piątek, 1 czerwca 2012

Coelho - dlaczego go nie czytam



* Paolo Coelho - Alchemik

Miałam koleżankę w liceum, która – jak mniemałam – miała lichy gust literacki. Toteż zdziwiło mnie, że to ona właśnie jako jedyna zauważyła coś, wydawałoby się, oczywistego – powiedziała: „Coelho to filozofia dla ubogich”. Zdaje się, że nie powinniśmy oceniać książek po tym, kto je czyta, bo może się to okazać bardzo niesprawiedliwe, ale nie jest dla mnie bez znaczenia, że najbardziej w klasie zachwycała się nim najzłośliwsza, najbardziej zadufana w sobie dziewczyna, zaś parokrotnie ktoś, kogo oceniłam jako dość ograniczonego intelektualnie, jako swego ulubionego pisarza wymieniał właśnie Coelho.

Powiem od razu – czytałam tylko jedną książkę Coelha, czytałam, bo musiałam (dodatkowe zajęcia z polskiego); pozostał mi po niej wielki niesmak i lata temu cisnęłam ją gdzieś w kąt, aby specjalnie się zgubiła. Nie mam pojęcia, gdzie teraz jest, i nie chcę czytać od tego pana już nic więcej.

W skrócie – „Alchemik” to bajka z przesłaniem, które głosi, że jeśli dążysz do spełnienia swych marzeń, cały kosmos dąży do tego. Gdyby to napisał jakiś hinduski guru, pewnie wzruszyłabym tylko ramionami, ale gdy takie brednie (powielane w swoistych kodeksach „wojowników światła”) są przedstawiane jako objawienie literackie, to wzbierają we mnie mdłości. Bohater pragnie tak bardzo zmienić się w wiatr, że to mu się w końcu udaje. I gdyby pozostawić to na poziomie bajki, czytadełka i nie trąbić na prawo i lewo, że Coelho to geniusz, objawiony wizjoner czy wielki pisarz (!), to nie powiedziałabym ani złego słowa i zwyczajnie zapomniała o tej opowiastce. Napiszę teraz coś bardzo złośliwego, ale trudno się powstrzymać – nikomu, broń Boże, niczego złego w życiu nie życzę, ale zastanawiam się, co by się stało, gdyby pan Genialny Pisarz dostał raka i nie wyzdrowiał. Czy powiedzielibyśmy, że siła jego marzeń nie była dość wielka, by nagiąć kosmos do jego woli?

Książki Coelha powinny się nazywać „Arcymądrości arcyoświeconego: tysiąc porad o miłości, życiu, kosmicznej samorealizacji i pieleniu ogródka”. Całe jego literackie kuglarstwo polega na tworzeniu zdań, które zdają się być esencjami mądrości na kosmiczną skalę, ale które w gruncie rzeczy nie znaczą nic albo mniej niż nic. Co to bowiem znaczy: „Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie?!” Otóż to znaczy ni mniej, ni więcej tylko: „srutu-tutu-pęczek-drutu”. Ani przez chwilę nie zamierzam kwestionować wagi pozytywnego nastawienia (chociaż wierzę, że można dążyć do realizacji marzeń i bez tego) ani wiary w dążeniu do celu, ale gorąco sprzeciwiam się głoszeniu z najwyższą powagą podobnych bełkotów (i tutaj czas na ultrazłośliwość – czy wszechświat sprzysiągł się, by spełnić szczere marzenia wielkich złoczyńców i zbrodniarzy znanych z historii?).

Gdy wpisałam sobie w wyszukiwarkę „Coelho cytaty”, wyskoczyły mi takie „objawienia”: "W życiu bowiem istnieją rzeczy, o które warto walczyć do samego końca", „Świadomość śmierci pobudza do życia” albo: „Czasami zło przychodzi pod maską dobra, lecz jego prawdziwym celem jest szerzenie zła.” Inteligentnemu człowiekowi załamują się w tej chwili ręce i opadają spodnie. Naprawdę? Czy to są naprawdę nowe, genialne mądrości, o których nikt nigdy nie słyszał? Ludzie kochani! – to nawet nie jest zapisane w formie dobrych aforyzmów! Nie ma żadnego powodu, by bawić się w wypisywanie cytatów Coelha, bo ludzie wszystkich wieków ujmowali te sprawy zgrabniej i z o wiele większym talentem!

