środa, 23 kwietnia 2014

Wyścig kłamstw


Juliet Macur – Wyścig kłamstw. Upadek Lance’a Armstronga
(SoniaDraga, Katowice 2014)

Nie rozumiem, jak kogokolwiek mogła zszokować informacja, że Armstrong nie grał czysto. Nie rozumiem, ponieważ nie jest dla mnie normalnym fakt, że człowiek po ciężkim raku z wieloma przerzutami wygrywa kilka razy pod rząd najtrudniejszy (być może nawet pozostający poza ludzkimi możliwościami, a przez to skłaniający do oszustw) wyścig. Zszokowało mnie co innego – skala degeneracji kolarstwa przeżartego dopingiem. Nigdy nie interesowałam się sportem, ale po książce pani Macur czuję wzbierające mdłości na dźwięk słowa: „kolarz”. To nie jest jedynie historia oszusta, nałogowego kłamcy i egoistycznego, pozbawionego wrażliwości chama, który z nikim się nie liczył, ale spojrzenie na obraz nędzy, jakim jest dziś kolarstwo i Tour de France w szczególności.


Bardzo wciągająca  (i zniesmaczająca) lektura, choć cena książki nieco wygórowana.

czwartek, 27 marca 2014

Xanth. Zaklęcie dla Cameleon (audiobook)


Wydawnictwo Nasza Księgarnia dotychczas kojarzyło mi się z książkami pokroju „Bracia Lwie Serce” albo „Ania z Zielonego Wzgórza”. Toteż z wielkim zdumieniem słuchałam pierwszego rozdziału audiobooka „Zaklęcie dla Cameleon”, w którym dowiadujemy się m.in. o magicznym dzikim owsie, który – gdy podlewany jest męskim moczem – owocuje nimfą-wyszumką (!): istotą o ciele kobiety, lecz pozbawioną jej mentalności, i o tym, jak ojciec, jedynie ze względu na surową matkę, odradza synowi zabawianie się z podobnymi stworzeniami. Gdyby odjąć całą magiczną otoczkę, porada ojca dla syna w książce sprzedawanej jako literatura dla dzieci i młodzieży brzmi zatem tak: „Zabawa z nadmuchiwaną gumową lalą nie może przynieść szkody, ale matka, sam wiesz, jest głupia i konserwatywna”.

To było przestrzeżenie dla tych, którzy mieli pomysł zrobić komuś sporo młodszemu prezent. A dlaczego przestrzegam przed Xanthem pozostałych? Ponieważ książka jest przeraźliwie nudna (nie przebrnęłabym przez nią, gdybym miała ją czytać a nie słuchać), pozbawiona humoru, ciekawej intrygi czy interesującego bohatera.

Bink miał być (jak się zdaje) wzorowym harcerzem, ale nawet przesadnie wzorowy harcerz mógłby mieć jakieś pozory głębi i wzbudzić nieco sympatii. W rzeczywistości jest to postać pozbawiona jakiegokolwiek charakteru, momentami zadziwiająco prymitywna (zastanawia się na przykład, po co dziewczyna chciałaby zasłaniać się przed czyimś wzrokiem podczas czynności fizjologicznych, skoro jest bardzo brzydka).

Na domiar złego malutka kraina Xanth (mieszka tam jakieś 2000 ludzi) jest jednocześnie tak niewyobrażalnie niebezpieczna (autor stanowczo przesadził z mnożeniem magicznych zagrożeń!) i tak niepojęcie nużąca (oto schemat większości rozdziałów - zagrożenie tu, zagrożenie tam, zagrożenie siam, dłuuugie wywody Binka, jak uniknąć zagrożeń i jak one faktycznie funkcjonują. Analizy sytuacji i możliwych rozwiązań pojawiają się nawet w najbardziej dynamicznych momentach, typu walka ze smokiem), że czytanie zakurzonego zielnika byłoby bardziej ekscytujące. Szkoda, że autor ma czytelnika za idiotę, któremu trzeba wszystko wyjaśniać, długo, szczegółowo i niespiesznie (na przykład to, dlaczego współwięzień, odpowiadając na pytanie, czy wie, jak uciec, daje negatywną odpowiedź głosem, lecz pozytywną gestem – No, rzeczywiście! To wymaga namysłu i analizy!).

Poza tym kto normalny uważałby za śmieszne zdania: „Była istotą stworzoną do gw… miłości”, „Dziewczyna siedząca naprzeciwko ciebie przy stole. Ta, której omal nie zgwałciłeś. I wcale ci się nie dziwię”? I jeszcze o możliwości przemiany zwierząt w kobiety: „Jeżeli po przemianie taka suka będzie wyglądała jak prawdziwa dziewczyna, to nie wypomnę jej tego, kim wcześniej była. Bo w końcu niektóre babki to suki”. Żenujące.


