sobota, 26 listopada 2011

Podział ostateczny



C.S. Lewis - Podział ostateczny
(Media Rodzina, Poznań 2009)

Lewis napisał "Opowieści z Narnii", aby przybliżyć dzieciom chrześcijaństwo. I choć może zamiana Jezusa Chrystusa w lwa Aslana i otoczenie go jednorożcami i centaurami nie jest aż tak oszałamiająco pomysłowe i zachwycające, to jednak autorowi udało się doskonale przedstawić wszystkie najistotniejsze kwestie i problemy, które zamierzał poruszyć, przekazując je w sposób jasny, zwięzły i klarowny. Dla starszych czytelników stworzył zaś takie historie jak: „Trylogię kosmiczną” (jej drugą część ceniła sobie wspaniała badaczka i popularyzatorka Pisma Świętego – Anna Świderkówna, której książki z serca wszystkim polecam, a szczególnie arcyciekawy i zajmujący cykl „Rozmowy o Biblii”), „Listy starego diabła do młodego”, czy właśnie „Podział ostateczny” (tytuł oryginalny: „The Great Divorce” nawiązuje do „Zaślubin nieba i piekła” Blake’a).

Książka przedstawia alegoryczną wyprawę z piekła do nieba, która dla niektórych okazuje się być, niestety, podróżą tam i z powrotem. Nie jest to w żadnym razie wizja kształtu życia pozagrobowego, ale zachęta do spojrzenia na swą ziemską, codzienną egzystencję z nowym, trzeźwiejszym spojrzeniem. Ta krótka, prosto opisana i zwięzła historia ma nas przekonać, że piekłem jest nasze zbytnie przejmowanie się nami samymi – zniewalanie umysłu naszymi własnymi poglądami na rzeczywistość i nie liczenie się z realnym kształtem istoty rzeczy w imię samej wolności posiadania poglądów tudzież brak zdroworozsądkowego osądu, co jest wszak jedynie parodią wolności myślenia (wolimy myśleć po swojemu, niż odkryć Prawdę), czy bezkrytyczne relatywizowanie wszystkiego, tylko dlatego, że jest to modne i materialnie opłacalne, innymi słowy: zamknięcie się i duszenie we własnej, ciasnej, „jedynej słusznej” wizji świata, sprawiedliwości i szczęścia, z której nie chcemy rezygnować nawet za cenę cierpienia.

„Piekło jest stanem umysłu. Nie mógłbyś powiedzieć nic bardziej zgodnego z prawdą. Każdy stan umysłu pozostawiony sam sobie, każde zamknięcie się stworzenia w lochach własnego umysłu zmienia się w końcu w Piekło. Ale Niebo nie jest stanem umysłu. Niebo jest samą rzeczywistością”.

Gdyby taką historię napisał Chesterton (to jego książka zresztą zmieniła spojrzenie Lewisa na chrześcijaństwo i przyczyniła się do jego nawrócenia), byłaby ona pełna liryzmu, melodramatyzmu i niepowtarzalnego humoru. U Lewisa mamy zaś niemal skrajną prostotę wyrazu i zwięzłość. Można powiedzieć, że Chestertona czyta się z wielu powodów – poza treścią jeszcze dla stylu, fantazji, pomysłów, żartów, genialnych spostrzeżeń, ripost i porównań... Lewisa czyta się w zasadzie wyłącznie dla słuszności jego argumentów („Chrześcijaństwo po prostu”!) i – jedynie od czasu do czasu – pomysłów fabularnych. Na pewno warto sięgnąć po „Podział ostateczny”, ale jeszcze lepiej po „Listy starego diabła do młodego”.

wtorek, 1 listopada 2011

Balzac. Biografia



Stefan Zweig – Balzac. Biografia
(WAB, Kraków 2008)

Gdyby Pani wiedziała, jaką kobietą jest moja matka! To potwór i potworność zarazem. (...) Sądziliśmy, że jest obłąkana, i radziliśmy się lekarza, zaprzyjaźnionego z nią od trzydziestu trzech lat. Ale oświadczył nam: „Niestety, ona nie jest wcale szalona, jest tylko zła”.