Trudno nawet powiedzieć, jaka wizja świata wyłania się z „Alchemika” – co to znaczy, że „wszystko jest jednym”? To monizm czy jakiś panteizm? Hinduskie rozbicie bóstwa na wielość, która i tak kiedyś powróci do jedności (i w której ostatecznie wola ludzka nic nie znaczy)? A może to odmawianie światu realności istnienia w duchu hindusko-buddyjskim? „Alchemik” stwarza jedynie pozory uduchowienia, tak jak wokół autora budowana jest aura mędrca głoszącego swe „świetliste prawdy”, świetnie wpisujące się w omamiający bełkot zwolenników New-Age czy magii zwanej jogą (jogin ma w Indiach status czarownika).

Myślałam, że po „Alchemiku” pisarz nie oderwie się już od nurtu pseudofilozoficznego bełkotu, ale z nielicznych krytycznych recenzji reszty jego książek, widzę, że na dobre popadł w postmodernizm (czyli bredzenie o niczym dla samego bredzenia), a do tego przejawiać zaczął jakąś niezdrową fascynację wypaczoną seksualnością – ponoć w „Weronika postanawia umrzeć” kluczowym momentem odmieniającym wszystko na lepsze jest... samogwałt bohaterki (kosmiczne spełnienie ustępuje miejsca czysto zwierzęcemu samozaspokojeniu?). Jeżeli gwałt nigdy nie może być rzeczą dobrą, to tym bardziej samogwałt. Ale najwyraźniej u Coelha nawet coś tak niegodnego istoty rozumnej wpisuje się w magię wszechświata i zmienia ten wszechświat (tylko że to też żadna nowość – magia tantryczna pełna jest rytualnych praktyk seksualnych). Nie można odczytać tego inaczej jak promowania okultyzmu.

Odradzam, odradzam, stanowczo odradzam by zniżać się do książek „wszechmędrca” Coelha!

P.S. (14 XI 2012) Kiedy pisałam tę notkę zabrakło mi ważnej informacji. Mianowicie tej, że Coelho był w młodości zadeklarowanym anarchistą i satanistą. A to stawia jego twórczość w zupełnie nowym, jasnym dla mnie świetle. To nie jest nowoczesne bredzenie zwane literaturą popularną, ale głoszenie starych poglądów w nowej, atrakcyjnej dla niezbyt rozgarniętych czytelników formie - to ni mniej ni więcej tylko uświęcanie wszeteczeństwa, a zatem nakłanianie do wyrzekania się rozumu i godności istoty ludzkiej. Zatem szczerze radzę - nie babrajcie się w owych moralnie-intelektualnych ekskrementach zwanych satanizmem!

Ostatnie objawienie



Joseph Thornborn – „Ostatnie objawienie”
(Rafael, Kraków 2012)

Fani książek sensacyjnych z teoriami spiskowymi i zagadkami historii wpisanymi w fabułę mogli przez chwilę łudzić się, że dostaną jakąś solidną odpowiedź na obrażające rozum ludzki literackie pomyje Dana Browna (zobacz: Oszustwo Kodu Leonarda da Vinci) i dane im będzie przeczytać książkę opartą na konkretnych faktach, a nie wyłącznie na urojeniach i celowym przekłamywaniu. Niestety, „Ostatnie objawienie” nie jest tym, na co czekali.

Książka jest zwyczajnie bardzo mierna pod względem literackim – słaba forma, papierowe postaci, brak umiejętnego rozplanowania fabuły (równie dobrze można by uciąć większość początku i rozpocząć akcję od morderstwa, a nawet później) to jej najdotkliwsze wady. Mnie osobiście raziło zachowanie głównych złych, którzy co rusz wybuchają złowieszczym śmiechem (tak, jest to podkreślone, że chodzi o śmiech „złowieszczy”!) i beztrosko opowiadają sobie nawzajem swe tajne plany przejęcia władzy nad światem. Najgorsza jest zaś pewna literacka zmyłka, która sama w sobie jest chwytem tak żenującym, że aż dziw bierze, iż coś podobnego przeszło w ogóle przez jakąkolwiek redakcję (ostatnio z czymś podobnym spotkałam się jedynie w grze „Heavy Rain”).

poniedziałek, 28 maja 2012

Rakietowe szlaki t.1



Rakietowe szlaki t.I
(Solaris, Stawiguda 2011)

