poniedziałek, 8 października 2012

Podręcznik projektantów logo



Gareth Hardy – Podręcznik projektantów logo. Smashing magazine
(Helion, Gliwice 2012)

Sięgnęłam po tę książkę jako kompletny laik i... okazało się, że wcale takim laikiem nie jestem. Podręcznik nie zawiera bowiem niczego, na co nie wpadłby rozsądny człowiek, gdyby przyszło mu do głowy zaprojektować logo. Fakt, że nie każdy układ elementów graficznych dobrze się prezentuje, czy też to, że trzeba zastanowić się nad doborem kolorów, stanowczo nie są „poradami” wartymi 60 złotych. Jedną trzecią tekstu zajmuje prezentacja różnych logo, ale za te pieniądze wolałabym kupić album w całości im poświęcony. Nie mam pojęcia komu mogłaby się przydać ta książka.

Nie polecam.

poniedziałek, 10 września 2012

Zakończeniem jest śmierć



Agata Christie – Zakończeniem jest śmierć
(Wydawnictwo Dolnośląskie, 2011)

Dla złagodzenia niestrawnego suchara, którego zaserwował Joe Alex, dziś bardzo przyjemne, składające się prawie wyłącznie z dialogów czytadło o tajemniczych morderstwach, jakie wyniszczają majętną rodzinę grobowego kapłana w starożytnym Egipcie. Co prawda tożsamość mordercy nie jest zbyt trudna do rozgryzienia, a jak na opowieść dziejącą się w odległych czasach zadziwiać może ubóstwo opisów i brak jakichkolwiek ciekawostek na temat danej ery, ale – powiedzmy sobie szczerze – Christie nigdy nie była wirtuozem formy, za to umiała przedstawiać ciekawe, wciągające intrygi.

Jesteś tylko diabłem



Joe Alex – Jesteś tylko diabłem
(Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2011)

Mama powiedziała mi, że książki podpisywane pseudonimem Joe Alex sprzedawały się rewelacyjnie jako że stanowiły „powiew Zachodu” w szarych, ciężkich czasach. Rzeczywiście – tylko ciężkie czasy mogą usprawiedliwić wydanie podobnego farfocla.

Główny bohater jest bogatym i nieprzyzwoicie nudnym autorem kryminałów, który nie lubi ich pisać, podobnie jak nie lubi za bardzo rozwiązywać zagadek kryminalnych, ale nie jego wina, że jest tak genialny iż – mimo woli – osiągnął mistrzostwo obu fachów: literackiego i detektywistycznego. W ogóle to jest szalenie nieszczęśliwy, bo jego ukochana - ponętna Karolina, piękna archeolog, z którą miał się wylegiwać na greckiej plaży, nie uważa jego „zawodu” za rzecz godną statecznego mężczyzny. Och, cóż za życiowe udręki!

Żeby było gorzej, jest to postać opisywana na poważnie i bez szczypty humoru. Sam tekst jest zaś tak drętwy, że niemal coś chrzęściło mi w oczach, gdy przesuwałam wzrokiem po kolejnych linijkach. Rozwiązanie w gruncie rzeczy banalne, a zagadka zamkniętego pokoju rozwiązana – jak to bywa – w najprostszy możliwy sposób (tak! Drugi klucz! Cóż za zaskoczenie!).

Jeden z najgorszych kryminałów, jakie czytałam. Nie polecam.

sobota, 1 września 2012

Świadkowie Tajemnicy


„Najnowsze wyniki badań nad Całunem opublikowane zostały w grudniu 2011 roku przez włoskich naukowców z Narodowej Agencji ds. Nowych Technologii, Energii i Środowiska (ENEA), którzy po pięciu latach doświadczeń doszli do wniosku, że żadna znana technika sprzed XXI wieku nie pozwoliłaby stworzyć takiego obrazu, jaki widnieje na płótnie. Głębokość zabarwienia tkaniny wynosi bowiem około 200 nanometrów, czyli odpowiada grubości ściany komórkowej pojedynczego włókna materiału. Zdaniem badaczy podobny efekt można osiągnąć jedynie za pomocą lasera ultrafioletowego”.



