czwartek, 7 czerwca 2012

Kościół a ewolucja


„Darwin pisał w O powstawaniu gatunków: „Gdyby można było wykazać, że istnieje jakikolwiek narząd złożony, który nie mógłby powstać drogą licznych następujących po sobie drobnych przekształceń – moja teoria musiałaby absolutnie upaść”. Współczesna biochemia znalazła przykłady wielu takich narządów.”




Michał Chaberek OP – Kościół a ewolucja
(Fronda, Warszawa 2012)

Jedną z rzeczy, za które nienawidzę systemu edukacji, jest to, że wpaja on nam całkowicie wypaczony obraz świata. Na przykład - wychodzi się ze szkoły z pojęciem, że Rousseau, Wolter czy Luter byli wybitnymi myślicielami i ogólnie godnymi szacunku ludźmi. I dopiero własnym wysiłkiem musi człowiek się o tym przekonywać, że Rousseau był mętem moralnym, Wolter intelektualną i literacką prostytutką, zaś Luter nazywał rozum ludzki „kur...” (!) i twierdził, że kobiety nie nadają się do niczego więcej, jak rodzenie dzieci i umieranie w połogu.

Podobnie rzecz się ma z teorią ewolucji – człowiek opuszcza szkołę z przeświadczeniem, że ma ona w nauce status niemal równy prawu grawitacji i w ogólnej części fakty za nią przemawiające nie podlegają dyskusji. Tymczasem to właśnie fakty i naukowe dowody pogrążają teorię ewolucji. Najśmieszniejsze, że sam Darwin pozostawił nam parę wytycznych co do tego, co pozwoliłoby rzucić wszystkie jego spekulacje (sic!) w diabły. Mimo jednak, że nauka posiada dowody i fakty, których ni jak nie da się pogodzić z teorią ewolucji w skali makro (bo czym innym jest mikro-ewolucja, czyli potwierdzone dostosowywanie osobników do zmiennych warunków), społeczeństwo znajduje się pod władzą terroru ewolucjonistycznego, który srogo piętnuje wszelkie oznaki samodzielnego, zdroworozsądkowego myślenia. (A zatem „obrońcy” Darwina – ignorując jego własne zastrzeżenia -  mają kompletnie w nosie samego Darwina i cały jego dorobek).

Sama pisałam na tym blogu, jak mało wiemy o Darwinie i ewolucji, ale nawet przy czytaniu książki „Darwin i chrześcijaństwo”, choć miałam świadomość, że teoria ewolucji kuleje, nie przypuszczałam, że jest ona aż tak ułomna, dziurawa i opierająca się w gruncie rzeczy na spekulacjach, jeśli nie na czystych wytworach wyobraźni! Nie przyszło mi też na myśl, że argumentacja samego Darwina opiera się na strukturze błędnego koła (odwoływanie się do doboru jako do jego przyczyny), a kolejne problemy mnożą się wraz z rozwojem nauk. Weźmy na przykład „przypadek” i „mutacje” – fundamenty darwinizmu, rzekomych sprawców naszego istnienia i istnienia życia w ogóle. Badania bezsprzecznie dowodzą, że „na drodze przypadkowych mutacji nie da się wytworzyć nawet najprostszej funkcjonalnej proteiny. Proteiny zaś są podstawowym budulcem maszynerii komórkowej”. „Uogólniając te odkrycia, stanowiące efekt postępu nauki na przestrzeni zaledwie kilkunastu ostatnich lat, można stwierdzić, że mechanizmy darwinowskie działają w rzeczywistości, ale ich możliwości zostały dalece wyolbrzymione przez ideologicznych zwolenników darwinizmu. W rzeczywistości bowiem napotykają niepokonalne trudności na każdym poziomie budowy organizmów: nie mogą wywołać powstawania funkcjonalnych protein, nie potrafią wywołać powstania zupełnie nowych funkcjonalnych genów, nie wyjaśniają, skąd bierze się zakodowana informacja w łańcuchach DNA. Na wyższym poziomie – nie mogą wywołać powstania narządów nieredukowalnie złożonych obecnych w każdej komórce. (...) Na podstawie tych badań naukowcy skonstruowali cztery grupy argumentów podważających dotychczasowe mechanizmy ewolucji: 1. Informacyjny charakter DNA; 2. Istnienie systemów nieredukowalnie złożonych; 3. Niemożliwość ewolucji protein; 4. Niemożność wspólnego pochodzenia”. Innym problem stanowi brak dowodów małych zmian, na których opierać ma się ewolucja: „Przede wszystkim nie znaleziono ogniw pośrednich między poszczególnymi gatunkami w zapisie kopalnym. Duże grupy organizmów pojawiały się nagle (jakby znikąd) i następnie trwały przez wiele milionów lat w niezmiennej postaci (staza). Taki stan zapisu kopalnego przeczył teorii mówiącej o stopniowym wyłanianiu się gatunków od jednego wspólnego przodka”. Innym ciosem dla teorii jest fakt, że „materiał genetyczny w rozwoju osobniczym nie zmienia się, tylko pomnaża”. Im dalej w las, tym problemy narastają (takim jest np. dwunożność człowieka – zgodnie z teorią ewolucji rozwój powinien przechodzić od dwunożności do czteronożności).