Nie lubię być oszukiwana. A permanentnie czuję się oszukiwana przez wydawców książek – nagminnie obiecują gruszki na wierzbie, a często też – tak jak w tym przypadku – w ogóle nie trzymają się własnych wytycznych. Kiedy bowiem na okładce umieszcza się napis: „antologia klasycznej SF”, to czytelnik ma prawo oczekiwać, że redaktor wie, co podpisze swoim nazwiskiem. Książki są horrendalnie drogie (ta również!), zatem nie fair jest dostarczać odbiorcy coś innego niż to, za co zapłacił. Opatrywanie opowiadania wyjaśnieniem, że nie mieści się ono w definicji gatunku, ale podoba się redaktorowi (!), uważam za kpinę. Jeśli antologia będzie się nazywać: „Ulubione opowiadania pana tego-a-tego dobrane bez ładu i składu”, to nie będę mieć pretensji. Natomiast kiedy płacę ciężkie pieniądze za zbiór klasycznego science-fiction, a dostaję opowiadanie o duchach, wojowniku ninja, kilkuzdaniowy żart i mierny esej o etyce, to mam prawo odczuwać złość, zwłaszcza że pozostałe teksty nie zachwycają.

Podobały mi się „Rejs po promieniu” i pomysł „Człowieka ze swoim czasem”. Przyjemnie czytało się też „Najdłuższy obraz świata” (ach, te puenty rodem ze „Strefy Mroku”!), „Powolne ptaki” czy „Bitwę”. O reszcie opowiadań z pewnością rychło zapomnę.

Co smutne, z pierwszych trzech przeczytanych przeze mnie tomów, ten jest zdecydowanie najlepszy (najgorszy jest tom trzeci – wstyd dać to komuś w prezencie).

środa, 2 maja 2012

Dlaczego najsłynniejszy ateista zmienił swój światopogląd

Jest powód, dla którego Einstein wściekał się, gdy nazywano go ateistą. Przed śmiercią zdążył poznać go również Antony Flew. Ten powód to DOWODY NAUKOWE.


Słynny ateista uwierzył w Boga. Jeden z czołowych ateistów świata wierzy teraz w Boga, powołując się na argumenty o charakterze zasadniczo naukowym”. Pod takim nagłówkiem 9 grudnia 2004 roku agencja Associated Press podała wiadomość, w której pisano: „Brytyjski profesor filozofii, będący od ponad pięćdziesięciu lat jednym z czołowych orędowników ateizmu, zmienił front.” (...)
            Co ciekawe, reakcja kręgów ateistycznych na depeszę AP graniczyła z histerią. Jedna z ateistycznych stron internetowych powołała nawet specjalnego korespondenta, który co miesiąc zamieszczał najnowsze materiały na temat odstępstwa Flew od prawdziwej wiary. W wolnomyślicielskiej blogosferze zaroiło się od niedorzecznych przytyków i sztubackich karykatur. Ludzie, którzy piętnowali inkwizycję i palenie czarownic na stosach, teraz upajali się własnym polowaniem na heretyka. Orędownicy tolerancji okazali się mało tolerancyjni. Najwyraźniej zelanci religijni nie mają monopolu na dogmatyzm, nieokrzesanie, fanatyzm i manię prześladowczą.
            Jednak oszalały tłum nie jest w stanie zmienić przeszłości. A dokonania Flew na niwie ateizmu przewyższają wszystko, co mają do zaproponowania dzisiejsi ateiści”.

„Jeśli chodzi o ocenę „apostazji” Flew, Dawkinsowi zapewne nigdy nie przyszło na myśl, że filozofowie – wielcy czy mniej znani, młodzi czy starzy – zmieniają poglądy kierując się dowodami”.
                        (z Przedmowy)



Anthony Flew – Bóg istnieje. Dlaczego najsłynniejszy ateista zmienił swój światopogląd.
(Fronda, Warszawa 2010)

