wtorek, 23 czerwca 2015

Wielki Gatsby (audiobook)


Francis Scott Fitzgerald – Wielki Gatsby


Chociaż audiobook liczy zaledwie pięć godzin, nie mogłam się doczekać, kiedy się skończy. Wiem, że powieść opowiada o pustym wewnętrznie życiu bohaterów pokolenia lat dwudziestych w USA, czasie prosperity, dekadencji i jazzu, słowem - nudziarzy pławiących się w luksusie i nie mogących znaleźć szczęścia, ale i tak wydaje mi się pusta i jałowa bardziej niż wymagałby tego temat. Nie jestem wymagająca, jeśli idzie o akcję – nie potrzebuję jej wiele. Ale narracja, snująca się jak dym z papierosa nad ciepłym drinkiem, w którym dawno rozpuścił się lód, nie może mnie aż tak zniechęcać, bym jak najszybciej chciała dojść do wielce przewidywalnego końca. Książka, planowana jako opus magnum autora, nie zdobyła nigdy popularności za życia Fitzgeralda i umierał on w poczuciu poniesionej porażki. Nie jestem zdziwiona. Natomiast dziwi mnie, że dziś nazywa się ją arcydziełem i pieje nad nią z zachwytu. 

sobota, 6 czerwca 2015

Judge


Yoshiki Tonogai – Judge

Doubt” rozczarował mnie okrutnie, toteż nie miałam wielkich oczekiwań związanych z „Judge”. Rysunki, zwłaszcza bohaterów, są mocno przeciętne, a tłumacz zupełnie niepotrzebnie naładował rzecz przekleństwami (japoński raczej nie ma aż takich konstrukcji, jakie zostały nam zapodane). Na plus mogę powiedzieć, że intryga jest lepsza od poprzedniczki. Niestety, popełniony został dość żenujący błąd, o którym aż przykro pisać.

UWAGA SPOILER!!!

Nie mam problemu z tym, gdy twórcy próbują zwieść czytelnika „sprytnym” wybiegiem uczynienia głównego bohatera mordercą, którego wszyscy szukają. Mam jednak duży problem, gdy przy okazji spuszcza się logikę do kanału. Skoro bohater jest mordercą, nie może się dziwić rzeczom, które sam zaaranżował, a zwłaszcza gadać do samego siebie w pustym korytarzu, przekonując siebie, jak bardzo chce wszystkich ratować (pomysł, że niby miałby to robić do kamery, jest więcej niż absurdalny). Jeszcze gorzej, że W MYŚLACH przeklina dwie osoby, które głosowały za zabiciem tego, kogo właśnie zabił (czyli wszystko idzie zgodnie z planem – co go denerwuje?). Do tego stawanie twarzą w twarz z – co prawda ledwo żywą, ale jednak – ofiarą i dawanie jej szansy na to, że cię wyda, jest zbyt idiotyczne. Takich bezsensów jest tu zresztą dużo, jak choćby zakładanie, że ktoś umrze natychmiast po eksplozji pistoletu w dłoni.

Fabularny nonsens, choć tym razem bez hipnozy.



poniedziałek, 1 czerwca 2015

Komisarz


C.J. Sansom – Komisarz
(Albatros, Poznań 2010)

Mogłabym napisać, że jak zwykle mamy do czynienia z mnożeniem mitów o dawnych czasach albo z przypisywaniem naszej mentalności ludziom poprzednich wieków, ale w tym wypadku wystarczy powiedzieć, że chodzi o naprawdę lichy kryminał pozbawiony krztyny napięcia i wymagającej wytężenia intelektu zagadki. Postaci są zupełnie bezkrwiste i łatwe do przewidzenia (cały zakon lubieżników, szlachetny czarnoskóry infirmiarz, silna dziewka, co uważa, że społeczeństwo jest podłe, sodomita, który od początku zdaje się wymachiwać sztandarem „zginę szlachetnie”), a narracja ospała. Słowo daję, nie chce mi się o tym pisać równie mocno, jak nie chciało mi się czytać. A przecież lubię kryminały!

P.S. Wydawca chyba uznał, że polski czytelnik nie jest zbyt rozgarnięty, i prawdziwy tytuł – „Kasata” – podziała nań odstraszająco.

poniedziałek, 4 maja 2015

Co zrobić, żeby książki były tańsze i żeby było nas na nie stać

Głosować na kogokolwiek innego!