Dzięki działaniom kręgów proewolucyjnych dyskusja opiera się dziś na pytaniu – czy wiara oparta na Biblii dopuszcza ewolucję (pomijam tu ewolucjonizm ateistyczny, który w ogóle jest jedną wielką negacją rozumu i doświadczenia), chociaż jedyna prawdziwa dyskusja powinna się sprowadzać do pytania: czy ewolucję da się potwierdzić naukowo? Tymczasem nawet Komisja Teologiczna odpowiedzialna za pewien opisywany w książce Chaberka dokument wyszła z błędnego założenia, że ewolucja jest już faktem dowiedzionym i niemal wytłumaczonym (choć właśnie o to chodzi, że nie wytłumaczono nic!) i próbowała na tym fałszywym przekonaniu dopasować prawdę objawioną do wymogów „nauki”, co dzisiaj powtarza aż do znudzenia cały szereg osób duchownych, przekonując – m.in. w licznych publikacjach – że wiara i ewolucja nie stoją w sprzeczności, chociaż równie dobrze można by powiedzieć, że wiara i życie krasnoludków w zielonych rajtuzach na trzecim księżycu Saturna nie stoją w sprzeczności (a poważnie: wiara nie stoi też w sprzeczności z teorią płaskiej Ziemi lub z modelem geocentrycznym, ale jak to się ma do nauki i rozumu?). „Teologowie byli więc zasadniczo pewni wspólnego pochodzenia życia od jednego „przodka”, mimo że nie wiedzieli oni – podobnie jak naukowcy – ani jak ten pierwszy organizm powstał, ani czym był. Nie przeszkadzało im to przyjąć, że na pewno istniał, i że inne organizmy pochodzą od niego. Błąd zawarty w tym ujęciu polega na pomieszaniu podobieństwa z pokrewieństwem. Idąc tą drogą wnioskowania, trzeba by przyjąć, że, na przykład, wszystkie domy zbudował jeden architekt, albo wszystkie samochody wytworzyła jedna fabryka, ponieważ mają one wiele podobieństw. Tymczasem owo „genetyczne spokrewnienie”, w które uwierzyli autorzy dokumentu, nie jest wynikiem płynącym z badań, tylko raczej założeniem, z jakim genetycy podeszli do zgromadzonych przez siebie danych”. „Teologowie przyznali, że swoje wnioski opierają raczej na niewiedzy niż wiedzy. Trudno się jednak zgodzić ze stanowiskiem, w którym akceptuje się „jakąś teorię”, choć nie są znane ani jej mechanizmy, ani tempo. W naukach ścisłych to właśnie znajomość mechanizmów stanowi o wartości teorii. Odnośnie do powstania człowieka autorzy dokumentu uznali jako przekonujące argumenty za pojawieniem się gatunków ludzkich w Afryce ok. 150 tys. lat temu. I w tym punkcie trudno się zgodzić, skoro znane są ślady w pełni rozwiniętych ludzi sprzed ponad półtora miliona lat”.

