czwartek, 20 października 2022

Anne z Zielonych Szczytów



 

L.M.Montgomery – Anne z Zielonych Szczytów

(Marginesy, Warszawa 2022)

 

Nie zaliczam się do fanów rudowłosej sierotki z Avonlea, ale ponieważ pani Bańkowska czuje się dziwnie zobowiązana do przyznania się, iż zabiła Anię – jak podaje we wstępie – postanowiłam przeczytać nowe tłumaczenie, zerkając jednocześnie do jedynego, które posiadam (Rozalii Bernsteinowej) i porównując oba z oryginałem.

 

Poniżej zamieszczam zaledwie kilka przykładzików z tej lektury.

 

“Good evening, Rachel,” Marilla said briskly.

 

- Dobry wieczór, Rachel – rozległ się cierpki głos Marilli.

 

Dlaczego mamy tu „cierpki”, skoro „briskly” to „dziarsko, żwawo, energicznie”? Trudno stwierdzić.

 

“Are you in earnest, Marilla?”

 

Bańkowska daje:

 

- Ty… ty tak na serio?

 

Naprawdę lepiej to brzmi (pomijając oczywistą dokładność przekładu) u Bernsteinowej: „Czy mówisz serio, Marylo?”.

 

 Znaczący dialog:

 

“I should say not. What good would she be to us?”

“We might be some good to her.

 

w nowym przekładzie wygląda tak:

 

- Ja myślę! Co by nam z tego przyszło?

- Może wynikłoby z tego jakieś dobro.

 

W starym tłumaczeniu jest zgrabniej i cieplej (nie wspominając, że bliżej oryginałowi):

 

- No, pewno! Czym właściwie byłaby ona dla nas?

- Może my bylibyśmy czymś dla niej, Marylo.

 

O wiele bardziej wolę też „jadła machinalnie” ze starego przekładu niż dziwaczne „Anne jadła jak automat”. Zresztą zaraz mamy też Marillę powożącą „jak automat”, choć w oryginale jest „abstractedly” (z roztargnieniem).

 

Osobiście nie dałabym też wyrazów „chłop” i „baba” w zdaniu: „There is nothing more aggravating than a man who won’t talk back—unless it is a woman who won’t”, jak to robi nowy przekład.

 

Nie rozumiem też, dlaczego nowa tłumaczka wybrała manierę, by każdy rozdział zamiast właściwego tytułu miał numer połączony z „w którym…”. Stąd zamiast „Poranek w Zielonych Szczytach” (jak można by się spodziewać) mamy „Rozdział V, w którym Anne poznaje Zielone Szczyty”.

 

 

Szkoda, że tłumaczka wypacza nieco poglądy Marilli, każąc jej mówić: „Nie wiesz, że to straszny grzech nie modlić się co wieczór?”, gdzie w oryginale jest „terribly wicked”. Słowo „grzech” nie pada, mimo że kobieta jest zgorszona (choć przyznaję, że w starym tłumaczeniu zbyt to chyba złagodzono na „to brzydko”).

 

Bańkowska robi z „I shall give life here my best” wyciskanie z życia najlepszego – to już bliższa jest Bernsteinowa, która daje tu ofiarowanie innym tego, co ma się najlepsze, ponieważ w oryginale następuje zwrot ku otrzymywaniu w zamian za dawanie. Nie mam pojęcia jak wyciskanie z życia daje logiczny rezultat o tym, że życie się zrewanżuje (give – give in return). Należałoby chyba raczej iść w poświęcenie, wyciskanie już prędzej kojarzy się z hulankami i brakiem odpowiedzialności, łapczywym braniem – a Ania… ekhm… Anne… jest w tym fragmencie niemal święta.

 

Oczywiście, są miejsca, gdzie nowy przekład jest lepszy niż stary, ale… No właśnie – są to miejsca, nie dające poczucia, że całość, z jej Zielonymi Szczytami i anodyną zamiast waleriany, zasługuje na całą tę aferę z „zabijaniem Ani” we wstępie. Choć bowiem stary przekład ma swoje wady, nie brak mu ciepła, natomiast nowemu nie brak udziwnień (jak wspomniane automaty) i zwyczajnie nie jest dość dobry, by „zabijać” cokolwiek i to z dumą.

 

Ogólnie odnoszę wrażenie, że „Anne…” rzeczywiście zbliża się do oryginału, ale kiedy człowiek już-już byłby skłonny uznać to za lepsze tłumaczenie, Bańkowska odpuszcza sobie i nie trzyma poziomu. Przy takim rezultacie równie dobrze mogłaby zostawić i Anię, i Zielone Wzgórze, i resztę spolszczonych imion.