Człowiek, który napisał te słowa, to zdumiewająca postać – z jednej strony tytan pracy, który samokontrolę twórczą sprowadził prawie że do mistycyzmu graniczącego niemal z masochizmem, jeśli nie z czystym obłędem, manią; z drugiej - człowiek kompletnie pozbawiony samoopanowania w niemalże każdej innej kwestii, a zwłaszcza jeśli idzie o finanse. Z jednej strony geniusz literatury, a w tym samym czasie niezdolny do nabycia choć odrobiny ogłady prostak i popędliwiec. Genialny psycholog i znawca życia, a jednocześnie kompletnie nieprzystosowany do realiów codzienności wieczny bankrut i nieuleczalny fantasta żyjący zawsze na kredyt. Najpotężniejszy człowiek w Europie w swej epoce, a zarazem osobnik dokumentnie pozbawiony wszelkich wpływów (!). Mistyk literatury, oddający się swym utworom z nabożną czcią, ponawiający wciąż od nowa swą syzyfowo-benedyktyńską pracę ciągłego doskonalenia formy, a mimo to literacka prostytutka, która użyczała pióra komu popadło i która w celu wyrwania paru groszy dosięgała absurdu (epizod z kolektywnym pisaniem sztuki teatralnej w jedną noc przy jednoczesnym całkowitym zignorowaniu potrzeby nakreślenia fabuły, obmyślenia postaci, planu akcji, przesłania, itd.).

„Po dziesięciu latach daremnego błądzenia i szukana Balzac odkrył swoje właściwe powołanie: być dziejopisem swej epoki, psychologiem i filozofem, malarzem i lekarzem, sędzią i poetą ogromnego organizmu, który zowie się Paryżem, Francją, światem”. „Istotę jego geniuszu stanowiła jego wola i można nazwać przypadkiem lub zrządzeniem losu fakt, że ta wola wyładowała się właśnie w tworzywie literatury”.

Autor biografii miał widoczne zacięcie artystyczne (poeta, dramatopisarz, prozaik) i ekscytował się psychoanalizą. Podobnie jednak jak twórca psychoanalizy popełnił parę poważnych błędów w swym dziele zgłębiania człowieka, tak Zweig strzela nieraz kulą w płot w swoich wywodach. Uważa on na ten przykład za nienaturalne, że matka jest bardziej szczera w stosunku do własnej córki i bardziej z nią zżyta niż z kochankiem – bardzo to nierealistyczny punkt widzenia (abstrahując oczywiście od niezaprzeczalnego faktu, że stosunki Balzaca i pani Hańskiej nie opierały się nigdy na szczerości i trudno je przeto uważać za związek ludzi prawdziwie się miłujących). Innym razem uważa on za absurd stawiania kochankowi warunku wierności (osobliwej wierności, bo zawierającej w sobie przyzwolenie na korzystanie z usług prostytutek), jeśli wierność ta miałaby oznaczać okres oczekiwania dłuższy niż sześć miesięcy. Argument ten uwydatnia żenujące zachowanie Balzaca, który wypierał się z całą stanowczością i dziecinnym, pozbawionym wszelkich cech dojrzałości uporem swych miłosnych przygód; który rozgłaszał wszem i wobec potrzebę czystości i wstrzemięźliwości, nieustannie kreował się w oczach pani Hańskiej na ascetę i surowego mnicha, a którego wszak nikt do żadnych obietnic wierności siłą nie przymuszał. Absurdem nie jest ani dochowanie czystości, ani stawianie warunku wierności, jest za to żenadą usprawiedliwianie dorosłego mężczyzny z  tego, że robi z własnej gęby cholewę i że udowadnia całym sobą, iż jego słowo w gruncie rzeczy nic nie znaczy – tutaj nie ma miejsca ani na „męską odwagę” ani na „życie zgodne z naturą”, jak chciałby Zweig, chyba że naprawdę nie liczymy się z rzeczami takimi jak honor czy obietnica, a więc z całym wymiarem duchowym człowieka. Nie idzie tu bowiem o kwestię wolności seksualnej, ale o kwestię zwykłego ludzkiego dotrzymywania słowa.