Michał Chaberek stawia dwie tezy w swojej książce: po pierwsze, że dzisiejszy Kościół nie zajął jednoznacznego stanowiska wobec teorii ewolucji; po drugie – że Kościół „przynajmniej do połowy XX wieku posiadał spójne i jasno wyartykułowane (choć nie na poziomie dogmatycznym) stanowisko na temat bezpośredniego stworzenia człowieka tak co do duszy, jak i ciała”. Chociaż wydawać by się mogło, że z tego względu książka powinna zainteresować głównie katolików, ja jednak doradzam, by zajrzeli do niej wszyscy, którzy w mniejszym czy większym stopniu w ogóle interesują się problemem ewolucji (a w szerszym ujęciu kwestią racjonalności świata) – autor tłumaczy m.in. czym się różni kreacjonizm od teistycznego ewolucjonizmu i czym jest teoria inteligentnego projektu, rekonstruuje także spór między kreacjonizmem i ewolucjonizmem. Książka jest fascynującą lekturą, od której oderwać się przychodzi trudniej niż od najlepszego kryminału. Wyrażam wielką wdzięczność dla doktora Chaberka, że zdecydował się popełnić tę krytyczną pracę naukową – to wspaniała, wyjątkowa, godna polecenia pozycja!

Błąd komisarza Palmu



Mika Waltari – Błąd komisarza Palmu
(Wydawnictwo Literackie, 2011)

Bezpretensjonalny, nie pozbawiony humoru, bardzo zgrabnie napisany kryminał z ciekawą intrygą i budzącym sympatię detektywem w roli głównej. Wreszcie książka, która zawiera to, co tak lubię w Poirocie (zwłaszcza jeśli idzie o serial) – wyższe sfery, grono intrygujących podejrzanych, cierpliwe zbieranie faktów i spokojną dedukcję, zamiast pościgów, strzelanin i masy trupów. Twórcy detektywa Diamonda i komisarza Montalbano powinni przeczytać tę książkę, a następnie schować się ze wstydu pod kanapą.

8/10

Z dwóch pozostałych kryminałów z komisarzem Palmu można ewentualnie sięgnąć po „Kto zabił panią Skrof?”. Nie polecam jednak „Tak mówią gwiazdy, panie komisarzu” – zdecydowanie najgorszą część cyklu.

Historia twojego życia


Ted Chiang – Historia twojego życia
(Solaris, Stawiguda 2006)


Sądząc po przychylnych recenzjach dla twórczości Teda Chianga i po liczbie nagród, jakie otrzymuje, oraz po tym, jak to jest rzekomo rozchwytywany przez wydawców w Stanach, można by przypuszczać, że jego teksty zrywają papę z dachu i zdejmują człowiekowi kapcie. U mnie doszło co najwyżej do lekkiego uniesienia jednej brwi. Ze zdumienia.

Weźmy takie na przykład opowiadanie „Piekło to nieobecność Boga”. Otrzymało ono trzy najważniejsze nagrody, o jakich zamarzyć może pisarz fantasta – Nebulę, Hugo i Locusa. Za co? Nie mam najmniejszego pojęcia. Przypuszczam, że z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu, Amerykanom wydał się nad wyraz świeży pomysł boga, który posyła ludzi to do piekła, to do nieba, nie kierując się absolutnie niczym li tylko swą całkowitą swobodą. No więc, cóż w tym odkrywczego? Przecież to dokładny obraz Allaha przedstawiony w jednej z muzułmańskich nauk tłumaczących całkowitą wolność Absolutu (pouczenie to zostało przytoczone chociażby w książce „Co tak naprawdę mówi Koran”).

Reszta tekstów też jakoś nie wywiera na mnie wrażenia obcowania z czymś nowym i niespotykanym – w „Wieży Babilonu” autor wykorzystał gotową, starotestamentową wizję świata, miast wykreować własną. (Nie żeby to był zły tekst, ale w czym tkwi jego rewelacyjność?) Przy innych opowiadaniach – jak choćby tym o kabalistach, którzy rozpracowują  kod DNA (magia liter), też nie doświadczyłam uczucia: „Och! Że też nikt jeszcze na to nie wpadł!”.

Nie mówię, że teksty Chianga są złe, bo to byłoby nadużycie (fragmenty „Dzielenia przez zero” i „Historii twojego życia” czytało się nadzwyczaj przyjemnie). Po prostu – co tu dużo kryć - po tak entuzjastycznych recenzjach spodziewałam się czegoś o wiele bardziej zajmującego. I odkrywczego. Pierwszym czterem tekstom mogłabym przyznać zbiorczą siódemkę. Pozostałych czterech nie chciało mi się nawet zbyt uważnie czytać.