Chesterton napisał kiedyś: „Kiedy wreszcie przestanę pisać eseje i porzucę złudne miraże rozsądku na rzecz problemów wiecznie aktualnych, jakie są poruszane w tanich romansach, chciałbym przedtem stworzyć ostatnią książkę - gniewną, wściekłą książkę, skierowaną do racjonalistów i żądającą od nich, by przestali być tak kompletnie irracjonalni”, pewien kardynał (pamięć mnie zawodzi który) powiedział zaś: „Mój Boże! W ile rzeczy trzeba wierzyć, żeby być ateistą!”. Wielkim propagandowym osiągnięciem ateistów jest to, że wpoili w społeczeństwo przekonanie, że autentycznie istnieje coś takiego jak spójny, uporządkowany, pełny i racjonalny system ateistyczny, oraz to, że ich ateizm opiera się na czymkolwiek innym niż wiara. Tymczasem, jak to wykazał Tresmontant w „Problemie istnienia Boga”, Sartre, jedyna osoba na świecie, która próbowała stworzyć coś w rodzaju ateizmu absolutnego, mimowolnie wykazała, że całkowity ateizm może równać się jedynie całkowitemu absurdowi, a żaden z dzisiejszych modnych, walczących ateistów (jak Dawkins) nawet nie spróbował podjąć problemu istnienia praw fizyki i podległego im, uporządkowanego, podtrzymującego życie i działającego wedle dającej się poznać umysłem logiki wszechświata (ateistyczny fizyk, który fakt powstania życia kwituje słowami „zdarzył się cud”, może dać do myślenia!).

Smutne jest to, że ludzie powołujący się na rozum i logikę, nie widzą swych własnych błędów logicznych, swego zaślepienia i fanatyzmu. Dawkins, który przyznał, że jego światopogląd opiera się na wierze, nadal uważa kwestię istnienia Boga za problem czysto naukowy, choć nawet pozytywiści nie byli tak głupi, by móc godzić się na podobne sprzeczności. Ignoruje on fakt, że jego własna wiara nie może być podparta żadnym dowodem i bezlitośnie wyśmiewa i atakuje tych, którzy ośmielają się posiadać choć odrobinę odmienne zdanie od niego (ale czego spodziewać się po kimś, kto pracę rzekomo naukową rozpoczyna od słów: „Moim celem jest z każdego człowieka uczynić ateistę” i kto celowo przekłamuje wypowiedzi Einsteina). To właśnie dlatego Chesterton napisał kiedyś o materialiście: „Już dawno doszedł do wniosków, które determinują wszelkie inne wnioski. To nie dowody naukowe sprawiły, że zaakceptował materializm. To materializm zabrania mu akceptować dowody naukowe.” Ja do dziś czekam, i świat też czeka, na jakikolwiek argument tych głośnych „nowych ateistów” przemawiający za ateizmem, który nie będzie błędem logicznym, który nie będzie się miał do prawdziwie logicznej argumentacji jak pięść do nosa, który nie będzie opierał się na wyrywanych z kontekstu wypowiedziach i przeinaczaniu prawdy (przy celowym ignorowaniu niewygodnych kwestii i świadomym przekłamywaniu), słowem – na argument rozumny. I jedno jest pewne – od takich jak Dawkins na pewno się ich nie doczekamy. 

Przejście Anthony'ego Flew do obozu teistów nie jest niczym więcej, jak tylko naturalnym rezultatem osiągnięcia konkluzji w rozumowaniu. Kiedy matematyk osiąga absurdalny wynik, musi dojść do wniosku, że albo popełnił błąd w wyliczeniach, albo że same założenie jest błędne. To byłoby działanie racjonalne; Dawkins i jemu podobni wybrali inną opcję – fanatycznie obstawanie przy swoim. Flew ze swej strony napisał: „Wierzę teraz, że wszechświat powołała do istnienia nieskończona Inteligencja. (...) Dlaczego w to wierzę, skoro przez ponad pół wieku broniłem światopoglądu ateistycznego? Najkrócej mówiąc dlatego, że moim zdaniem taki właśnie obraz świata wyłania się ze współczesnej nauki. (...) Krótko mówiąc, moje odkrycie Boga wynikło z pielgrzymki rozumu, a nie wiary”.