 

Wiele hałasu o nic.

 

P.S. Plusem tego wydania jest to, że prowokuje do sprawdzenia oryginału. Tłumaczenie to sztuka wyboru. Po prostu wiele wyborów mi się nie podoba - i już.

poniedziałek, 10 października 2022

Ukochane równanie profesora

Yōko Ogawa - Ukochane równanie profesora

(Tajfuny, Warszawa 2019)


Samotna matka zostaje wysłana z agencji jako pomoc domowa do profesora matematyki, którego pamięć krótkotrwała działa tylko przez 80 minut, a potem się resetuje.

Strasznie ckliwe czytadełko - jak dla mnie zbyt przewidywalne/teatralne/sztuczne - nic tu się nie wydaje autentyczne, najmniej postaci (zwłaszcza narratorki), a matematyka nie zaciekawia tak jak się spodziewałam. Całość kojarzy mi się z rodzinnymi, telewizyjnymi wyciskaczami łez, w których obce dziecko i obcy staruszek znajdują w sobie rodzinę.

Chyba za stara jestem, żeby zdzierżyć kolejną taką historyjkę. Można przeczytać w jedno popołudnie, ale nie powiedziałabym, że warto. 
 

sobota, 1 października 2022

Jak przestać się bać

 

Ellen Hendriksen - Jak przestać się bać. Dla introwertyków, nieśmiałych i tych, którzy odczuwają lęki społeczne.

(Wydawnictwo Literackie, Łódź 2020)

 

Nie wiem czemu wielu autorom, zwłaszcza różnej maści poradników, wydaje się, że luzackość działa na ich korzyść. Tutaj już w przedmowie dostajemy chociażby niepotrzebne (i niby śmieszne) wtręty o intymnej depilacji czy porównanie dobrego terapeuty do stanika.

 

To już samo w sobie brzmi mocno zniechęcająco, zważywszy, że temat ani trochę nie jest zabawny, ale potem (w przedmowie!) pojawia się jeszcze tak wiekopomne zdanie jak: „Lęk nie jest w stanie zabić, ale osamotnienie tak”. Przyznam, że to jedna z najgłupszych i najbardziej oderwanych od rzeczywistości rzeczy, jakie słyszałam. Po czymś takim trudno było mi z zaufaniem podchodzić do kolejnych rozdziałów książki. Zresztą dwie strony dalej mamy: „Tylko 1 procent nigdy nie doznał lęku społecznego (na was patrzę, psychopaci)”. Boki zrywać…

 

Irytujący styl i niepotrzebnie rozwleczone (a przez to nudne) historie kolejnych przypadków sprawiały, że ciężko było mi powracać do lektury. Do tego bardzo trudno jest się skupić, gdy co chwila wyskakują nam kwiatki pokroju: „Ciało migdałowate jest zaskakująco wielozadaniowe – bardziej mała czarna niż haftowany serdaczek”.* Ogólnie odnoszę wrażenie, że jeśli autorka nie pisze jakiegoś „śmiesznego” porównania co drugie zdanie, chyba źle się czuje.

 

Szkoda też, że pani Hendriksen (niby naukowiec!) wrzuca do jednego worka wszystkie problemy lękowe, zaskakująco lekko uogólniając i… wierząc w magiczną moc mądrości ewolucji. Wolałabym też, żeby książka tego pokroju sprawiała, że zapamiętam jakieś terapeutyczne porady czy ciekawostki naukowe, a nie… fakt, że uczelnia autorki zapewniała studentom w akademiku darmowe prezerwatywy, a ona podziwia tych, którzy bez ogródek się o nie dopominali. Szkoda, że na okładce nie dali takich wiekopomnych zdań autorki jak „Załóż bluzkę z dekoltem, do diabła z rumieńcami!” – wtedy pewnie ominęłabym ją szerokim łukiem i nie miała poczucie okrutnie zmarnotrawionego czasu. Poza tym… jeśli student medycyny ma problemy lękowe z badaniem pacjentów, to czy rzeczywiście musimy parokrotnie mówić o jądrach?

 

Nie polecam. Zdecydowanie nie polecam.