Momentami trudno mi było znieść literackie ciągoty autora i jego psychoanalityczne uwagi, ale jego książka to bardzo wciągająca biografia, którą wypada jedynie polecić wszystkim miłośnikom literatury – historia życia Balzaca jest bowiem ciekawsza niż niejedna powieść.

piątek, 28 października 2011

Leksykon współczesnych zagrożeń duchowych




Andrzej Zwoliński – Leksykon współczesnych zagrożeń duchowych
(WAM, 2008)


„Homeopatia używa ok. tysiąca substancji, z których większość została odkryta za pomocą wahadełka lub w czasie seansów spirytystycznych. (...)
Lek "dynamizuje się" przez rozcieńczanie i wstrząsanie oraz przemienia się w "ducha lekowego". (...)
Wieloletnie badania, prowadzone z ramienia WHO, potwierdziły, że środki homeopatyczne można traktować jedynie jako placebo, gdyż nie znajdują żadnego uzasadnienia mikrobiologicznego czy chemicznego”.
 (z hasła: Homeopatia)


Dlaczego homeopatia i akupunktura są kpinami z ludzkiego rozumu? W co wierzą scjentolodzy bądź rastafarianie? Co to jest wegetarianizm ideologiczny? Ile końców świata przewidzieli Świadkowie Jehowy? Dlaczego ruch Hare Kryszna spotkał się w Indiach z pogardą? Czym jest feministyczny poganizm? Która sekta wierzy, że karą dla aniołów była zmiana w Murzynów? Co wspólnego ma ślubny welon z zabobonem? W jakim przedszkolu dzieci bawiły się lalkami pozbawionymi twarzy? Co łączy Eltona Johna i czarną magię? Kto uczy, że kobiety są lepsze od psów a gorsze od krów? Co ma karate do paranormalnych zdolności i panteizmu? Kto głosił, że Słowianie pochodzą z planety Atlanta? Jak Milicja Wyzwolenia Zwierząt zabijała ludzi?

Leksykon przedstawia w skrótowej formie główne znaczenia haseł, podaje etymologie każdego z nich i rys historyczny problemu, przedstawia współczesną postać zagadnienia i jego zakres pojęciowy, zamykając je zwięzłą oceną ze stanowiska nauki chrześcijańskiej. Bardzo ciekawa pozycja przybliżająca czytelnikowi takie zjawiska jak: bioenergoterapia, numerologia, radiestezja, okultyzm, ezoteryzm, holizm, wicca, seksualizm, tarot, techno szamańskie, UFO, voodoo, jasnowidzenie, ekologizm, reiki czy joga. Znajdziemy tu również hasła typu: „faszyzm ezoteryczny”, „feministyczne inspiracje”, „Jezus New Age”, czy „seksualne nadużycia sekt”.

Miałabym parę drobnych uwag, co do treści niektórych haseł, ale ogółem rzecz ujmując, jest to bardzo dobry, zwięzły i prosty leksykon. Jako osoba, której - bez żadnej informacji, wiedzy i zgody - lekarze przepisywali „leki” homeopatyczne, co do dziś wzbudza we mnie gniew, gorąco doradzam, by zapoznać się, z czym naprawdę mamy do czynienia – bo prędzej czy później przyjdzie nam otrzeć się - tak czy inaczej - o przynajmniej niektóre z tych groźnych zjawisk.

Polecam!

P.S.
Na stronie Opoki opublikowano fragment książki, a dokładniej hasło "akupunktura".

środa, 19 października 2011

Darwin i chrześcijaństwo



Francois Euve – Darwin i chrześcijaństwo
(WAM, Kraków 2010)

Zawsze denerwowali mnie ludzie, którzy twierdzą z beztroską naiwnością, że zwierzęta są lepsze od ludzi. A w czym niby są lepsze takie lwy morskie, które rzucają swoje dzieci o skały, nasłuchując krzyków agonii? W czym lepsza jest orka, która z lubością bawi się żywymi ofiarami, chwytając je nawet wtedy, gdy nie odczuwa głodu? Czy nie słyszałeś nigdy, człowieku, o niemożliwym do objęcia rozumem okrucieństwie szczurów bądź porażającej drapieżności owadów?

W przyrodzie nie ma globalnej harmonii. Jest ogrom cierpienia, wielkie okrucieństwo, marnotrawstwo, ślepe uliczki ewolucji, wymieranie gatunków... Wszystko to właśnie dogłębnie wstrząsnęło Darwinem, zachwiało jego wiarą w celową budowę świata i stanowiło problem, który nigdy nie został rozwiązany.

