środa, 17 października 2012

Pisarze jednej książki



Olga Romańska – Malina – Pisarze jednej książki
(PWN, Warszawa; Bielsko-Biała, 2011)

Spodziewałam się czegoś innego po tej książce. Jest ona ni mniej, ni więcej tylko małym, niezbyt zgrabnym zbiorem „notek” prezentującym garstkę wybranych przez autorkę pisarzy, a nie – na co liczyłam – refleksją nad pozostawionymi przez nich dziełami. Chociaż autorka używa czasem słowa „refleksja”, w jej przypadku sprowadza się ona do podania jednego czy dwóch cytatów zaczerpniętych z tego-a-tego biografa, brak tu jakiejkolwiek analizy czy choćby zakreślenia przestrzeni rozważań. Czytałam „Boską komedię”, ale nie wiem, o czym traktują inne utwory Dantego, ani dlaczego właściwie są one nieznane. Jeżeli wszystkie książki Bułhakowa stoją na wysokim poziomie literackim, dlaczego nikt nie próbuje ich jakoś wypromować (i sprzedać), podczepiając się pod zawsze popularnego „Mistrza i Małgorzatę”? – takich właśnie rozważań oczekiwałam i na takie pytania liczyłam. Poza tym trochę to bez sensu poruszać przypadek Christiane F. (sama autorka przyznaje, że jej status jako pisarki jest mocno wątpliwy), natomiast zupełnie ignorować chociażby Joyce’a, który wydaje się być znanym znakomitej większości czytelników wyłącznie z jednej książki, a który wszak uważał – wbrew wielce nieprzychylnej recepcji – że stworzył coś o wiele lepszego od "Ulissesa". Dlaczego też przy wyjątkowo nieciekawej notce o Huxleyu nie ma ani słowa o bardzo prawdopodobnym splagiatowaniu powieści polskiego pisarza – Moczarskiego? Poza wszystkim wolałabym trochę więcej treści (albo chociaż zgrabniejszej, wygodniejszej oprawy), zamiast zdjęć zajmujących całą lub prawie całą stronę.

środa, 10 października 2012

Kolejka książek


Kilka z czekających na przeczytanie pozycji, które uzbierały się na półce. Nie wiem, o czym myślą ludzie, gdy fantazjują sobie, na co by wydali milion złotych wygranych w loterii, ale u mnie przede wszystkim pojawia się wyobrażenie wielkiej biblioteki.

poniedziałek, 8 października 2012

Podręcznik projektantów logo



Gareth Hardy – Podręcznik projektantów logo. Smashing magazine
(Helion, Gliwice 2012)

Sięgnęłam po tę książkę jako kompletny laik i... okazało się, że wcale takim laikiem nie jestem. Podręcznik nie zawiera bowiem niczego, na co nie wpadłby rozsądny człowiek, gdyby przyszło mu do głowy zaprojektować logo. Fakt, że nie każdy układ elementów graficznych dobrze się prezentuje, czy też to, że trzeba zastanowić się nad doborem kolorów, stanowczo nie są „poradami” wartymi 60 złotych. Jedną trzecią tekstu zajmuje prezentacja różnych logo, ale za te pieniądze wolałabym kupić album w całości im poświęcony. Nie mam pojęcia komu mogłaby się przydać ta książka.

Nie polecam.

poniedziałek, 10 września 2012

Zakończeniem jest śmierć



Agata Christie – Zakończeniem jest śmierć
(Wydawnictwo Dolnośląskie, 2011)

Dla złagodzenia niestrawnego suchara, którego zaserwował Joe Alex, dziś bardzo przyjemne, składające się prawie wyłącznie z dialogów czytadło o tajemniczych morderstwach, jakie wyniszczają majętną rodzinę grobowego kapłana w starożytnym Egipcie. Co prawda tożsamość mordercy nie jest zbyt trudna do rozgryzienia, a jak na opowieść dziejącą się w odległych czasach zadziwiać może ubóstwo opisów i brak jakichkolwiek ciekawostek na temat danej ery, ale – powiedzmy sobie szczerze – Christie nigdy nie była wirtuozem formy, za to umiała przedstawiać ciekawe, wciągające intrygi.