* O mózgu w lęku krótko i konkretnie pisze G.K. Popcak w „Bądź wolny od lęku” (eSPe 2020)


czwartek, 8 września 2022

Przyjaciele. Ten o najlepszym serialu na świecie

 


Kelsey Miller - Przyjaciele. Ten o najlepszym serialu na świecie

(SQN, Kraków 2019)

 

"Historie o seksie oralnym, różne uwłaczające określenia i gesty sugerujące masturbację w innych sytuacjach rzeczywiście mogłyby stanowić przejaw molestowania, ale w pokoju scenarzystów mieściły się w granicach standardu. Obrona utrzymywała wręcz, że stanowiły element niezbędny do wykonywania tej pracy".

 

Pamiętam, jak popularny ksiądz youtuber nazwał raz „Przyjaciół” najlepszym serialem na świecie. Zdziwiłam się, że aż tak lekko podchodzi do wybitnej amoralności przedstawionych w nim treści, ale przyznaję, że sama mam do serii pewien sentyment z dzieciństwa i tym trudniej przełykać mi po latach jego wulgarność (choć już ponoć na początku jego emisji używano do jego określeń słów takich jak „sprośny”). Po króciutko opisanym wątku batalii sądowej o znieważanie asystentki w pokoju scenarzystów mogę się jedynie zadziwić, że wobec tego, co prezentowali twórcy, w ogóle udało się pokazać w „Przyjaciołach” COKOLWIEK co nie było skrajnie obsceniczne.

 

Ale to jedyna rzecz, która przykuła moją uwagę w książce. Jeżeli liczycie na anegdoty z planu, sekrety z życia gwiazd czy uchylenie rąbka tajemnic produkcyjnych, srogo się zawiedziecie. Pozycja wydana u nas przez SQN to okropne wodolejstwo – przypomina słaby artykuł z prasy kobiecej, tyle że rozwleczony do 352. stron. Sytuację pogarsza fakt, że autorka uważa się za wyjątkowo zabawną, toteż jej osobiste uwagi przedłużają jeszcze mękę związaną z lekturą. W skrócie – straszliwie ubolewa, że serial jest zbyt „biały”, homofobiczny, za mało w nim płci, za bardzo chrześcijański (ha!), za mało żydowski, i coś tam jeszcze, ale zapomniałam - takie to mętne i nieciekawe.

 

Nie polecam!

 

 

 

 

 


środa, 7 września 2022

30 Dni do Zmian. Dokonaj życiowej metamorfozy w kilka tygodni

 


Może przemawia przeze mnie złośliwość, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to kolejny poradnik dla ludzi bez rzeczywistych problemów życiowych.

Wyrzuć 300 balsamów do ciała (!), posprzątaj dom, zrób listę stu marzeń...

Czy są jakieś poradniki dla ludzi w kryzysach (finansowych, zawodowych, wypaleniu, itd.), którzy są zbyt załamani, by motywować się wyrzuceniem śmieci? (proszę mi polecić, jeśli tak) Zamieszczone tu "recepty" są wręcz dołujące wobec ciężkiej codzienności.

Poza tym autorka mogłaby nie polecać lekko i łatwo akupunktury z nudów, skoro nawet nie poświęciła minuty, by zbadać na czym polega ta wiara w magiczne prądy kosmiczne (czyli okultyzm) - trochę wstyd prezentować takie lenistwo i dawać ludziom porady (czy to dziwne, że poleca też jogę? - poważnie, czy tacy autorzy nie mogliby chociaż przekartkować np. takiej książki???).

piątek, 2 września 2022

Dlaczego nie przeczytam "Drogi artysty"



Przeczytałam wstęp.

Skoro autorka nie wie nawet tyle, że joga jest techniką okultystyczną (jogin ma w Indiach renomę/statut czarownika - polecam też sprawdzić zabawny filmik "Gandhi goes to yoga class" na YT - odrobinę wulgarny, ale dobrze pokazujący głupotę "białych"), a jednocześnie twierdzi, że "Droga artysty" zmieni mi umysł w dokładnie TEN SAM sposób (przemiana jaźni), to naprawdę nie chcę czytać dalej...

Gadanie, że "bóg" Ci pomoże, przy czym ów "bóg" nie jest bogiem tylko.... kosmicznym prądem elektrycznym (!) o magicznych właściwościach, to straszliwy bełkot, jeśli nie celowe pranie mózgu... Naprawdę nie tego się spodziewałam po rzekomym poradniku pracy twórczej.  

 

sobota, 20 sierpnia 2022

Sześć Cztery


Hideo Yokoyama – Sześć Cztery

(Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018)

 

Mamy tu, niestety, przykład szkodzenia książce przez zabiegi wydawnicze. Duża część negatywnych komentarzy wynika bowiem z zawiedzionych oczekiwań, a mówiąc dosadniej – z oszukania czytelników przez teksty okładkowe.