Książka prezentuje wpływ teorii ewolucji na światy nauki i religii, wykazując, że odkrycie Darwina było często wykorzystywane (i nadal jest!) w sposób, który z pewnością nie odpowiadałby jej autorowi. Mało wiemy o teorii ewolucji, a jeszcze mniej o Darwinie – jego fanatyczni „obrońcy”, a w rzeczywistości faktyczni wrogowie chrześcijaństwa, z cudowną bezczelnością pomijają jego słowa o tym, że ewolucjonizm w żadnym punkcie nie kłóci się z teizmem; nikt nie wspomina powszechnym za czasów Darwina akademickim „rasizmie” (Anglik to szczyt ewolucji człowieka, Afrykańczycy to niższe stadium zbliżone do małp – tak wówczas myślało wielu, również Darwin), w którym dojrzewała i rozpowszechniała się jego teoria, a w szkołach nie prostuje się kłamliwej wersji słów uczonego, jakoby człowiek pochodził od małpy. I dlatego właśnie, że tak mało wiemy, warto sięgać po podobne książki. Nie jest to jednak kompendium wiedzy ani o ewolucji, ani o jej stosunku do teologii, ale zwięzła analiza problemu – ogólny zarys trudności, jakie zawierają w sobie różne formy postrzegania świata (czy można tłumaczyć zachowania ludzkie jedynie naturą i genami?) i przedstawienie recepcji dzieła Darwina przez określone środowiska.

Szkoda, że autor nie zaczerpnął do myśli Tresmontanta który wykazał, że ateizm jest sprzeczny z ewolucją („Nauczanie Rabbiego Jeshuy”), ponieważ wyklucza on pojawianie się nowych, niezawartych w przeszłości informacji (nie można w żaden racjonalny sposób uzasadnić narodzin Mozarta jako logicznej i naturalnej kolei rzeczy, wychodząc od kosmicznej chmury wodoru) – a tylko taka negacja pozwala odrzucać cuda. Francois Euve przytacza jednak krytykę modelu mechanistycznego, wedle którego istota teraźniejszości zawiera się przeszłości, co wyklucza radykalną nowość: „Ogólna ilość kombinacji istniejących już elementów może być wirtualnie nieskończona, nie zmienia to jednak faktu, że są to kombinacje powstałe ze skończonej ilości tych samych elementów”.

***

Czy ewolucja jest sprzeczna z nauką? ---> POLECANA KSIĄŻKA

piątek, 14 października 2011

Scjentologia




Andrzej Zwoliński – Scjentologia
(WAM, 2007)

„Pisanie, za które płacą centa od słowa, jest śmieszne. Jeżeli człowiek naprawdę chce zarobić milion dolarów, najlepszym sposobem jest założenie własnej religii”.

Słowa te wypowiedział podrzędny pisarzyna tanich powieścideł science-fiction (na podstawie jednego z nich, „Bitwy o Ziemię”, John Travolta, scjentolog, nakręcił jeden z najgorszych chłamów w historii kina) - dziś znany jako ojciec założyciel Kościoła Scjentologii. Chociaż głosił, że odkrył remedium na wszystkie bolączki świata, w tym pojął sekret samouzdrawiania, sam cierpiał na wiele dolegliwości fizycznych (przeżył m.in. dwa ciężkie zawały, przez lata zażywał psychotropy), a własny syn uważał go za chorego psychicznie. Popełnił bigamię, a w sądzie pozywany był m.in. o bicie i duszenie żony, nakłanianie jej do samobójstwa oraz porwanie własnych dzieci na Kubę. Ten pokiereszowany życiowo człowiek, podający się m.in. za fizyka jądrowego, stworzył jedną z najpotężniejszych i najniebezpieczniejszych sekt świata, której dewizą jest: „Róbcie pieniądze. Wykorzystujcie innych ludzi i nie przebierajcie w środkach”.

