środa, 20 października 2021

Pat ze Srebrnego Gaju + Miłość Pat

 


L.M. Montgomery – Pat ze Srebrnego Gaju

(Nasza Księgarnia, Warszawa 1993)

 

L.M. Montgomery – Miłość Pat

(Nasza Księgarnia, Warszawa 1993)

 

„Pat…” ma tyle rzuconych mimochodem „uwag” religijnych (czytaj: bzdur i zabobonów), że aż zaczynam podejrzewać niezbyt rozwiniętą intelektualnie pod względem teologicznym autorkę o jakieś wyżywanie się za własne nie całkiem udane małżeństwo z pastorem. Chociaż z drugiej strony wiele tych miałkości czy wręcz obrzydliwości (szacunek dla diabła i niezwykle lekkie go traktowanie) mogło istotnie być udziałem całego środowiska, w którym egzystowała, więc być może dokucza mi coś, co stanowi po prostu całkiem wierny portret kanadyjskiej wspólnoty (a szczerze wierzę, że jej członkowie chętnie przekreślali człowieka dlatego, że raz publicznie zapłakał, przez co umarł jako pogardzany stary kawaler). Trzeba też wziąć poprawkę na to, jak płytkie są u pisarki miłość i nienawiść (w stylu – „życzyłam ci męża, który by cię tłukł, bo nie chciałaś iść z nami na zabawę”), a wiara jest co najwyżej obyczajem na poziomie wkładania odpowiedniego kapelusza. Niemniej, głupota zawsze zasmuca, zwłaszcza gdy prezentowana jest tak lekko i beztrosko.

 

Ale to nie jedyny powód, dla którego trudno mi polecić historię Patrycji. Tak jak w „Janie ze Wzgórza Latarni” wyraźnie wyczuwało się już zmęczenie własnym sukcesem, tak tu powtarzają się wątki i sytuacje znane z innych książek Montgomery, ale jeszcze, JESZCZE jest niezły potencjał. I to właśnie jego zmarnowanie tak bardzo doskwiera.

 

Bo wreszcie bohaterka nie jest sierotą z ambicjami czy też pisarką – ma sporą rodzinę, mieszka w pięknym otoczeniu i jest od zarania szczęśliwa. I właśnie to szczęście powoduje u niej lęk przed wszelkimi zmianami i nadmierną miłość do miejsca, dla którego gotowa jest zostać starą panną (pomimo dzikich tłumów wielbicieli!) i nie mieć żadnych pragnień poza byciem gospodynią i bronieniem wyidealizowanego domu w tak nienaruszonym stanie, jak to tylko możliwe.

 

Tak, z tego mógł być świetny chleb! Ale jesteśmy u Montgomery, więc – niestety – od początku wiemy, jak wszystko się skończy, i że od bajkowego happy endu będzie można dostać przecukrzenia. Wszystkie dramaty rozpływają się i nic nie znaczą, bo Pat traci najukochańszy Srebrny Gaj w ogniu, ale natychmiast uzmysławia sobie, że namiętnie kocha przyjaciela z dzieciństwa, który marzył o poślubieniu jej od pierwszego wejrzenia, a który już zbudował jej dom jak ze snu w cudownym zakątku, gdzie zabierze ją niczym książę do zaczarowanego zamku. Bueee…

 

 

 

poniedziałek, 13 września 2021

Ostrzeżenie dla rodziców - Gra MikroMakro: na tropie zbrodni




 Z powodu pewnej matki zamieściłam tu już notkę o tytule "Bojkot gier planszowych". Dziś również mam ostrzeżenie z powodów rodzicielskich.


Gra o tytule MikroMakro: na tropie zbrodni (wydawnictwo Lucky Duck Games) widnieje w sklepach jako gra dla dziesięcio, a nawet dziewięciolatków - pomijam oznaczenie pudełkowe, bo wskazany wiek i tak nie wydaje mi się dość odpowiedni, a poza tym wiem dobrze, że rodzice próbują grać w to nawet z kilkulatkami, nastawiając się na zupełnie niewinną zabawę.