Autor nad wyraz zwięźle przedstawia swą drogę do rozumowego czy intelektualnego odkrycia Boga jako jedynego sensownego wyjaśnienia problemów istnienia wszechświata i uporządkowania materii. Książkę uzupełniają dwa interesujące dodatki – krytyka „nowego ateizmu” Varghese’a i rozmowa Flew o Jezusie z N. T. Wrightem. Dlaczego o Jezusie akurat, skoro autor rozumowo przyjął wiarę w Boga, ale nie wiarę w jakiekolwiek objawienie (bo to dopiero następny krok, jak sam zauważył)? Napisał: „Szczerze mówiąc, uważam, że religia chrześcijańska jest jedyną religią, która w sposób oczywisty zasługuje na szacunek i cześć, niezależnie od tego, czy jej pretensje do tego, że została objawiona przez Boga, są uzasadnione. Żadna inna religia nie ma równie wspaniale uzupełniających się propagatorów jak z jednej strony charyzmatyczny Jezus, z drugiej zaś pierwszorzędny intelektualista św. Paweł. Praktycznie całą pracę intelektualną związaną z interpretacją treści chrześcijaństwa wykonał św. Paweł, człowiek obdarzony znakomitym umysłem filozoficznym, a także potrafiący mówić i pisać we wszystkich liczących się w owym czasie językach. Jeżeli sądzicie, że prawdziwa religia Wszechmocnego dopiero zostanie ustanowiona, to wydaje mi się, że będzie musiała zmierzyć się z chrześcijaństwem”.

Czy małpa może przypadkowo wystukać na klawiaturze sonet Szekspira? Albo – czy wszechświat zmieniony w komputer mógłby go losowo wygenerować? Jak to matematycznie wykazać? O tym dowiecie się z tej książki!

W ogrodzie nocy


Catherynne M.Valente - W ogrodzie nocy
(MAG, Warszawa 2009)

Są takie książki, w których wyczuwamy, że autor nie radzi sobie z narzucanym sobie stylem – np. gdy próbuje sprawić wrażenie, że rozmowa odbywa się w dawnych wiekach, gdzie posługiwano się innymi słowami czy odmienną składnią, ale ponieważ ma o tym mgliste pojęcie, efektem jest rażąca sztuczność. Podobne uczucie towarzyszyło mi przy lekturze pierwszego tomu „Opowieści sieroty” – autorka tak bardzo chciała, by wszystko było tu bajkowe, niezwykłe i fantastyczne, że w rezultacie przesadziła z całą tą cudownością narracji i opisów, racząc nas – między innymi – powracającymi raz po raz niepotrzebnymi porównaniami. Mamy więc na ten przykład księcia, który był jak lew, co „hasa po stepach niczym groźny wiatr” i wyrusza z zamku „jak jastrząb na łowy”, krokami, które były „czarne (???) i bezdźwięczne na sosnowych igłach”. W końcu przyczaił się, by zapolować na gęś, której oczy były „bardzo dziwne, bezkresne i dalekie jak jesienny księżyc, pozbawione źrenic i pełne wyrazu. Ale książę, szybki jak wilk o lśniącym futrze, uniknął ich spojrzenia”. Zaraz po zabiciu gęsi, dopadła go dziwna starucha, której wycie „wstrząsnęło cyprysami i dębami, wibrując w powietrzu jak ostatnie tony strzaskanego fletu”. A to wszystko na niecałych pierwszych sześciu stronach! Trzydzieści stron dalej wysiadłam z tego dziwacznego pociągu.

Ponieważ sama mam sentyment do nieco napuszonego liryzmem stylu, a moje dawne utwory z pewnością mogłyby zabłysnąć niejednym nieuświadomionym kwiatkiem, to jednak brakuje mi cierpliwości, by po takim zdaniu: „W powietrzu unosiły się szmaragdowe nuty pieśni żab, a sowy snuły lśniące pasma dźwięków, odpoczywając na czarnych gałęziach, spowite woalem fiołkowego tchnienia kwiatów jakarandy”, za którym zaraz przybywa następne, w którym księżyc jak wydęty żagiel płynie przez rozfalowane morze i tnie szafirową pianę rozjarzonym dziobem, mieć jeszcze ochotę na następne czterysta dwadzieścia stron. A potem na tom drugi.

Człowiek w labiryncie



Robert Silverberg – Człowiek w labiryncie / Stacja Hawksbilla
(Solaris, Stawiguda 2008)

Brakowało mi czegoś w rodzaju opowiadań P.K. Dicka – darujmy sobie formę, ale pomysły chłonęło się z przyjemnością. W przypadku Silverberga formą też nie mamy co się przejmować – jest poprawna i to musi wystarczyć (lecz i tak lepsza od całej masy tego, co oferuje nam chociażby Fabryka Słów), ale za to sam pomysł fabularny - w „Człowieku w labiryncie” bohater ze „skazą” zafundowaną mu przez obcą cywilizację ucieka od całej ludzkości, by schronić się na prastarej planecie, na której wznosi się liczący kilka milionów lat przedziwny labirynt, zdający się istnieć tylko po to, by zabijać każdego, kto zechce się zapuścić w jego przerażające korytarze - chłonie się jak najlepsze odcinki „Strefy Mroku” (chociaż raczej przewidywalne zakończenie rozczarowuje).