Grzegorz Górny – Świadkowie Tajemnicy. Śledztwo w sprawie relikwii Chrystusowych.
(RosikonPress, Warszawa 2012)

Wydaje mi się, że to nie wierzący mają jakikolwiek problem z relikwiami, lecz niewierzący. Ci pierwsi są chyba nawet dość obojętni na kwestie prawdziwości czy nieprawdziwości Całunu. To niewierzący mają zaś wielki problem z tym, jak wyjaśnić to, co nie daje się wyjaśnić, a jest fizycznie namacalne (np. znikanie wizerunku na Całunie Turyńskim po podświetleniu od dołu, co dyskwalifikuje go jako malowidło, czy oblicze widoczne na bisiorze z jakiego wykonano chustę z Manoppello, czyli na materiale, na którym absolutnie nie da się malować). Czy to nie dlatego Całun Turyński jest najbardziej przebadanym naukowo przedmiotem na Ziemi?

Pomijając wiele aspektów, których nauka wyjaśnić nie może, Całun jest też solą w oku dla wrogów Kościoła, którzy z wielką determinacją próbują albo zaprzeczyć historycznemu istnieniu Jezusa, albo ośmieszają autorytet Biblii. Tymczasem Całun całkowicie potwierdza samym sobą prawdziwość opisów Ewangelicznych (tak jeśli idzie o czas historyczny, jak i same zdarzenia) – poczynając od rodzaju płótna, które mogło być jedynie żydowskim płótnem pogrzebowym, przez pyłki roślin, które kwitną jedynie w Judei, pył, który na pewno pochodzi z Jerozolimy (odkryty na stopach postaci z wizerunku!), kończąc na odciskach monet, które leżały na powiekach, a dzięki którym wiemy, że skazańca zabito za Poncjusza Piłata poprzez ukrzyżowanie, itp. Dowody naukowe jasno wskazują, że umęczony człowiek był srodze biczowany rzymskim biczem, nosił coś w rodzaju hełmu z cierni, dźwigał ciężki przedmiot na ramionach i przebito mu serce, które pękło z wysiłku i bólu. Ba, stwierdzono nawet, że przebicie boku wskazuje na rzymską szkołę posługiwania się bronią! Ciekawe, że już przy pierwszych badaniach Całunu (1902r.!) agnostyk i antyklerykał Yves Delage, który miał dowieść fałszerstwa wizerunku, orzekł, że szansa na to, iż jest to odbicie innej osoby niż Jezus Chrystus wynosi jeden do dziesięciu miliardów.

Album Górnego i Rosikonia można traktować jako małe kompendium na temat relikwii Chrystusowych: zwięźle opisuje ich historie i wyniki ekspertyz naukowych. Album jest bardzo ładnie wydany, prezentujący sporą liczbę zdjęć i grafik. Uczciwie jednak przyznaję, że same zdjęcia nie wywierają jakiegoś szczególnego wrażenia, a rozłożenie ich w książce – tak względem miejsca, jak i dobranej wielkości – trudno nazwać idealnym. Ale to zajmująca, godna uwagi pozycja, którą śmiało mogę polecić, co niniejszym czynię.

środa, 15 sierpnia 2012

Szepty zmarłych



Simon Beckett – Szepty zmarłych
(Amber, Warszawa 2011)

Kiedy zdecydowałam się wreszcie sięgnąć po thrillery medyczne i temu podobne bestsellerowe sensacje, starałam się mimo wszystko znaleźć jakieś pozytywne strony sztampowych, schematycznych, często niepotrzebnie rozwleczonych historii. Jednak chyba czas w ogóle przestać wspominać o podobnych książkach, bo ile razy mogę napisać: „można przeczytać, na szczęście – nie trzeba” albo: „jeśli już naprawdę nie macie nic innego do czytania w autobusie”... Naprawdę – byłoby zbyt wiele takich notek.