 

A te sugerują mroczne śledztwo ze zwrotami akcji i skomplikowaną intrygą. I trzeba przyznać, że śledztwo jest, zwroty akcji też, a sama intryga jest bardzo ciekawa, jest też mrocznie i smutno, ALE… w żadnym razie nie otrzymujemy kryminału, którego można by się spodziewać.

 

Sęk w tym, że śledztwo biegnie jakby trochę podskórnie, natomiast lwią część ponad 700-stronicowej książki zajmują… przepychanki biurokratyczne w układach japońskiej policji. Główny bohater jest byłym śledczym, obecnie szefem Biura Prasowego Prefekturalnej Komendy Głównej, zaś esencję fabuły stanowi jego (niemalże heroiczne) miotanie się między agresywnymi mediami a zupełnie nieprzychylną im „górą”, a także lawirowanie między wydziałami administracji i dochodzeń kryminalnych, które toczą ze sobą coraz mniej subtelną wojnę. W czasie tych wyczerpujących i pełnych napięcia bojów bohater dojrzewa, próbując znaleźć swoje miejsce w świecie (Czy jest jeszcze śledczym czy już kimś innym? Czy ma jakąś więź z podwładnymi? Po której stronie barykady powinien się opowiedzieć? Czy lojalność należy się szefowi nawet jeśli jest zachłannym sadystą? Czy potrafi żyć bez rodziny czy bez pracy?).

 

Niektórzy narzekają, że kwestie lojalności, podporządkowania się przełożonym i walki o zachowanie pewnych struktur są niezrozumiałe dla europejskiego czytelnika, ale nie zgadzam się z tym – wystarczy odrobina empatii i zgody na odmienność, wcale nie tak dużą, jak można by się obawiać. Całość jest jasna i czytelna, napisana prostym, gładkim językiem.

 

Szkoda, że książka tłumaczona jest z angielskiego (niestety – to widać), tłumacz tracił czasem wyczucie (np. „dziewczyna” na kilkuletnie dziecko), a redakcji zdarzają się wpadki („zagryzał zęby”). Bardzo irytowało mnie też nawracające „miał marsa na czole”. Książka ma zbyt gładki styl, by wrzucać takie językowe kamyczki (kto dziś tak mówi?).

 

Przyznam, że „Sześć Cztery” mnie zachwyciło – dawno nic nie dało mi takiej przyjemności z czytania i boję się, że długo nic nie da. RE-WE-LA-CJA!!!

 

Moja ocena: 9/10

 

 

czwartek, 4 listopada 2021

Tajemniczy opiekun


 

Jean Webster – Tajemniczy opiekun

(Wydawnictwo Rytm)

 

Rozumiem dobrze zamysł tej książki – rozrzewniające, naiwne listy sierotki, którą tajemniczy bogacz niespodziewanie posyła z ochronki do college’u. Z założenia urocze. Ale powiem wprost – kupiłam to czytadło tylko i wyłącznie dla okładki. I poza okładką nie ma w nim nic, co mogłoby mi się podobać.

 

Pamiętacie fabułę „Ani na uniwersytecie”? Ja też nie, ale mogę w ciemno założyć się o grube pieniądze, że jeśli kiedyś ponownie ją przeczytam, na pewno okaże się o wiele bardziej treściwa, a fabuła nie będzie czynić wrażenia przewidywalnej aż do obrzydzenia.

 

Sytuację pogorszył wydawca, kłamiąc bezczelnie na okładce, iż „rozwiązanie zagadki (tożsamości opiekuna) jest zaskakujące i niespodziewane”. No cóż, jeśli to nie jest kłamstwo, to musi on uważać swych czytelników za ludzi po lobotomii z komplikacjami. Jest jakaś granica żenady opisów okładkowych, ale jemu najwidoczniej nieznana. Naprawdę, gdybym dostała od niego worek literówek, mniej by mnie zirytował.

 

Poza tym mam jakieś dziwne, może niesprawiedliwe wrażenie, że ta książka rodziła się z pewnego przymusu. A już na pewno nie chciało się autorce ładnie kroić zakończenia, więc gwałtownie ucięła wszystko przecukrzonym (choć spodziewanym od strony nr 51) happy-endem.

 

Postawię tę książkę na półce w roli ładnego obrazka. Do niczego więcej nie dam rady jej polecić.