładki, które niewątpliwie zasługują na napiętnowanie.


Pomijam już bezwstydne kopiowanie z różnych kreskówek (choć te ptaszki a'la Disney rażą po oczach aż do bólu), bo to jest, niestety!, przywara większości okładek książek dla dzieci. Zastanawiające jest jednak, jak wiele osób w wydawnictwie musi cierpieć na postępującą ślepotę (bo brak gustu jest ewidentny), skoro wielki napis "Księga DŻUNGLI" nic a nic nie kłócił im się z tłem, które równie dobrze mogłoby służyć za alpejski krajobraz.

Ale i tak muszę przyznać, że dopiero druga okładka prawie wyrwała mnie z kapci.


Spójrzcie na tę minę! - do biednego miśka jeszcze nie dotarło - podobnie jak do szeregu osób zatrudnionych w wydawnictwie -  że to już nie są Chiny.

poniedziałek, 29 października 2012

Kącik okładkowy - 1


Rozpoczynam na blogu kącik okładkowy. Będę tu prezentować okładki, które wywarły na mnie jakieś szczególnie dobre wrażenie bądź - co bardziej prawdopodobne - które wyróżniają się zdecydowanie na niekorzyść.

W pierwszej odsłonie kącika pragnę przedstawić okładkę książki Keitha Sparrowa „Mega manga: Kompletny podręcznik rysowania mangi”. Godny uwagi jest bezwstyd samego autora, jak i ignorancja wydawców, którzy pozwalają, by marnowano papier na podobne potworki.



środa, 17 października 2012

Pisarze jednej książki



Olga Romańska – Malina – Pisarze jednej książki
(PWN, Warszawa; Bielsko-Biała, 2011)

Spodziewałam się czegoś innego po tej książce. Jest ona ni mniej, ni więcej tylko małym, niezbyt zgrabnym zbiorem „notek” prezentującym garstkę wybranych przez autorkę pisarzy, a nie – na co liczyłam – refleksją nad pozostawionymi przez nich dziełami. Chociaż autorka używa czasem słowa „refleksja”, w jej przypadku sprowadza się ona do podania jednego czy dwóch cytatów zaczerpniętych z tego-a-tego biografa, brak tu jakiejkolwiek analizy czy choćby zakreślenia przestrzeni rozważań. Czytałam „Boską komedię”, ale nie wiem, o czym traktują inne utwory Dantego, ani dlaczego właściwie są one nieznane. Jeżeli wszystkie książki Bułhakowa stoją na wysokim poziomie literackim, dlaczego nikt nie próbuje ich jakoś wypromować (i sprzedać), podczepiając się pod zawsze popularnego „Mistrza i Małgorzatę”? – takich właśnie rozważań oczekiwałam i na takie pytania liczyłam. Poza tym trochę to bez sensu poruszać przypadek Christiane F. (sama autorka przyznaje, że jej status jako pisarki jest mocno wątpliwy), natomiast zupełnie ignorować chociażby Joyce’a, który wydaje się być znanym znakomitej większości czytelników wyłącznie z jednej książki, a który wszak uważał – wbrew wielce nieprzychylnej recepcji – że stworzył coś o wiele lepszego od "Ulissesa". Dlaczego też przy wyjątkowo nieciekawej notce o Huxleyu nie ma ani słowa o bardzo prawdopodobnym splagiatowaniu powieści polskiego pisarza – Moczarskiego? Poza wszystkim wolałabym trochę więcej treści (albo chociaż zgrabniejszej, wygodniejszej oprawy), zamiast zdjęć zajmujących całą lub prawie całą stronę.

środa, 10 października 2012

Kolejka książek


Kilka z czekających na przeczytanie pozycji, które uzbierały się na półce. Nie wiem, o czym myślą ludzie, gdy fantazjują sobie, na co by wydali milion złotych wygranych w loterii, ale u mnie przede wszystkim pojawia się wyobrażenie wielkiej biblioteki.

poniedziałek, 8 października 2012

Podręcznik projektantów logo



Gareth Hardy – Podręcznik projektantów logo. Smashing magazine
(Helion, Gliwice 2012)

Sięgnęłam po tę książkę jako kompletny laik i... okazało się, że wcale takim laikiem nie jestem. Podręcznik nie zawiera bowiem niczego, na co nie wpadłby rozsądny człowiek, gdyby przyszło mu do głowy zaprojektować logo. Fakt, że nie każdy układ elementów graficznych dobrze się prezentuje, czy też to, że trzeba zastanowić się nad doborem kolorów, stanowczo nie są „poradami” wartymi 60 złotych. Jedną trzecią tekstu zajmuje prezentacja różnych logo, ale za te pieniądze wolałabym kupić album w całości im poświęcony. Nie mam pojęcia komu mogłaby się przydać ta książka.

Nie polecam.