Chyba, że chcecie dalej oddawać rządowi ponad 40% zarobków, patrzeć jak VAT osiąga nowe pułapy wysokości i podoba się Wam, że ludzi nie stać na prowadzenie własnego biznesu - w tym wydawnictw literackich, a w Polsce nie da się wyżyć z pisania (i wielu innych normalnych rzeczy).

źródło zdjęcia: http://niewygodne.info.pl

sobota, 2 maja 2015

Religia masońska


Andrzej Zwoliński – Religia masońska
(M, Kraków 2014)

„Podstawowym symbolem iluminatów miała być piramida zakończona widzącym okiem (oko – symbol Horusa, boga starożytnych Egipcjan; piramida ma postać masońskiego trójkąta logicznego – wyraża materialistyczną zasadę dialektyki: teza – antyteza – synteza). Wokół piramidy dwa łacińskie zdania: „Annuit coeptis” („przedsięwzięcie odniesie skutek”) oraz „Novus ordo seclorum” (‘nowy porządek świata” – z brakującą w wyrazie seculorum literą, co oznacza okultystyczne odwrócenie porządku). Symbol ten stał się, od 1933 roku do dzisiaj, znakiem obecnym na dolarach amerykańskich. Najpopularniejszą liczbą na banknocie dolarowym jest 13: 13 warstw piramidy, 13 gwiazd, jagód, liści i strzał. W górnym prawym rogu banknotu małej wielkości sowa – ptak działający w nocą, symbol tajnego działania”.


Kolejna książka Zwolińskiego na moim skromnym blogu – jak każda poprzednia, warta przeczytania, a nawet zalecana do wpisania na osobistą listę lektur obowiązkowych. Nie jest to szczegółowa monografia tematu masońskiego, ale porcja najbardziej niezbędnej wiedzy, jaką każdy rozumny człowiek powinien posiadać. Gnoza, teorie spiskowe, wpływ na kulturę, satanizm masoński – wszystko to omówione w zgrabnych, skupionych jedynie na esencji problemu rozdziałach. Szczególnej uwadze polecam dwa pierwsze: „Kościół o masonerii” i „Masoneria o Kościele”.

sobota, 25 kwietnia 2015

Noc i ciemność



Agatha Christie – Noc i Ciemność
(Wydawnictwo Dolnośląskie, 2015)

Nie jest to typowy kryminał twórczyni Poirota, a raczej historia z zagadką. Biedny chłopak, bogata dziewczyna, ziemia obłożona klątwą i stara Cyganka, która wróży bohaterce wielkie niebezpieczeństwo. Czytałam, że kiedy powieść ukazała się w druku, Christie mocno zaskoczyła swych czytelników, serwując im zupełnie inny rodzaj kuchni niż ten, do jakiej zdążyli się przyzwyczaić. Niestety, co mogło zaskakiwać jej fanów wtedy, dzisiaj rozczarowuje – zakończenie można przewidzieć na długo nim dojdzie do morderstwa, a jeśli znacie „Zabójstwo Rogera Ackroyda”, to nie będziecie mieć żadnej przyjemności z rozwiązania intrygi. Do tego łopatologiczne powtarzanie przez Christie wersów piosenki mówiącej o tym, że jeden się rodzi do szczęścia, drugi do ciemności, jest tak irytujące, że dziwić się należy, iż ówczesny redaktor ostro nie zareagował na podobną miałkość narracyjną. Nie ma tu też napięcia i szukania rozwiązania zbrodni, niemal do końca mamy do czynienia z powieścią obyczajową o mezaliansie, której nie pomaga pozbawiony wszelkiego wdzięku główny bohater.

A plusy? Czyta się łatwo i bezboleśnie. Tyle.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Tajemnica żółtego pokoju


Gaston Leroux – Tajemnica żółtego pokoju
(Artus International, Łódź 1991)

Kryminał z 1907 r. okazał się dość irytującym dziełkiem dzięki manierze pisarskiej, a wszystko za sprawą przemądrzałego detektywa-dziennikarza, który, zamiast dzielić się swoją wiedzą, krzyczy: „Aha! Wszystko jasne!” i odchodzi, zostawiając czytelnika samemu sobie. Co prawda miłośnik kryminałów bez najmniejszego trudu odgadnie dlaczego po wtargnięciu do malutkiego, zamkniętego pokoju nie znaleziono w nim zbrodniarza, a tylko jego ofiarę, ale samo wyjaśnienie, jak dokładnie wszystko przebiegło, jest – przykro to mówić – żenująco naciągane. Nie mogę tu się pastwić nad szczegółami, żeby nie wyjawić za dużo, ale przynajmniej powiem tyle, że nie po to tyle razy starannie przeszukiwano pokój, by na koniec, jak gdyby nigdy nic, powiedzieć nam, że był jeszcze marmurowy stolik i przeoczona przez wszystkich krew!