Książka to pierwsze polskie obszerne, rzeczowe i klarowne opracowanie na temat sekty – jej doktryny, metod działania, sposobów werbowania i niewolenia własnych członków (pranie mózgu, obozy pracy, tresowanie dzieci,...). Naprawdę warto się z nim zapoznać. Nie ignorujmy tak niebezpiecznych zjawisk tylko dlatego, że zdawać się mogą zupełnie odległymi.

Czyściciel




Paul Cleave – Czyściciel
(KDC, 2011)

Niestety, w powieści o seryjnym zabójcy nie ma tego, na co liczyłam – wciągającego śledztwa, zagadki, ani zaskakującego (rzekomo „przewrotnego”) finału. Jest za to wszystko, co sprawi, że książka dobrze się sprzeda – banalnie prosta forma, nieskomplikowana treść, akcja i brutalność, obowiązkowa polana seksualnym wyuzdaniem.

Gdybym musiała powiedzieć coś dobrego, to chyba to, że jak większość literatury masowej da się to to w sumie jakoś przeczytać. Ale naprawdę nie chcę polecać książki o miażdżeniu jąder. Nie jest bez znaczenia, co czytamy i oglądamy, tak jak nie jest bez znaczenia, czym się żywimy. Dlatego nie polecam.

Z takimi książkami jest dzisiaj tak, jak z horrorami – ja uwielbiam horrory, które straszą. Dzisiaj jednak przeważają horrory zwyczajnie obrzydliwe a nie straszne. Podobnie w książkach brutalność i seks zastępują całe napięcie i suspens. Niestety. Chciałby człowiek niepokojącą „Psychozę”, a ma banalnego „Czyściciela”.

czwartek, 6 października 2011

Głupota w stanie czystym albo: Ameba zamiast mózgu



Hubertus von Schoenebeck – Kocham siebie takim, jakim jestem
(Impuls, 2009)

Są takie książki, których nie trzeba czytać, aby przekonać się o bezdennej głupocie ich autorów. Starczy je przekartkować. Oto jedna z nich.

Książka w skrócie mówi o tym, że sam mam być dla siebie najważniejszy, że jest prawdą tylko to, co ja zechcę uznać za prawdę (!), że nie muszę być odpowiedzialny za nikogo (!) i że szczęście leży w uznaniu samego siebie za pępek świata i swobodzie seksualnej dla wszystkich.

Nie wiem, jaki kolor ma niebo w świecie, w którym przebywa umysł autora, ale taki na przykład pomysł, że człowiek sam z siebie wie, co jest dla niego dobre (a to właśnie usiłuje nam wpoić ta książka), jest tak absurdalny, sprzeczny z wszelką logiką, nauką, doświadczeniem i życiem w ogóle, że nie wiem nawet, z której strony uderzyć w ten idiotyzm.

Prawda jest bowiem taka, że z dziecka nie wyciągnie się nic, czego się uprzednio tam nie włożyło. Dziecko nie powie nam bowiem nawet, co uważa za dobre dla siebie – jak chciałby autor – jeśli nie nauczy się go mówić, tzn. jeśli nie przekaże mu się języka, gramatyki i miliona niezbędnych doświadczeń potrzebnych do wyartykułowania jednego, sensownego zdania. Ba, człowiek nie zacznie nawet chodzić prosto sam z siebie, jeśli nie będzie wzrastać przy chodzących ludziach (patrz: dzieci chowane przez wilki). Inny przykład? Człowiek nigdy sam nie wpadnie na to, by jeść warzywa czy owoce i będzie się całym sobą bronił przed próbowaniem nowych potraw, jeśli rodzice nie przyuczą go do próbowania rozmaitych rzeczy. Tak!

W normalnym świecie dziecko może rozbić sobie głowę o krawędź stołu, oblać się wrzątkiem lub nawet zabić drugie dziecko i siebie samo (przypadkiem albo nie). Ale w świecie autora dzieci są wszechświadome, z gruntu dobre i wolne od złych, egoistycznych pociągów (najwidoczniej nie czytał „Władcy Much”), a do tego najpewniej same z siebie są życzliwe i chętne do dzielenia  się (no to nie wiem, czemu każdy rodzic na planecie Ziemia musi przechodzić przez tę lekcję nauki dzielenia się, przy której nie brak często i łez, i złości, i szarpania).