Seryjny morderca kontra patolog sądowy. Papierowe postaci, zupełnie bezpłciowy główny bohater, naciągana, schematyczna fabuła i boleśnie przewidywalne zagrania. Wiemy, kto zginie, a kto NA PEWNO przeżyje – wiemy także, gdzie pojawiają się zmyłki i jakiego będą one rodzaju. Tożsamość zabójcy jest tak zaskakująca, jak wschód słońca na wschodzie, a czytelnik oswojony z gatunkiem już przy opisie pierwszego miejsca zbrodni będzie umiał odpowiedzieć na każde pytanie, nad którym bohaterowie będą się głowić jeszcze przez wiele stron. Do tego banalnie prosty język do szybkiego wchłonięcia ogólnej nijakości. Faktycznie, bestseller.

piątek, 3 sierpnia 2012

Trylogia kosmiczna


„Gdyby atak był gwałtowniejszy, łatwiej byłoby mu się opierać, ale niesamowite połączenie złośliwości i jakby zdziecinnienia zbijało go z tropu i niemal paraliżowało. Był w pewnym sensie przygotowany na pokusy, bluźnierstwa, na jakąś kanonadę grozy i potworności, ale nie na te drobne, niezmordowane dokuczanie godne nieznośnego przedszkolaka. Godziny mijały i czuł, iż żadna prawdziwa groza nie byłaby tak dręcząca, jak narastające w nim przekonanie, że ta istota jest według wszelkich ludzkich pojęć jakby przenicowana na lewą stronę: serce ma na wierzchu, a we wnętrzu jakąś powierzchowną płytkość”.



C.S. Lewis – Trylogia kosmiczna
(Media Rodzina, Poznań 2009)

Nieodmiennie zdumiewa mnie, jak duża liczba osób nie zdaje sobie sprawy, że Aslan z Narnii ma przedstawiać Jezusa Chrystusa. Owszem, przy pierwszym tomie można mieć jeszcze wątpliwości, ale w jednej z kolejnych części Aslan zmienia się w baranka i karmi dzieci rybami. Trudno to uznać za arcysubtelny symbol!

Tak jak Narnia powstała dla dzieci, tak „Trylogia kosmiczna”, czyli cykl trzech powieści o przygodach filologa Ransoma (Z milczącej planety, Perelandra, Ta straszna siła), powstała z  myślą o przemycaniu teologii w opowieściach fantastycznych dla dorosłych. Lewis napisał kiedyś, że dowolną jej ilość „można teraz przemycić do ludzkich umysłów pod płaszczykiem fikcji literackiej, a ludzie nawet nie będą zdawać sobie z tego sprawy”. Co prawda – trzeba przyznać – czynił to subtelnie jedynie w powieści otwierającej cykl, gdzie bohater (podobno wzorowany na Tolkienie, który był wielkim przyjacielem Lewisa) zostaje uprowadzony na Malakandrę (Marsa). Tam dowiaduje się, że wszechświat zamieszkują inne inteligentne istoty na różnych poziomach istnienia, a Ziemia jest w pewnym sensie wyjątkiem w Polu Arbola (Układzie Słonecznym), ponieważ znajduje się ona jakby w stanie kwarantanny. W „Perelandrze” nie ma już wahania, co do tożsamości pewnych bytów – jest to bowiem historia kuszenia pramatki Wenus na wzór ziemskiej Ewy. W trzeciej części trylogii dochodzi do walki z niebezpieczną i odrażającą organizacją, która usiłuje przeobrazić Ziemię w „nowy, wspaniały świat”, a której przeciwstawić się muszą... Pendragon i legendarny Merlin.