Trzeba przyznać, że opis wydawcy (i pewien urok okładki) mnie nabrał – spodziewałam się dobrej fantastyki z dużą dawką ciętego humoru, a dostałam straszliwego, momentami iście żałosnego gniota.

NIE POLECAM!

środa, 26 marca 2014

Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami


Krzysztof Materna, Wojciech Mann - Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami
(Znak, 2011)


Jako wielka fanka cyklu „Za chwilę dalszy ciąg programu”, z wielkim rozczarowaniem przebrnęłam przez wybiórczy zbiór wspomnień (zlepek relacji i zdjęć rzuconych jakby od niechcenia) o podróżach odbytych przez dwójkę przyjaciół w czasach PRL-u. Poza rozdziałem o występach na „Stefanie Batorym” trudno tu czymkolwiek się zaciekawić – jest nudnawo, smętnie, dowcip nie błyszczy (wręcz poraża jego brak!), a całość przypomina naprawdę monotonny pokaz wyblakłych slajdów z miejsc, które nas nie interesują (no, chyba, że na kimś robi wrażenie, że Materna i Pietrzak poszli na peepshow i zobaczyli bardzo smutne, obwisłe Murzynki, po których już się Maternie nie chciało iść do kina porno).

Żeby przełknąć straszliwe rozgoryczenie, musiałam wejść na YouTube i wpisać „Tętno pulsu – czy bić dzieci”.


Naprawdę cieszę się, że nie wydałam na to pieniędzy.

sobota, 22 marca 2014

Pokonałem nerwicę


Grzegorz Szaffer - Pokonałem nerwicę
(WAM, 2013)

Kolejny autor, którym przydałoby się porządnie potrząsnąć i krzyknąć: "Człowieku, po co w ogóle piszesz o psychoanalizie, jodze, medytacji, ewolucji, zen, itp., skoro nie poświęciłeś nawet dziesięciu minut, by zapoznać się na poważnie choć z jednym z tych tematów?!"


Może zamiast powielać kretyńskie stereotypy - rzucane ot tak - wypadałoby przeczytać solidną pozycję o nerwicach (np. "Integracja psychiczna: o nerwicach i ich leczeniu" Terruwe, Baars) - choćby po to, by zobaczyć, jak wygląda książka zwyczajnie dobrze napisana.

poniedziałek, 17 marca 2014

Stworzenie czy ewolucja?




Michał Chaberek – Stworzenie czy ewolucja?
(Fronda, 2014)

„Dzisiaj wiadomo, że geny nie zawierają całej informacji potrzebnej do funkcjonowania organizmu. Zatem nieważne, ile zmian, ile mutacji nastąpi w genach, i tak nie otrzymamy nowego gatunku. I już tylko z tego powodu neodarwinizm jest martwy”.


W świetnej książce „Kościół a ewolucja” (link do opinii) Chaberek zmiażdżył bezlitośnie moje złudzenia co do wszelkiej „naukowości” i racjonalności argumentów ewolucyjnych. W „Stworzeniu czy ewolucji?”, przepytywany przez Tomasza Rowińskiego, kontynuuje jazdę walcem po resztkach mojej – jakże naiwnej! – wiary we współczesnych naukowców „odkrywających” homonidy (zatrważające!) czy opierających wszystkie swe teorie na błędnym kole koślawych argumentów i myśleniu życzeniowym.

Co prawda książka ma podtytuł „Dylemat katolika”, ale uważam, że powinien ją przeczytać każdy trzeźwo myślący człowiek, dla którego słowa „nauka”, „logika” i „dowody” cokolwiek znaczą.


„Mówić o przypadku w odniesieniu do świata, który ukazuje tak bardzo złożoną organizację elementów i tak zadziwiającą celowość życia, oznacza rezygnację z próby wytłumaczenia świata, który jawi się naszym oczom. W rezultacie jest to jednoznaczne z chęcią uznania skutków bez przyczyny. Jest to abdykacja ludzkiego rozumu, który w ten sposób zaniechał myślenia, odrzucił próby rozwiązania swoich problemów.” (Jan Paweł II)

poniedziałek, 24 lutego 2014

Kącik okładkowy - 4


Nie wiem, czy bohater tej serii książek ma ukryte ostrze i kaptur (okładki często się rozmijają z opisami), ale naprawdę trudno uznać za dobrą taką okładkę, na którą się patrzy, a widzi się coś zupełnie innego.