Nie spodziewają się, że:

 

1) niektóre sprawy są zaskakująco mroczne (a który rodzic, planując wieczór gier, szykuje się w duchu na tłumaczenie własnemu dziecku, na czym polega samobójstwo?)


2) w grze pojawiają się satanistyczne znaki - w recenzji słynnego planszówkowicza, Toma Vasela, można dostrzec odwrócony krzyż nad pubem (niestety, nie ma mowy o pomyłce).


Oczywiście, uwagi te dotyczą wydania oryginalnego, ale nie dostałam żadnych sygnałów, że cokolwiek zmieniono w wersji polskiej.

środa, 19 sierpnia 2020

Jana ze Wzgórza Latarni

Jana ze Wzgórza Latarni

(Nasza Księgarnia, Warszawa 1996)

 

„Jana…” została napisana 29 lat po „Ani…” i bardzo trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to kolejna książka autorki stworzona jedynie z powodu łatwych pieniędzy – „znowu to samo, co zwykle, ale krócej, bo już mi się nie chce”.

Wrażliwa dziewczynka z poetycką duszą, wredna, nieczuła babka, która ją utrzymuje,  zakochani (w tym wypadku rodzice) rozdzieleni przed laty z własnej głupoty, no i Wyspa Księcia Edwarda pełna życzliwych ludzi, gdzie człowiek natychmiast staje się sobą, zyskuje pewność siebie, chęć do życia i w ogóle jest uleczony z traum i trosk. Obowiązkowy happy end jest jak zwykle do bólu przewidywalny, zbiegi okoliczności są ciężkie do strawienia, wyspa jest – oczywiście - magiczna, zaś pokrewieństwo dusz w pół sekundy zasklepia wszelkie ewentualne problemy rodzicielskie i psychologiczne.

 

Dobrze, że to takie krótkie – mimo wszystko to lepsza strona Montgomery w pigułce (tym, którzy chcą zdecydowanie gorszą, pozostaje „Kilmeny ze starego sadu”).

 

P.S. Korekta nie przepracowywała się, stąd literówki, kalki angielskiej budowy zdań, a nawet „pole kończyny”.

 

środa, 29 lipca 2020

Sire





Jean Raspail – Sire
(Klub Książki Katolickiej, Dębogóra 2006)

Ta powieść jest strukturalnym klonem „Pierścienia rybaka” – tu też mamy potomka „świętej linii” i wędrówkę pełną cudów, którą autor wykorzystuje, by przypomnieć zapomniane przez ogół fakty historyczne. Tym razem idzie o obrzydliwości Rewolucji Francuskiej, których nie pamiętałam z lektury polecanej przeze mnie książki „Kłamstwo Bastylii” (widać francuskie brudy tego okresu są liczniejsze niż mogłoby się zdawać). Te fakty stanowią dla mnie największą wartość lektury.

Mam natomiast mieszane uczucia, co do czci, z jaką autor traktuje monarchię francuską – wydaje się wręcz, że taki np. Ludwik Święty nie czynił cudów dlatego, że był święty, ale jedynie dlatego, że był królem. Królewska krew urasta tu niemal do tej samej świętości – jeśli nie momentami większej – co Kościół katolicki (o nienaruszalnej świętości którego, pomimo najgorszej nawet grzeszności jego członków, Bóg pouczał św. Katarzynę w objawieniach spisanych w „Dialogu o Opatrzności Bożej”).

Być może jestem tu trochę niesprawiedliwa – w końcu Francja stoczyła się z pozycji Pierwszej Córy Kościoła do rozkładającego się moralnie trupa (widzieliście, że zakazano tam puszczania spotów, w których pokazywano szczęśliwych ludzi z zespołem Downa, przekonujących, że warto się odważyć podjąć trud wychowania dzieci z zaburzeniami?) i być może mamy tu po prostu do czynienia ze złamanym serca pisarza i głębokim krzykiem cierpienia.