Duży minus należy się za tłumaczenie. Nie wolno tłumaczyć „exactly” jako „dokładnie”! Należy to przełożyć jako „właśnie (tak)”! Nagminność występowania tego błędu w innych książkach wcale go nie usprawiedliwia.

piątek, 1 czerwca 2012

Coelho - dlaczego go nie czytam



* Paolo Coelho - Alchemik

Miałam koleżankę w liceum, która – jak mniemałam – miała lichy gust literacki. Toteż zdziwiło mnie, że to ona właśnie jako jedyna zauważyła coś, wydawałoby się, oczywistego – powiedziała: „Coelho to filozofia dla ubogich”. Zdaje się, że nie powinniśmy oceniać książek po tym, kto je czyta, bo może się to okazać bardzo niesprawiedliwe, ale nie jest dla mnie bez znaczenia, że najbardziej w klasie zachwycała się nim najzłośliwsza, najbardziej zadufana w sobie dziewczyna, zaś parokrotnie ktoś, kogo oceniłam jako dość ograniczonego intelektualnie, jako swego ulubionego pisarza wymieniał właśnie Coelho.

Powiem od razu – czytałam tylko jedną książkę Coelha, czytałam, bo musiałam (dodatkowe zajęcia z polskiego); pozostał mi po niej wielki niesmak i lata temu cisnęłam ją gdzieś w kąt, aby specjalnie się zgubiła. Nie mam pojęcia, gdzie teraz jest, i nie chcę czytać od tego pana już nic więcej.

W skrócie – „Alchemik” to bajka z przesłaniem, które głosi, że jeśli dążysz do spełnienia swych marzeń, cały kosmos dąży do tego. Gdyby to napisał jakiś hinduski guru, pewnie wzruszyłabym tylko ramionami, ale gdy takie brednie (powielane w swoistych kodeksach „wojowników światła”) są przedstawiane jako objawienie literackie, to wzbierają we mnie mdłości. Bohater pragnie tak bardzo zmienić się w wiatr, że to mu się w końcu udaje. I gdyby pozostawić to na poziomie bajki, czytadełka i nie trąbić na prawo i lewo, że Coelho to geniusz, objawiony wizjoner czy wielki pisarz (!), to nie powiedziałabym ani złego słowa i zwyczajnie zapomniała o tej opowiastce. Napiszę teraz coś bardzo złośliwego, ale trudno się powstrzymać – nikomu, broń Boże, niczego złego w życiu nie życzę, ale zastanawiam się, co by się stało, gdyby pan Genialny Pisarz dostał raka i nie wyzdrowiał. Czy powiedzielibyśmy, że siła jego marzeń nie była dość wielka, by nagiąć kosmos do jego woli?

Książki Coelha powinny się nazywać „Arcymądrości arcyoświeconego: tysiąc porad o miłości, życiu, kosmicznej samorealizacji i pieleniu ogródka”. Całe jego literackie kuglarstwo polega na tworzeniu zdań, które zdają się być esencjami mądrości na kosmiczną skalę, ale które w gruncie rzeczy nie znaczą nic albo mniej niż nic. Co to bowiem znaczy: „Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie?!” Otóż to znaczy ni mniej, ni więcej tylko: „srutu-tutu-pęczek-drutu”. Ani przez chwilę nie zamierzam kwestionować wagi pozytywnego nastawienia (chociaż wierzę, że można dążyć do realizacji marzeń i bez tego) ani wiary w dążeniu do celu, ale gorąco sprzeciwiam się głoszeniu z najwyższą powagą podobnych bełkotów (i tutaj czas na ultrazłośliwość – czy wszechświat sprzysiągł się, by spełnić szczere marzenia wielkich złoczyńców i zbrodniarzy znanych z historii?).

Gdy wpisałam sobie w wyszukiwarkę „Coelho cytaty”, wyskoczyły mi takie „objawienia”: "W życiu bowiem istnieją rzeczy, o które warto walczyć do samego końca", „Świadomość śmierci pobudza do życia” albo: „Czasami zło przychodzi pod maską dobra, lecz jego prawdziwym celem jest szerzenie zła.” Inteligentnemu człowiekowi załamują się w tej chwili ręce i opadają spodnie. Naprawdę? Czy to są naprawdę nowe, genialne mądrości, o których nikt nigdy nie słyszał? Ludzie kochani! – to nawet nie jest zapisane w formie dobrych aforyzmów! Nie ma żadnego powodu, by bawić się w wypisywanie cytatów Coelha, bo ludzie wszystkich wieków ujmowali te sprawy zgrabniej i z o wiele większym talentem!