Krótko - „Człowiek w labiryncie” to dobre czytadło na odprężający wieczór, zaś „Stację Hawksbilla” (więźniowie polityczni zsyłani w przeszłość do epoki późnego kambru) można sobie odpuścić.


wtorek, 1 maja 2012

Prawdziwe oblicze islamu


"W krajach islamu prześladowanie chrześcijan jest na porządku dziennym. Od czasu wydarzeń z karykaturami w 2005 roku w przeciągu roku w Nigerii zostało zamordowanych 50 tys. chrześcijan!"

"Niestety, niemal wszystkie informacje o prześladowaniu chrześcijan w krajach arabskich są przez media przemilczane. Czy znany jest np. fakt, że w Sudanie w przeciągu 15 lat zostało zamordowanych 3 miliony chrześcijan? Prawdziwe ludobójstwo! Kilka tygodni temu miałem okazję wysłuchać świadectwa matki, której syn – egipski kopt - został w bestialski sposób torturowany i zamordowany tylko dlatego, że nie chciał się wyrzec swojego chrześcijańskiego imienia! Niestety, takich przykładów przemocy można przytaczać wiele."

(fragment wywiadu z Jeanem Alcaderem)





Jean Alcader – Prawdziwe oblicze islamu
(Antyk, Komorów 2011)


Czytając „Co tak naprawdę mówi Koran”, zastanawiałam się, jak zwykły muzułmanin może twierdzić, że Koran jest absolutnie nieomylny, a potem zajrzeć do niego i przeczytać – na ten przykład -  że chrześcijanie wierzą w Trójcę złożoną z Ojca, Syna i Maryi (!), że Abraham był wujkiem Mahometa (!!), a Maryja siostrą Mojżesza (!!!).  Po przeczytaniu krótkiego wywiadu z Jeanem Alcaderem, islamologiem arabskiego pochodzenia, postanowiłam sięgnąć po jego książkę, nie pojmując, jak to możliwe, że gdy ktokolwiek próbuje zabronić muzułmankom noszenia burek, media protestują na prawo i lewo, natomiast o faktach masowego mordowania i prześladowania chrześcijan nie mówi nikt.

Chesterton nazwał raz islam parodią chrześcijaństwa, Oriana Fallaci pisała o plagacie religii żydowskiej i chrześcijaństwa, a Alcader wyjaśnia, jakie są podstawy do wydawania podobnych opinii, poddając islam szeregu analiz, m.in. historycznej, logicznej, socjologicznej, itp.. Zauważa on na przykład, że dziwnym jest, iż Allah objawia Mahometowi, że nie ma syna. „Skoro nie ma syna, to po co musiał to mówić, by następnie zostało to ogłoszone ludowi?” I dlaczego w czasie pasterki w Betlejem rozlegają się akurat te słowa Koranu, które mówią, że Allah nie ma dziecka? Autor pisze: „to właśnie sprzeciw wobec Wcielenia Boga i wobec konsekwencji tej tajemnicy – a mianowicie łaski Odkupienia – określa naturę islamu!”. Islam – przekonuje nas Alcader – opiera się wyłącznie na sprzeciwie i negacji. Sens wyznania wiary „Nie ma boga prócz Allaha” może być zachowany jedynie wówczas, gdy zakłada się uprzednie istnienie przeciwników tej wiary. To coś zupełnie innego niż chrześcijańskie Credo – islam nie posiada pozytywnego wyznania wiary: „islam niczego nie orzeka w formie twierdzącej, a jedynie przeciwstawia się twierdzeniom już wcześniej wyrażonym na gruncie judeochrześcijańskim”. „Ów islam opierający się zasadniczo na negowaniu nie ma więc swojej własnej tożsamości. Jego racją bytu, motorem działania, jest sprzeciw i walka”.