Rozczarowanie.

środa, 1 kwietnia 2015

Kobiety Boga


Jacek Paweł Laskowski – Kobiety Boga
(AA, 2010)

Fajnie by było mieć dobrą książkę, która rzetelnie przedstawiłaby sylwetki chrześcijańskich mistyczek. Niestety, „Kobiety Boga” nie są taką książką z dwóch powodów.

Po pierwsze – są to raczej szkice refleksyjne niż prawdziwe, rzetelne, biograficzne przybliżenie postaci świętych kobiet, które dla przeciętnego czytelnika są ludźmi więcej niż obcymi. Nie wiem nic o św. Hildegardzie. Sprawdzam dwie pozycje z domowej biblioteki – „Żywoty świętych” i „Święci na każdy dzień”. Żadna z tych książek nie ma Hildegardy. Tym bardziej więc mnie irytuje, gdy czytam u Laskowskiego takie stwierdzenia, jak to o wybuchu osobowości świętej w czterdziestym trzecim roku życia. Powiedzenie, że „Hildegarda była inna! Całe jej późniejsze życie pokazuje, że charyzmat pustelnicy, charyzmat rekluzy – nie był jej charyzmatem”, w gruncie rzeczy nic nie znaczy, jeśli autor nie opowie mi jej historii, a ogranicza się jedynie do rzucenia paru przemyśleń na ten temat. Wystarczyłaby jedna strona suchego biogramu, by to zmienić, a tak muszę tylko ślepo wierzyć, że święta „była człowiekiem kontaktu z ludźmi”, bez wnikania, jakiego w ogóle rodzaju to były kontakty, bo Laskowski nie raczy tego wyjawić. Efekt jest taki, że po lekturze nie jestem w stanie powtórzyć innej osobie nic więcej o Hildegardzie poza tym, że jako dziewczynka chowała się z pustelnicą, a potem sama pustelnicą być przestała, no i że miała wizje. Był jakiś „przełom spełnienia”, ale jak on się objawił jej w życiu, pojęcia nie mam. Autor dobrze zna jej losy, więc może sobie rozmyślać nad nimi. Mnie tej opowieści nie chce przedstawić w żadnych konkretach i się tym nie przejmuje. Ja też mogę Wam powiedzieć, że życie pewnego X eksplodowało nagle łaską i po latach ascezy przeżył wybuch osobowości. Co Wam to dało? Przepraszam za kolokwializm, ale bez biogramów, bez konkretów historycznych ta ksiązka po prostu leży i kwiczy, przynajmniej dla mnie – nic z okładki nie zdradza nam, że musimy podchodzić do niej uzbrojeni w wiedzę zdobytą z innych źródeł. W to oraz w wiele, wiele cierpliwości, co kieruje nas do kwestii formy.

Bowiem drugi problem to język, który zdradza mi jakiegoś niespełnionego poetę. Czytało się ciężko – co rusz wyczuwałam ciągoty autora do przekształcenia szkicu w biały wiersz. Tak było przy Hildegardzie. Przy św. Gertrudzie pojawiła się Trudi i styl jak z pamiętnika nastolatki: „Kiedyś M. próbowała wytłumaczyć Trudi, że powinna czuwać nad zmysłami jak pasterz nad trzodą. Co za tekst! (…) Co za pasterz? Jaka trzoda? Litości!”, „Tak się nam jakoś porobiło, że już nawet do jej opisu Uczty u Najwyższego trudno się zbliżyć... Więc niech już lepiej zostanie, że zabrał ją do Siebie. Było Bosko”, „Przecież Bóg nie strzela po ludziach zgromadzonych w kościele z cekaemu miłości. (…) Bo kto by się chciał na taką jatkę wystawiać? ”. Przyznaję bez bicia, że drażniło mnie to niemożebnie i skutecznie zniechęciło do dokończenia lektury w najbliższym czasie.


Po dwóch z dwunastu mistyczek odkładam więc „Kobiety…” na półkę. Żałuję tym bardziej, że miałam niezwykle pozytywne nastawienie do lektury. Niestety, dwa pseuodoliterackie szkice bez cienia sumiennej biografii zmęczyły mnie ponad miarę.