Jesteś tylko diabłem



Joe Alex – Jesteś tylko diabłem
(Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2011)

Mama powiedziała mi, że książki podpisywane pseudonimem Joe Alex sprzedawały się rewelacyjnie jako że stanowiły „powiew Zachodu” w szarych, ciężkich czasach. Rzeczywiście – tylko ciężkie czasy mogą usprawiedliwić wydanie podobnego farfocla.

Główny bohater jest bogatym i nieprzyzwoicie nudnym autorem kryminałów, który nie lubi ich pisać, podobnie jak nie lubi za bardzo rozwiązywać zagadek kryminalnych, ale nie jego wina, że jest tak genialny iż – mimo woli – osiągnął mistrzostwo obu fachów: literackiego i detektywistycznego. W ogóle to jest szalenie nieszczęśliwy, bo jego ukochana - ponętna Karolina, piękna archeolog, z którą miał się wylegiwać na greckiej plaży, nie uważa jego „zawodu” za rzecz godną statecznego mężczyzny. Och, cóż za życiowe udręki!

Żeby było gorzej, jest to postać opisywana na poważnie i bez szczypty humoru. Sam tekst jest zaś tak drętwy, że niemal coś chrzęściło mi w oczach, gdy przesuwałam wzrokiem po kolejnych linijkach. Rozwiązanie w gruncie rzeczy banalne, a zagadka zamkniętego pokoju rozwiązana – jak to bywa – w najprostszy możliwy sposób (tak! Drugi klucz! Cóż za zaskoczenie!).

Jeden z najgorszych kryminałów, jakie czytałam. Nie polecam.

sobota, 1 września 2012

Świadkowie Tajemnicy


„Najnowsze wyniki badań nad Całunem opublikowane zostały w grudniu 2011 roku przez włoskich naukowców z Narodowej Agencji ds. Nowych Technologii, Energii i Środowiska (ENEA), którzy po pięciu latach doświadczeń doszli do wniosku, że żadna znana technika sprzed XXI wieku nie pozwoliłaby stworzyć takiego obrazu, jaki widnieje na płótnie. Głębokość zabarwienia tkaniny wynosi bowiem około 200 nanometrów, czyli odpowiada grubości ściany komórkowej pojedynczego włókna materiału. Zdaniem badaczy podobny efekt można osiągnąć jedynie za pomocą lasera ultrafioletowego”.



Grzegorz Górny – Świadkowie Tajemnicy. Śledztwo w sprawie relikwii Chrystusowych.
(RosikonPress, Warszawa 2012)

Wydaje mi się, że to nie wierzący mają jakikolwiek problem z relikwiami, lecz niewierzący. Ci pierwsi są chyba nawet dość obojętni na kwestie prawdziwości czy nieprawdziwości Całunu. To niewierzący mają zaś wielki problem z tym, jak wyjaśnić to, co nie daje się wyjaśnić, a jest fizycznie namacalne (np. znikanie wizerunku na Całunie Turyńskim po podświetleniu od dołu, co dyskwalifikuje go jako malowidło, czy oblicze widoczne na bisiorze z jakiego wykonano chustę z Manoppello, czyli na materiale, na którym absolutnie nie da się malować). Czy to nie dlatego Całun Turyński jest najbardziej przebadanym naukowo przedmiotem na Ziemi?