Już zdania, które możemy znaleźć w przedmowie, potrafią zszokować: „Ja zdecydowałem się przyjść na świat, poprzez tych rodziców, w tym czasie i w moim czasie go opuszczę”.
Aż brak mi słów. Autor najwidoczniej sam zdecydował się narodzić (zaistnieć?) i miał na to wpływ – może więc popełniam błąd, traktując go jak człowieka?

Parę stron dalej czytamy: „Nie istnieją źli ludzie – nie istnieje zło”.
Najwidoczniej moim błędem jest nie tylko traktowanie autora jako człowieka, ale i miejsca, które on opisuje, jako Ziemi.

Dalej znajdujemy takie kwiatki jak:

- „Człowiek jest organizmem godnym zaufania”.
Co ma znaczyć ten bełkot? A pantofelek nie jest organizmem godnym zaufania? Czy nie mogę ufać bakteriom wspomagającym trawienie?

- „Każdy sam tworzy sobie rzeczywistość”.
No dobrze, to czemu potępiać tych, którzy nie wierzą, że Holocaust naprawdę się zdarzył? Ktoś inny uważa, że ziemia jest płaska, a zwierzęta to proste maszyny, które nie znają cierpienia (i można im urywać łapki czy ogony). Ja od dziś nie zamierzam uznawać Układu Słonecznego. No i co?

- „Każdy posiada całkowitą władzę nad sobą samym”.
Niesamowite. Ciekawe, czy autor potrafi przez miesiąc nie pomyśleć ani razu o wielbłądzie, jeśli mu się każe?
Człowiek, panie autorze, nie potrafi panować nawet nad własną świadomością, a cóż dopiero mówić o podświadomości! Tak przy okazji -  wie pan, co to jest "afekt"?

- „Każdy od urodzenia sam odczuwa, co jest dla niego najlepsze”.
Niektórzy od maleńkości odczuwają nieodpartą potrzebę obrywania kota ze skóry albo podpalania czego się da. Niestety, źli ludzie przeszkadzają im się realizować.

­– „Człowiek jest społecznie godny zaufania”.
Ha, ha, ha, ha!

Jedźmy dalej: „Dzisiaj wiemy, że mamy pełne prawo do naszej seksualności i wszystkiego, co z nią związane”.
Otóż jestem przekonana, że ruch walczący o przyznanie pedofilom statusu mniejszości seksualnej bez problemu znajdzie na swą obronę takie przypadki dzieci, które w całej swej szczerości będą bardzo zadowolone z faktu obcowania płciowego z dorosłymi mężczyznami, tak jak zoofil będzie mógł znaleźć potulną i całkowicie poddaną mu i widocznie zadowoloną owcę. Czy to jest powód, by przestać traktować ich jako dewiantów i przyklaskiwać ich pożądaniom?

„Ufam sobie jako przyczynie wszystkich rzeczy”.
Na to pięknie odpowiedział kiedyś Chesterton: „Ci, którzy wierzą w siebie najbardziej, są w zakładach dla umysłowo chorych”.

„Uważam się za centrum Wszechświata”.
... Czy ja naprawdę muszę komentować podobne rzeczy?

„Kocham siebie samego i w mojej miłości własnej ogarniam ciebie i świat jako części mnie”.
Zaczynam podejrzewać, że autor należy do jakiegoś gatunku kosmicznych ameb. W świecie ludzi bowiem kocha się kogoś innego dlatego, że nie jest mną; pomimo tego że nie jest mną, a na pewno nie częścią mnie.

„Moje szczęście może być naturalnie równoznaczne z bólem innych, ale jest to coś, na co ja nie mam już wpływu. (...) Ja czynię jedynie to, co dla mnie najlepsze i co najlepiej potrafię. Kiedy sprawia ci to ból, to jest to z pewnością twoja prawidłowa reakcja – ale to jest twoja reakcja, w najmniejszym stopniu nie dotyczy ona mnie”.
... Czy to jest podręcznik dla socjopatów? Przypomina mi to niektóre ze stwierdzeń Kinseya, który uznał, że pedofilia jest równie dobra i właściwa jak homoseksualizm. Pisał, że nawet jeśli dziecko płacze, krzyczy, wyrywa się i broni, to w gruncie rzeczy nie ma czym się przejmować, bo i tak z pewnością jest mu równie dobrze, jak temu, kto z nim obcuje (zobacz: „Demon Południa”).