Trudno nawet powiedzieć, jaka wizja świata wyłania się z „Alchemika” – co to znaczy, że „wszystko jest jednym”? To monizm czy jakiś panteizm? Hinduskie rozbicie bóstwa na wielość, która i tak kiedyś powróci do jedności (i w której ostatecznie wola ludzka nic nie znaczy)? A może to odmawianie światu realności istnienia w duchu hindusko-buddyjskim? „Alchemik” stwarza jedynie pozory uduchowienia, tak jak wokół autora budowana jest aura mędrca głoszącego swe „świetliste prawdy”, świetnie wpisujące się w omamiający bełkot zwolenników New-Age czy magii zwanej jogą (jogin ma w Indiach status czarownika).

Myślałam, że po „Alchemiku” pisarz nie oderwie się już od nurtu pseudofilozoficznego bełkotu, ale z nielicznych krytycznych recenzji reszty jego książek, widzę, że na dobre popadł w postmodernizm (czyli bredzenie o niczym dla samego bredzenia), a do tego przejawiać zaczął jakąś niezdrową fascynację wypaczoną seksualnością – ponoć w „Weronika postanawia umrzeć” kluczowym momentem odmieniającym wszystko na lepsze jest... samogwałt bohaterki (kosmiczne spełnienie ustępuje miejsca czysto zwierzęcemu samozaspokojeniu?). Jeżeli gwałt nigdy nie może być rzeczą dobrą, to tym bardziej samogwałt. Ale najwyraźniej u Coelha nawet coś tak niegodnego istoty rozumnej wpisuje się w magię wszechświata i zmienia ten wszechświat (tylko że to też żadna nowość – magia tantryczna pełna jest rytualnych praktyk seksualnych). Nie można odczytać tego inaczej jak promowania okultyzmu.

Odradzam, odradzam, stanowczo odradzam by zniżać się do książek „wszechmędrca” Coelha!

P.S. (14 XI 2012) Kiedy pisałam tę notkę zabrakło mi ważnej informacji. Mianowicie tej, że Coelho był w młodości zadeklarowanym anarchistą i satanistą. A to stawia jego twórczość w zupełnie nowym, jasnym dla mnie świetle. To nie jest nowoczesne bredzenie zwane literaturą popularną, ale głoszenie starych poglądów w nowej, atrakcyjnej dla niezbyt rozgarniętych czytelników formie - to ni mniej ni więcej tylko uświęcanie wszeteczeństwa, a zatem nakłanianie do wyrzekania się rozumu i godności istoty ludzkiej. Zatem szczerze radzę - nie babrajcie się w owych moralnie-intelektualnych ekskrementach zwanych satanizmem!

Ostatnie objawienie



Joseph Thornborn – „Ostatnie objawienie”
(Rafael, Kraków 2012)

Fani książek sensacyjnych z teoriami spiskowymi i zagadkami historii wpisanymi w fabułę mogli przez chwilę łudzić się, że dostaną jakąś solidną odpowiedź na obrażające rozum ludzki literackie pomyje Dana Browna (zobacz: Oszustwo Kodu Leonarda da Vinci) i dane im będzie przeczytać książkę opartą na konkretnych faktach, a nie wyłącznie na urojeniach i celowym przekłamywaniu. Niestety, „Ostatnie objawienie” nie jest tym, na co czekali.