Bo gdy zobaczyłam tę ostatnią, zieloną, zobaczyłam jedno: 

poniedziałek, 20 stycznia 2014

52 zmiany


Leo Babauta – 52 zmiany
(iuvi, Kraków 2013)

Podobały mi się zgrabne, choć nie odkrywcze, zalecenia Zen To Done stworzone przez Leo Babautę, dlatego zdecydowałam się kupić w ciemno jego książkę. I żałuję. Liczyłam bowiem na jakieś podpowiedzi w sprawach efektywnej organizacji czasu, a dostałam tylko mętne porady, by jeść warzywa, pomagać innym, być wesołą i używać nici dentystycznych.

Wściekłość mnie też ogarnia, że dałam zarobić komuś, kto zrównuje pornografię ze smażonym jedzeniem czy paleniem. Trzeba naprawdę być bardzo ograniczonym intelektualnie bądź wyjątkowo niewrażliwym, jeśli największe poniżenie i uprzedmiotowienie człowieka zestawia się z podobnymi nałogami. Czego się jednak spodziewać po kimś, kto zaznacza, że nie krytykuje (dokładnie w tym zestawieniu) seksu, narkotyków i hazardu (!).

Oczywiście, nie zdziwiło mnie, że Babauta jest równie naiwny, co większość ludzi na Zachodzie, którzy uważają jogę za coś całkowicie neutralnego światopoglądowo (chyba dopiero w super-laickiej Szwecji dostrzeżono, że wprowadzenie jogi do szkół będzie równoznaczne z wprowadzeniem religii, do tego mentalnie obcej dla Europejczyków). Nie da się ukryć, że jak na kogoś zalecającego ciekawość świata, jest to człowiek wyraźnie pozbawiony dociekliwości (i dogłębnych przemyśleń).

Poza tym naprawdę nie chcę się uczyć współczucia od Dalajlamy, który każe mi się litować nad rybą na haczyku wędkarza, ale który dopuszcza rozrywanie żywcem czującej istoty ludzkiej w łonie matki tylko dlatego, że dziecko może mieć wadę genetyczną – przecież to eugenika!


Stanowczo nie polecam.

czwartek, 16 stycznia 2014

Limes inferior (audiobook)


Janusz A. Zajdel - Limes inferior
(Aleksandria, 2010)


 Tak, ja rozumiem, analizy systemu, obchodzenie cenzury, itp. Tak, rozumiem, "Nie-ludzki" system może jedynie doprowadzić do zniszczenia ludzkości przez całkowitą homogenizację, ogłupianie i kontrolowanie (co, niestety, cały czas się dzieje w chorym świecie multi-kulti, gdzie postępuje inwigilacja i gdzie coraz usilniej dąży się do wyeliminowania fizycznych pieniędzy, a zatem i do swobodnej, niepodlegającej ścisłemu nadzorowi działalności człowieka), a uratować z niego mogłaby jedynie "ingerencja z wysoka" (cud?). Rozumiem. Ale - choć przykro - zachwycać się jakoś nie potrafię.

Dla tych, którym nie chce się czytać - Zajdel przedstawia nam świat, w którym wprowadzono w życie ideały powszechnej "równości i szczęśliwości" - ludzi dzieli się na klasy ze względu na inteligencję i tym z największym ilorazem przydziela się pracę, za którą otrzymują wynagrodzenie pozwalające zaznać luksusów. Ci z niższych klas nie mają pracy, ale otrzymują za darmo środki niezbędne do życia. Lecz co to za życie? Lura zamiast dobrego piwa, syntetyki zamiast wędliny, itd. Główny bohater specjalizuje się w obchodzeniu systemu i załatwianiu dla swych klientów wyższych klas. Perypetie jego oraz paru innych postaci ukazują nam funkcjonowanie systemu świata, jego wad i zalet, metod jego oszukiwania i prób ścigania oszustów. Bohater w końcu dowiaduje się, że system, który coraz wyraźniej jawi mu się jako skazany na zagładę i dążący do zniszczenia człowieka (staje się on zbędny wobec automatyzacji wszystkiego), został z góry narzucony przez potężnych kosmitów, którzy potrzebują do czegoś ludzi pozbawionych człowieczeństwa - nie wiemy do czego. Na końcu pojawia się tajemnicza przybyszka z gwiazd, która wcześniej - jako piękna nieznajoma imieniem Alicja - obdarzyła bohatera bransoletką dającą nadludzką siłę jego ręce. Dzięki Alicji i bransoletce glob zostanie w cudowny, magiczny wręcz sposób ocalony, ale próżno pytać, czemu tak, czemu teraz i czemu akurat potrzebny był to tego nasz bohater.

Muszę przyznać, że miałam problemy z przyzwyczajeniem się do sposobu czytania lektora. Niby próbuje włożyć jakieś emocje, ale wszystkie postaci wychodzą mu na jedno kopyto, a samej narracji - takie miałam odczucia - słuchałoby mi się chyba lepiej w odczycie syntezatora głosu.

4/10