Obawiam się, że nie potrafię należycie docenić tej trylogii – poza paroma intrygującymi miejscami (np. pomysł z pływającymi wyspami i problem ze „stałością” lądu, dobre uchwycenie idiotycznie dziecinnej napastliwości szatana, „zimne małżeństwa”, ...), dla których warto po nią sięgnąć, zostawiła ona we mnie uczucie zawodu. Możliwe, że miałam zbyt dużo wyobrażeń na temat tych powieści. Możliwe, że po prostu – z braku „klasycznego” systemu edukacji – nie wzrusza mnie pomysł, że ziemskie mity (jak ten o Wenus i Marsie) są przebłyskami kosmicznej prawdy o naturze rzeczy (o „zarządcach” i ucieleśnieniach planet). Trudno też, by serce mi drżało z powodu słów takich jak „Brytania” czy „Król Artur” (już prędzej Joanna d’Arc przywiodłaby jakieś żywsze skojarzenia). Poza tym wyczuwam w treści jakieś fałszywe tony.  Może wynika to z faktu, że autor prywatnie bardzo się miotał w swej religijności, nie mogąc porzucić wpojonych uprzedzeń (zainteresowanych mogę odesłać do książki „C.S. Lewis a Kościół katolicki” Pearce’a) i coś z tej jego wewnętrznej burzy i niezdecydowania przesiąkło na karty powieści. Do wszystkiego dochodzi jeszcze główny bohater... Sama nie wiem -  bohaterowie Lewisa nigdy nie potrafili mnie do końca do siebie przekonać – nie odbieram ich jako pełnokrwistych postaci, tak też jest z nijakim, jak dla mnie, doktorem Ransomem.

Zdecydowanie wolę „Listy starego diabła do młodego” i „Podział ostateczny”.

wtorek, 3 lipca 2012

Wiele ścieżek na różne szczyty


„Ilekroć spojrzę na wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa, myślę o głębokiej różnicy dzielącej chrześcijaństwo od buddyzmu. Na Zachodzie podkreśla się silnie osobowe Ja. Na Wschodzie nie ma żadnego Ja [...] W buddyzmie potrzebujemy jedynie oświecenia, a nie Ukrzyżowanego [...] Buddyzm wyjaśnia, że od samego początku nie ma żadnego Ja, które miałoby być ukrzyżowane”.
(D.T. Suzuki)

"Dopóki ktoś zbawia się tylko w swej jaźni, dopóty nie może dać światu ani miłości, ani cierpienia, nie ma z nim do czynienia. [...] Tylko wtedy, gdy kochamy świat prawdziwy, który nigdy nie chce dać się usunąć - i kiedy naprawdę kochamy go w całej grozie - mamy odwagę objąć go ramionami naszego ducha i nasze dłonie spotykają dłonie, które go trzymają".

(M. Buber)



Andrzej Siemieniewski – Wiele ścieżek na różne szczyty. Mistyka religii

„Czy duchowy mistrz wprowadzający w tajniki mistyki może być w równym stopniu Buddą i Jezusem, Zaratustrą i Mahometem? Czy może twierdzić, że wszystkie mistyczne drogi i tak zaprowadzą na tę samą górę? Czy też może różne mistyczne ścieżki prowadzą w rozbieżne strony, a wędrowcy postawią w końcu swoje stopy na całkiem różnych szczytach?”

Czasem zdarzyło mi się natrafić w Internecie chociażby na tapety, które upstrzone symbolami wszystkich wielkich religii niby tandetnymi logami firm, przekazywały hasło przewodnie: „Bóg jest zbyt wielki, by pomieściła go jedna religia”. Nierzadko natknęłam się też na twierdzenie, że wszystkie religie są równe – w znaczeniu: „wszystkie są równie prawdziwe” (nawet satanizm!) tudzież że: „wszystkie w zasadzie głoszą to samo”. Uważam, że trzeba naprawdę w bardzo ograniczonym stopniu używać intelektu, by móc wysnuć podobne brednie.

Gdybym była bogata, kazałabym przygotować wielki banner – z lewej strony uśmiechnięty, rozpływający się w błogości wizerunek Buddy, z prawej – wrzeszczący w agonii, rozrywany na krzyżu krwawy ludzki strzęp. A niżej napis: „Naprawdę twierdzisz, że głoszą to samo?”.

Celem plakatu nie byłoby przekonywanie ludzi do jednej czy drugiej religii, ale wymuszenie na nich tego zapomnianego ludzkiego odruchu zwanego myśleniem. Trzeźwym myśleniem i logiką.