Jak większość szarlatanów, autor widzi przyszłą szczęśliwą ludzkość żyjącą w całkowitej i nieskrępowanej wolności seksualnej – bo przecież swobodny i pozbawiony wstydu seks z każdym i wszędzie ma jakąś magiczną moc wysysania z ludzi egoizmu, zachłanności i żądzy (przypominają mi się Ursula LeGuin i LeClezio z ich naiwnymi utopiami)!

No i oczywiście, autor nie byłby prawdziwym pseudomyślicielem, gdyby nie zahaczył jakoś o Biblię i Jezusa – każdy z tych miłujących ludzkość autorów podobnie żenujących podręczników musi bezsprzecznie wiedzieć lepiej od samego Jezusa to, o czym On nauczał. „Ja jestem Prawdą i Życiem” oznacza więc tak naprawdę „jestem centrum wszechświata – jestem prawdą i życiem” w odniesieniu do każdego. Chodzi zatem o dewizę każdego egoistycznego bydlaka, bandyty i zboczeńca.

„Pomysł, jakoby człowiek był zły i niebezpieczny, to bezsens”.
Ciekawe, jak autor wyjaśniłby te wszystkie eksperymenty psychologiczne, w których normalni ludzie zamykani w odosobnieniu stawali się szybko agresywni wobec siebie i tępili jedni drugich? Albo dlaczego dzieci pozbawione wszelkiego nadzoru stają się agresywnymi tyranami a nie życzliwymi aniołkami?

„Punktem odniesienia wszystkich – również naukowych wniosków – jestem ja sam”.
Dlaczego ludzie, którzy głoszą takie brednie, nigdy nie zakwestionują niebezpieczeństwa łykania cyjanku?

„Każdy akt pedagogiczny wyrządza nam krzywdę!”
Nie uczmy dzieci chodzić prosto ani mówić! Ani nie zabraniajmy im wkładać sobie nożyczek w oczy!

„Atomowe zagrożenie odeprze nasza miłość własna”.
... ... ... ... ... ... ... Ratunku!

Dzieci, w których nie ma ni grama egoizmu, miłość własna zapewniająca pokój wszystkim istotom, rzeczywistość, która nie istnieje obiektywnie... Ciekawa musi być ta planeta ameb, z której przysłano nam te książkę.


czwartek, 29 września 2011

Nieznane arcydzieło



Honore de Balzac – Nieznane arcydzieło
(WAB, 2009)

„Miałbym studiować niedoskonały język ludzi, ja, który posiadłem klucz słowa niebiańskiego?”

Na książkę składają się dwa opowiadania Balzaca: „Nieznane arcydzieło” i „Gambara” – oba poruszają wątek przepaści między wizją artystyczną a rzeczywistością. W pierwszym genialny malarz usiłuje zakląć w portrecie, z którym mierzy się od dekady, samo życie. W drugim kompozytor opanowany jest ideą stworzenia arcydzieła o niepojętym wręcz rozmachu.  Obaj potrafią pięknie wyłożyć swe sny, prawić o  czysto technicznej strukturze dzieł, które – dzięki swej formalnej doskonałości - wyrażą wszelkie głębiny ducha, ale rezultatem ich wysiłków jest jedynie bezkształt i chaos. Niezrozumiani geniusze czy godni politowania szaleńcy? – któż zdoła osądzić (zauważmy, że żyjemy w czasach, w których byle chlaśnięcie farbą o płótno może zostać okrzyknięte dziełem arcygenialnym). To opowiadania o bólach tworzenia i o ograniczeniach, jakie stawia przed twórcą świat – o zatraceniu się w wizji, która jest zbyt piękna, zbyt wspaniała, by móc ją porzucić.

Szczególnie ciekawy jest pewien wątek pierwszego opowiadania, który przedstawia oglądanie nagiej modelki przez malarza jako swoisty akt seksualny – pozowanie komu innemu niż własnemu kochankowi jest tu zdradą, nierządem. Zdradą malarza jest zaś patrzenie na portrety innych kobiet.

Intrygujące, choć przyznam, że o wiele przyjemniej czytało mi się „Stracone złudzenia”.