Książka jest zwyczajnie bardzo mierna pod względem literackim – słaba forma, papierowe postaci, brak umiejętnego rozplanowania fabuły (równie dobrze można by uciąć większość początku i rozpocząć akcję od morderstwa, a nawet później) to jej najdotkliwsze wady. Mnie osobiście raziło zachowanie głównych złych, którzy co rusz wybuchają złowieszczym śmiechem (tak, jest to podkreślone, że chodzi o śmiech „złowieszczy”!) i beztrosko opowiadają sobie nawzajem swe tajne plany przejęcia władzy nad światem. Najgorsza jest zaś pewna literacka zmyłka, która sama w sobie jest chwytem tak żenującym, że aż dziw bierze, iż coś podobnego przeszło w ogóle przez jakąkolwiek redakcję (ostatnio z czymś podobnym spotkałam się jedynie w grze „Heavy Rain”).

poniedziałek, 28 maja 2012

Rakietowe szlaki t.1



Rakietowe szlaki t.I
(Solaris, Stawiguda 2011)

Nie lubię być oszukiwana. A permanentnie czuję się oszukiwana przez wydawców książek – nagminnie obiecują gruszki na wierzbie, a często też – tak jak w tym przypadku – w ogóle nie trzymają się własnych wytycznych. Kiedy bowiem na okładce umieszcza się napis: „antologia klasycznej SF”, to czytelnik ma prawo oczekiwać, że redaktor wie, co podpisze swoim nazwiskiem. Książki są horrendalnie drogie (ta również!), zatem nie fair jest dostarczać odbiorcy coś innego niż to, za co zapłacił. Opatrywanie opowiadania wyjaśnieniem, że nie mieści się ono w definicji gatunku, ale podoba się redaktorowi (!), uważam za kpinę. Jeśli antologia będzie się nazywać: „Ulubione opowiadania pana tego-a-tego dobrane bez ładu i składu”, to nie będę mieć pretensji. Natomiast kiedy płacę ciężkie pieniądze za zbiór klasycznego science-fiction, a dostaję opowiadanie o duchach, wojowniku ninja, kilkuzdaniowy żart i mierny esej o etyce, to mam prawo odczuwać złość, zwłaszcza że pozostałe teksty nie zachwycają.

Podobały mi się „Rejs po promieniu” i pomysł „Człowieka ze swoim czasem”. Przyjemnie czytało się też „Najdłuższy obraz świata” (ach, te puenty rodem ze „Strefy Mroku”!), „Powolne ptaki” czy „Bitwę”. O reszcie opowiadań z pewnością rychło zapomnę.

Co smutne, z pierwszych trzech przeczytanych przeze mnie tomów, ten jest zdecydowanie najlepszy (najgorszy jest tom trzeci – wstyd dać to komuś w prezencie).

środa, 2 maja 2012

Dlaczego najsłynniejszy ateista zmienił swój światopogląd

Jest powód, dla którego Einstein wściekał się, gdy nazywano go ateistą. Przed śmiercią zdążył poznać go również Antony Flew. Ten powód to DOWODY NAUKOWE.


Słynny ateista uwierzył w Boga. Jeden z czołowych ateistów świata wierzy teraz w Boga, powołując się na argumenty o charakterze zasadniczo naukowym”. Pod takim nagłówkiem 9 grudnia 2004 roku agencja Associated Press podała wiadomość, w której pisano: „Brytyjski profesor filozofii, będący od ponad pięćdziesięciu lat jednym z czołowych orędowników ateizmu, zmienił front.” (...)
            Co ciekawe, reakcja kręgów ateistycznych na depeszę AP graniczyła z histerią. Jedna z ateistycznych stron internetowych powołała nawet specjalnego korespondenta, który co miesiąc zamieszczał najnowsze materiały na temat odstępstwa Flew od prawdziwej wiary. W wolnomyślicielskiej blogosferze zaroiło się od niedorzecznych przytyków i sztubackich karykatur. Ludzie, którzy piętnowali inkwizycję i palenie czarownic na stosach, teraz upajali się własnym polowaniem na heretyka. Orędownicy tolerancji okazali się mało tolerancyjni. Najwyraźniej zelanci religijni nie mają monopolu na dogmatyzm, nieokrzesanie, fanatyzm i manię prześladowczą.
            Jednak oszalały tłum nie jest w stanie zmienić przeszłości. A dokonania Flew na niwie ateizmu przewyższają wszystko, co mają do zaproponowania dzisiejsi ateiści”.