Pomijając wiele aspektów, których nauka wyjaśnić nie może, Całun jest też solą w oku dla wrogów Kościoła, którzy z wielką determinacją próbują albo zaprzeczyć historycznemu istnieniu Jezusa, albo ośmieszają autorytet Biblii. Tymczasem Całun całkowicie potwierdza samym sobą prawdziwość opisów Ewangelicznych (tak jeśli idzie o czas historyczny, jak i same zdarzenia) – poczynając od rodzaju płótna, które mogło być jedynie żydowskim płótnem pogrzebowym, przez pyłki roślin, które kwitną jedynie w Judei, pył, który na pewno pochodzi z Jerozolimy (odkryty na stopach postaci z wizerunku!), kończąc na odciskach monet, które leżały na powiekach, a dzięki którym wiemy, że skazańca zabito za Poncjusza Piłata poprzez ukrzyżowanie, itp. Dowody naukowe jasno wskazują, że umęczony człowiek był srodze biczowany rzymskim biczem, nosił coś w rodzaju hełmu z cierni, dźwigał ciężki przedmiot na ramionach i przebito mu serce, które pękło z wysiłku i bólu. Ba, stwierdzono nawet, że przebicie boku wskazuje na rzymską szkołę posługiwania się bronią! Ciekawe, że już przy pierwszych badaniach Całunu (1902r.!) agnostyk i antyklerykał Yves Delage, który miał dowieść fałszerstwa wizerunku, orzekł, że szansa na to, iż jest to odbicie innej osoby niż Jezus Chrystus wynosi jeden do dziesięciu miliardów.

Album Górnego i Rosikonia można traktować jako małe kompendium na temat relikwii Chrystusowych: zwięźle opisuje ich historie i wyniki ekspertyz naukowych. Album jest bardzo ładnie wydany, prezentujący sporą liczbę zdjęć i grafik. Uczciwie jednak przyznaję, że same zdjęcia nie wywierają jakiegoś szczególnego wrażenia, a rozłożenie ich w książce – tak względem miejsca, jak i dobranej wielkości – trudno nazwać idealnym. Ale to zajmująca, godna uwagi pozycja, którą śmiało mogę polecić, co niniejszym czynię.

środa, 15 sierpnia 2012

Szepty zmarłych



Simon Beckett – Szepty zmarłych
(Amber, Warszawa 2011)

Kiedy zdecydowałam się wreszcie sięgnąć po thrillery medyczne i temu podobne bestsellerowe sensacje, starałam się mimo wszystko znaleźć jakieś pozytywne strony sztampowych, schematycznych, często niepotrzebnie rozwleczonych historii. Jednak chyba czas w ogóle przestać wspominać o podobnych książkach, bo ile razy mogę napisać: „można przeczytać, na szczęście – nie trzeba” albo: „jeśli już naprawdę nie macie nic innego do czytania w autobusie”... Naprawdę – byłoby zbyt wiele takich notek.

Seryjny morderca kontra patolog sądowy. Papierowe postaci, zupełnie bezpłciowy główny bohater, naciągana, schematyczna fabuła i boleśnie przewidywalne zagrania. Wiemy, kto zginie, a kto NA PEWNO przeżyje – wiemy także, gdzie pojawiają się zmyłki i jakiego będą one rodzaju. Tożsamość zabójcy jest tak zaskakująca, jak wschód słońca na wschodzie, a czytelnik oswojony z gatunkiem już przy opisie pierwszego miejsca zbrodni będzie umiał odpowiedzieć na każde pytanie, nad którym bohaterowie będą się głowić jeszcze przez wiele stron. Do tego banalnie prosty język do szybkiego wchłonięcia ogólnej nijakości. Faktycznie, bestseller.

piątek, 3 sierpnia 2012

Trylogia kosmiczna


„Gdyby atak był gwałtowniejszy, łatwiej byłoby mu się opierać, ale niesamowite połączenie złośliwości i jakby zdziecinnienia zbijało go z tropu i niemal paraliżowało. Był w pewnym sensie przygotowany na pokusy, bluźnierstwa, na jakąś kanonadę grozy i potworności, ale nie na te drobne, niezmordowane dokuczanie godne nieznośnego przedszkolaka. Godziny mijały i czuł, iż żadna prawdziwa groza nie byłaby tak dręcząca, jak narastające w nim przekonanie, że ta istota jest według wszelkich ludzkich pojęć jakby przenicowana na lewą stronę: serce ma na wierzchu, a we wnętrzu jakąś powierzchowną płytkość”.