Brak myślenia powoduje to złudne uczucie, że nie tylko więcej religie łączy niż dzieli, ale też że wybór religii jest czymś równie nieistotnym jak wybór dania w restauracji (że przypomnę Dalajlamę). Prowadzi to do ogłupiających prób łączenia odmiennie różnych religii a tym samym przekłamywania ich – z tym, że zwykle dzieje się to na szkodę chrześcijaństwa, praktycznie nigdy na szkodę innych religii. Wielu bowiem mistrzów buddyjskich czy nawet duchownych chrześcijańskich zaczyna tak interpretować Biblię, aby wyprowadzić z niej z góry założone wnioski. Osobiście nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by za pomocą sutr buddyjskich wskazywać, że buddowie przewidzieli Mesjasza czy zesłanie Koranu, ale dla wielu buddystów nie stanowi problemu wykazywanie, że cała cywilizacja zachodnia stanowczo myli się, odczytując Biblię. I stąd dowiadujemy się, że Jezus wcale nie powiedział tego, co powiedział, że zamiast odkupienia głosił nirwanę, a miast uzdrawiania, dawał ludziom oświecenie, zaś Maryja zawdzięcza „przebudzenie” sztuce odprzedmiotowiającej medytacji (!!!). Tymczasem: „jakkolwiek mało prawdopodobne może się to wydać komuś zafascynowanemu kategoriami buddyjskiej mistyki, Ewangelia ewidentnie opisuje osobę, dla której upragnionym doświadczeniem religijnym jest cud uzdrowienia, a nie oświecenie. (...) Każdy ma oczywiście prawo, aby nie widzieć w pragnieniu cudu pożytku dla duchowego wzrastania, ale nie można uważać, że do Jezusa ściągano z okolicznych miast i wsi, aby zaspokoić typowo buddyjskie pragnienie „oświecenia". Wszystko wskazuje na to, że ściągano do Niego, aby doświadczyć cudów i wysłuchać Dobrej Nowiny o Królestwie”.

Tzw. synkretyzm religijny ma doprowadzić do zunifikowana wszystkich wielkich religii, lecz w rzeczywistości jego celem jest rozmycie i zniszczenie chrześcijaństwa przez zastąpienie go „duchowością Wschodu”. Próby łączenia religii rozdzielonych przepaścią kończą się bowiem tym, że to nie Budda odkrywa Boga osobowego działającego w historii ludzkości, lecz Jezus zaczyna być utożsamiany z buddyjską Pustką bądź jakimś rodzajem duchowej energii kosmosu. Okazuje się wówczas, że Jezus nie był Synem Bożym, lecz nauczycielem medytacji, guru, oświeconym, zaś podstawowe pojęcia chrześcijaństwa – grzech i odkupienie, spotkanie z Osobą, dialog, muszą zostać bezwzględnie wyeliminowane. Oczywiście masa rodzących się pytań musi w tym miejscu zostać zignorowana, jeżeli chcemy zatuszować fakt istnienia nieprzekraczalnej przepaści. 

Jedno z takich pytań może brzmieć tak: dlaczego Jezus nie uczył technik oczyszczania jaźni i wchłaniania energii kosmosu, tylko modlitwy Ojcze nasz i mówił: „proście a otrzymacie”? Inne: po co dobrowolnie umierał na krzyżu, skoro cierpienie jest samym złem i nie ma mocy zbawczej? Albo: czemu Biblia podkreśla, że każdy z nas jest osobiście „utkany” przez Boga w łonach matek, że każdy dostanie absolutnie własne, wyróżniające imię (tzn. że każdy jest absolutnie wyjątkowy), skoro nie istnieje trwałe, wyjątkowe i unikatowe „Ja”, które może spotkać się z miłującym go wiecznym „Ty”?