„Jeśli chodzi o ocenę „apostazji” Flew, Dawkinsowi zapewne nigdy nie przyszło na myśl, że filozofowie – wielcy czy mniej znani, młodzi czy starzy – zmieniają poglądy kierując się dowodami”.
                        (z Przedmowy)



Anthony Flew – Bóg istnieje. Dlaczego najsłynniejszy ateista zmienił swój światopogląd.
(Fronda, Warszawa 2010)

Chesterton napisał kiedyś: „Kiedy wreszcie przestanę pisać eseje i porzucę złudne miraże rozsądku na rzecz problemów wiecznie aktualnych, jakie są poruszane w tanich romansach, chciałbym przedtem stworzyć ostatnią książkę - gniewną, wściekłą książkę, skierowaną do racjonalistów i żądającą od nich, by przestali być tak kompletnie irracjonalni”, pewien kardynał (pamięć mnie zawodzi który) powiedział zaś: „Mój Boże! W ile rzeczy trzeba wierzyć, żeby być ateistą!”. Wielkim propagandowym osiągnięciem ateistów jest to, że wpoili w społeczeństwo przekonanie, że autentycznie istnieje coś takiego jak spójny, uporządkowany, pełny i racjonalny system ateistyczny, oraz to, że ich ateizm opiera się na czymkolwiek innym niż wiara. Tymczasem, jak to wykazał Tresmontant w „Problemie istnienia Boga”, Sartre, jedyna osoba na świecie, która próbowała stworzyć coś w rodzaju ateizmu absolutnego, mimowolnie wykazała, że całkowity ateizm może równać się jedynie całkowitemu absurdowi, a żaden z dzisiejszych modnych, walczących ateistów (jak Dawkins) nawet nie spróbował podjąć problemu istnienia praw fizyki i podległego im, uporządkowanego, podtrzymującego życie i działającego wedle dającej się poznać umysłem logiki wszechświata (ateistyczny fizyk, który fakt powstania życia kwituje słowami „zdarzył się cud”, może dać do myślenia!).

Smutne jest to, że ludzie powołujący się na rozum i logikę, nie widzą swych własnych błędów logicznych, swego zaślepienia i fanatyzmu. Dawkins, który przyznał, że jego światopogląd opiera się na wierze, nadal uważa kwestię istnienia Boga za problem czysto naukowy, choć nawet pozytywiści nie byli tak głupi, by móc godzić się na podobne sprzeczności. Ignoruje on fakt, że jego własna wiara nie może być podparta żadnym dowodem i bezlitośnie wyśmiewa i atakuje tych, którzy ośmielają się posiadać choć odrobinę odmienne zdanie od niego (ale czego spodziewać się po kimś, kto pracę rzekomo naukową rozpoczyna od słów: „Moim celem jest z każdego człowieka uczynić ateistę” i kto celowo przekłamuje wypowiedzi Einsteina). To właśnie dlatego Chesterton napisał kiedyś o materialiście: „Już dawno doszedł do wniosków, które determinują wszelkie inne wnioski. To nie dowody naukowe sprawiły, że zaakceptował materializm. To materializm zabrania mu akceptować dowody naukowe.” Ja do dziś czekam, i świat też czeka, na jakikolwiek argument tych głośnych „nowych ateistów” przemawiający za ateizmem, który nie będzie błędem logicznym, który nie będzie się miał do prawdziwie logicznej argumentacji jak pięść do nosa, który nie będzie opierał się na wyrywanych z kontekstu wypowiedziach i przeinaczaniu prawdy (przy celowym ignorowaniu niewygodnych kwestii i świadomym przekłamywaniu), słowem – na argument rozumny. I jedno jest pewne – od takich jak Dawkins na pewno się ich nie doczekamy. 

Przejście Anthony'ego Flew do obozu teistów nie jest niczym więcej, jak tylko naturalnym rezultatem osiągnięcia konkluzji w rozumowaniu. Kiedy matematyk osiąga absurdalny wynik, musi dojść do wniosku, że albo popełnił błąd w wyliczeniach, albo że same założenie jest błędne. To byłoby działanie racjonalne; Dawkins i jemu podobni wybrali inną opcję – fanatycznie obstawanie przy swoim. Flew ze swej strony napisał: „Wierzę teraz, że wszechświat powołała do istnienia nieskończona Inteligencja. (...) Dlaczego w to wierzę, skoro przez ponad pół wieku broniłem światopoglądu ateistycznego? Najkrócej mówiąc dlatego, że moim zdaniem taki właśnie obraz świata wyłania się ze współczesnej nauki. (...) Krótko mówiąc, moje odkrycie Boga wynikło z pielgrzymki rozumu, a nie wiary”.