C.S. Lewis – Trylogia kosmiczna
(Media Rodzina, Poznań 2009)

Nieodmiennie zdumiewa mnie, jak duża liczba osób nie zdaje sobie sprawy, że Aslan z Narnii ma przedstawiać Jezusa Chrystusa. Owszem, przy pierwszym tomie można mieć jeszcze wątpliwości, ale w jednej z kolejnych części Aslan zmienia się w baranka i karmi dzieci rybami. Trudno to uznać za arcysubtelny symbol!

Tak jak Narnia powstała dla dzieci, tak „Trylogia kosmiczna”, czyli cykl trzech powieści o przygodach filologa Ransoma (Z milczącej planety, Perelandra, Ta straszna siła), powstała z  myślą o przemycaniu teologii w opowieściach fantastycznych dla dorosłych. Lewis napisał kiedyś, że dowolną jej ilość „można teraz przemycić do ludzkich umysłów pod płaszczykiem fikcji literackiej, a ludzie nawet nie będą zdawać sobie z tego sprawy”. Co prawda – trzeba przyznać – czynił to subtelnie jedynie w powieści otwierającej cykl, gdzie bohater (podobno wzorowany na Tolkienie, który był wielkim przyjacielem Lewisa) zostaje uprowadzony na Malakandrę (Marsa). Tam dowiaduje się, że wszechświat zamieszkują inne inteligentne istoty na różnych poziomach istnienia, a Ziemia jest w pewnym sensie wyjątkiem w Polu Arbola (Układzie Słonecznym), ponieważ znajduje się ona jakby w stanie kwarantanny. W „Perelandrze” nie ma już wahania, co do tożsamości pewnych bytów – jest to bowiem historia kuszenia pramatki Wenus na wzór ziemskiej Ewy. W trzeciej części trylogii dochodzi do walki z niebezpieczną i odrażającą organizacją, która usiłuje przeobrazić Ziemię w „nowy, wspaniały świat”, a której przeciwstawić się muszą... Pendragon i legendarny Merlin.

Obawiam się, że nie potrafię należycie docenić tej trylogii – poza paroma intrygującymi miejscami (np. pomysł z pływającymi wyspami i problem ze „stałością” lądu, dobre uchwycenie idiotycznie dziecinnej napastliwości szatana, „zimne małżeństwa”, ...), dla których warto po nią sięgnąć, zostawiła ona we mnie uczucie zawodu. Możliwe, że miałam zbyt dużo wyobrażeń na temat tych powieści. Możliwe, że po prostu – z braku „klasycznego” systemu edukacji – nie wzrusza mnie pomysł, że ziemskie mity (jak ten o Wenus i Marsie) są przebłyskami kosmicznej prawdy o naturze rzeczy (o „zarządcach” i ucieleśnieniach planet). Trudno też, by serce mi drżało z powodu słów takich jak „Brytania” czy „Król Artur” (już prędzej Joanna d’Arc przywiodłaby jakieś żywsze skojarzenia). Poza tym wyczuwam w treści jakieś fałszywe tony.  Może wynika to z faktu, że autor prywatnie bardzo się miotał w swej religijności, nie mogąc porzucić wpojonych uprzedzeń (zainteresowanych mogę odesłać do książki „C.S. Lewis a Kościół katolicki” Pearce’a) i coś z tej jego wewnętrznej burzy i niezdecydowania przesiąkło na karty powieści. Do wszystkiego dochodzi jeszcze główny bohater... Sama nie wiem -  bohaterowie Lewisa nigdy nie potrafili mnie do końca do siebie przekonać – nie odbieram ich jako pełnokrwistych postaci, tak też jest z nijakim, jak dla mnie, doktorem Ransomem.

Zdecydowanie wolę „Listy starego diabła do młodego” i „Podział ostateczny”.