Z zagadnieniem tym łączy się rozmydlanie pojęcia „mistyki”, które choć wywodziło się z chrześcijaństwa i przez 1000 lat oznaczało po prostu zjednoczenie w miłości z Jezusem Chrystustem (ale nie hindusko-buddyjskie „roztopienie” prowadzące do utraty „ego”!), dziś rozumiane jest co najwyżej jako przeżycie duchowe, nieokreśloną duchowość bądź „religię” w ogóle. „Określenie mistyczny ma swoją historię: w ciągu wielu wieków rozumiano je w Europie jako odnoszące się w bezpośredni sposób jedynie do przeżyć chrześcijan, przynajmniej niektórych, nazywanych właśnie wtedy „mistykami". Natomiast na przełomie XVIII i XIX wieku pojęcie to stało się bardziej mgliste i zaczęło być stosowane do doświadczeń najróżniejszych religii, nie tylko chrześcijańskiej. Jeszcze później pojawiła się linia myślenia zasadniczo odrzucająca mistycyzm jako zdecydowanie niechrześcijańskie podejście do wiary”.

W tym odrzuceniu dawnego pojęcia „mistyki” zawiera się też problem ignorowania zła samego w sobie. Nawet bowiem jeżeli tradycje religijne znają „mistykę zła”, to współcześni zwolennicy synkretyzmu zdają się wręcz świadomie ignorować ten fakt. „Pamiętać trzeba, że pojęcie „mistyki" niekoniecznie obejmuje tylko to, co należy ocenić pozytywnie. Pewną specyficzną, choć rzadko rozważaną w teologii formą mistyki, jest mistycyzm okultystyczny lub wręcz satanistyczny”. William Johnston napisał: "Tak wielu poszukujących, błąkając się po mistycyzmie azjatyckim albo po doświadczeniach narkotycznych i okultystycznych, ma wielkie oświecenia i piękne wizje. I lubią opowiadać o tym przyjaciołom albo pisywać artykuły do tygodników. Niech wezmą więc pod staranną uwagę, że Jezus miał wielkie oświecenie [na pustyni] spowodowane przez Szatana. Niech rozważą, że droga mistyczna jest pełna niebezpieczeństw i że jej rozeznawanie ma pierwszorzędne znaczenie. (...) Wyjątkowa cecha mistyki judeochrześcijańskiej polega na tym, że człowiek nawet na szczycie życia mistycznego, kiedy dotyka swego prawdziwego «Ja», jest wciąż zdolny do zła, i to do największego zła. Niczego takiego nie widzę ani w hinduizmie, ani w buddyzmie". Siemieniewski dodaje: „Chrześcijanie (a także Żydzi) nigdy nie uważali, że mistyka jest celem wiary, że mistyczne przeżycie samo w sobie tożsame jest ze zbawieniem albo że zbawienie gwarantuje. Mistyczne szczyty są wielką możliwością otwarcia się na duchowe dobro pochodzące od Boga, ale są także kulminacją możliwości otwarcia się na największe zło: największe - gdyż właśnie duchowe."

Gorąco zachęcam do zapoznania się z książką biskupa Siemieniewskiego – zwłaszcza, że udostępniono ją w sieci zupełnie za darmo.


Podglądanie Wszechświata



Michał Heller - Podglądanie Wszechświata
(Znak, 2011)

Czasami po zakupie książki, człowiek doświadcza nad wyraz przykrego rozczarowania. Tak było z nędznymi wymysłami Picoult, z porażającą nudą Gaimana, a ostatnio z równie nieatrakcyjnymi „Rakietowymi szlakami”. Do listy zakupowych pomyłek dołączam „Podglądanie wszechświata” Hellera.

Książka miała rzekomo ociekać ciekawostkami i zagadkami na temat kosmosu. Tymczasem jest ona bardzo zwięzłym, bardzo smętnym i nie wartym uwagi szkicem historycznym przedstawiającym dzieje kosmologii. Znacznie więcej naukowych ciekawostek znaleźć można w „wyznaniu ateisty” niż u księdza naukowca, u którego - co gorsza – wyczuwa się jakiś zupełnie niechrześcijański ton. Nie kupiłam jednak tej książki dla religii, a z chęci lepszego poznania faktów dotyczących badań kosmosu. I tutaj tytuł zawiódł mnie na całej linii.

Nie polecam!