Autor nad wyraz zwięźle przedstawia swą drogę do rozumowego czy intelektualnego odkrycia Boga jako jedynego sensownego wyjaśnienia problemów istnienia wszechświata i uporządkowania materii. Książkę uzupełniają dwa interesujące dodatki – krytyka „nowego ateizmu” Varghese’a i rozmowa Flew o Jezusie z N. T. Wrightem. Dlaczego o Jezusie akurat, skoro autor rozumowo przyjął wiarę w Boga, ale nie wiarę w jakiekolwiek objawienie (bo to dopiero następny krok, jak sam zauważył)? Napisał: „Szczerze mówiąc, uważam, że religia chrześcijańska jest jedyną religią, która w sposób oczywisty zasługuje na szacunek i cześć, niezależnie od tego, czy jej pretensje do tego, że została objawiona przez Boga, są uzasadnione. Żadna inna religia nie ma równie wspaniale uzupełniających się propagatorów jak z jednej strony charyzmatyczny Jezus, z drugiej zaś pierwszorzędny intelektualista św. Paweł. Praktycznie całą pracę intelektualną związaną z interpretacją treści chrześcijaństwa wykonał św. Paweł, człowiek obdarzony znakomitym umysłem filozoficznym, a także potrafiący mówić i pisać we wszystkich liczących się w owym czasie językach. Jeżeli sądzicie, że prawdziwa religia Wszechmocnego dopiero zostanie ustanowiona, to wydaje mi się, że będzie musiała zmierzyć się z chrześcijaństwem”.

Czy małpa może przypadkowo wystukać na klawiaturze sonet Szekspira? Albo – czy wszechświat zmieniony w komputer mógłby go losowo wygenerować? Jak to matematycznie wykazać? O tym dowiecie się z tej książki!

W ogrodzie nocy


Catherynne M.Valente - W ogrodzie nocy
(MAG, Warszawa 2009)

Są takie książki, w których wyczuwamy, że autor nie radzi sobie z narzucanym sobie stylem – np. gdy próbuje sprawić wrażenie, że rozmowa odbywa się w dawnych wiekach, gdzie posługiwano się innymi słowami czy odmienną składnią, ale ponieważ ma o tym mgliste pojęcie, efektem jest rażąca sztuczność. Podobne uczucie towarzyszyło mi przy lekturze pierwszego tomu „Opowieści sieroty” – autorka tak bardzo chciała, by wszystko było tu bajkowe, niezwykłe i fantastyczne, że w rezultacie przesadziła z całą tą cudownością narracji i opisów, racząc nas – między innymi – powracającymi raz po raz niepotrzebnymi porównaniami. Mamy więc na ten przykład księcia, który był jak lew, co „hasa po stepach niczym groźny wiatr” i wyrusza z zamku „jak jastrząb na łowy”, krokami, które były „czarne (???) i bezdźwięczne na sosnowych igłach”. W końcu przyczaił się, by zapolować na gęś, której oczy były „bardzo dziwne, bezkresne i dalekie jak jesienny księżyc, pozbawione źrenic i pełne wyrazu. Ale książę, szybki jak wilk o lśniącym futrze, uniknął ich spojrzenia”. Zaraz po zabiciu gęsi, dopadła go dziwna starucha, której wycie „wstrząsnęło cyprysami i dębami, wibrując w powietrzu jak ostatnie tony strzaskanego fletu”. A to wszystko na niecałych pierwszych sześciu stronach! Trzydzieści stron dalej wysiadłam z tego dziwacznego pociągu.

Ponieważ sama mam sentyment do nieco napuszonego liryzmem stylu, a moje dawne utwory z pewnością mogłyby zabłysnąć niejednym nieuświadomionym kwiatkiem, to jednak brakuje mi cierpliwości, by po takim zdaniu: „W powietrzu unosiły się szmaragdowe nuty pieśni żab, a sowy snuły lśniące pasma dźwięków, odpoczywając na czarnych gałęziach, spowite woalem fiołkowego tchnienia kwiatów jakarandy”, za którym zaraz przybywa następne, w którym księżyc jak wydęty żagiel płynie przez rozfalowane morze i tnie szafirową pianę rozjarzonym dziobem, mieć jeszcze ochotę na następne czterysta dwadzieścia stron. A potem na tom drugi.