Autor pisze o nienawiści muzułmanów do krzyża, wpajanej nawet malutkim dzieciom (dochodzącej nawet do tego, że odmawia się używania znaku „plus” w działaniach matematycznych, a samolotom SwissAir-u nie wolno lądować w Arabii Saudyjskiej!), o pełnych agresji atakach na wszystkich nie-muzułmanów (wliczając w to ateistów) lub „zdrajców” religii ojców, o straszliwej nędzy krajów islamskich, skrzętnie ukrywanej przed zachodnimi mediami, o poniżeniach, jakie nieustannie spadają na wszystkich „niewiernych”, którym z racji wyznania nie przysługują „prawa obywatelskie”, dołączając tym samym do zbywanych na Zachodzie milczeniem krytyków, którzy zauważają, że nie istnieje coś takiego, jak dialog z islamem: każdy bowiem może swobodnie poddawać Biblię dowolnej analizie krytycznej i domagać się naukowych, np. archeologicznych czy historycznych, weryfikacji. Ale kto może poddać takiej analizie Koran? W krajach muzułmańskich (np. w Maroku) karze się ludzi za samo posiadanie Biblii. Kto w Europie karze za posiadanie Koranu?

„To nie przypadek, że na Zachodzie mamy do czynienia w szczególności z napływem obywateli krajów arabskich, z czego 90% to muzułmanie! Skoro islam jest dla nich „wszystkim” (jak deklarują), skoro jest tak wspaniały, to dlaczego chcą być jak najdalej od islamskich reżymów, masowo emigrując, i dlaczego ludzi Zachodu nie ciągnie jakoś do osiedlania się w krajach muzułmańskich?”

Czy wiesz, Czytelniku, co to są „sine kości”? Czy wiesz, ile islamskich ośrodków władzy ze świata arabskiego potępiło zamach z 11 września? (Bardzo się zdziwisz!) Czy myślisz, że w języku arabskim istnieje słowo oznaczające „laickość”? Czy wiesz, jaki jest stosunek wiz do krajów europejskich wydawanych muzułmanom z krajów arabskich do wiz wydawanych nie-muzułmanom? Czy uważasz, że wolno Ci nie wiedzieć?

Piknik na skraju drogi



Arkadij i Borys Strugaccy - Piknik na skraju drogi
(Prószyński i S-ka, Warszawa 2011)

Chyba znowu wyjdę na jedyną osobę, która kręci nosem na coś, co jest obiektem powszechnego i niekwestionowanego zachwytu, ale... nie rozumiem. Kompletnie nie rozumiem, czym tu się zachwycać w „Pikniku...”. Dobrze, pomysł jest fajny – Obcy wylądowali w paru miejscach na Ziemi i te miejsca uległy dziwnym przeobrażeniom, a my nigdy nie dowiadujemy się, czemu ci z gwiazd nas nawiedzili (o ile w ogóle się nami przejmowali) i czy w ich działaniu był jakiś głębszy sens – ale język tej książki odrzuca mnie i nie pozwala mi ani na chwilę poddać się zawierzeniu. 

Przyznaję bez bicia, że nie potrafię wskazać, co właściwie jest nie tak z narracją i bohaterami, ale w istocie coś w tym języku staje między mną a historią na podobieństwo betonowego muru – a jak można przeżywać beton? Chociaż przyznaję i to – styl momentami przywodził mi na myśl popłuczyny z Fabryki Słów (vide: „Nocarz”), z tym, że w „Pikniku...” da się jeszcze wyczuć literaturę (a nie literacką papkę). Luzackość? Ale Chandler też był luzacki, a nie odrzucał.

Odpowiadając na domyślne niezadowolenie fanów (Strugackich? Gry „S.T.A.L.K.E.R.”?): „Jak jesteś taka mądra, to podaj przykład dobrze napisanego science-fiction”, wskazać mogę na wspaniałą książkę „Głos Pana” i na naprawdę wciągające (niestety, dopiero od połowy) „Fiasko” (litościwie przymknę oko na zupełnie bezkrwistych, papierowych bohaterów).

Podobno „Piknik...” to – jeśli wierzyć recenzentom i fanom – najlżejsza powieść Strugackich. W takim razie już więcej nie sięgnę po żadną ich książkę. Nie zamierzam oceniać „Pikniku”, nie wiem, czy to książka słaba czy dobra – mogę jedynie stwierdzić, że to nie moja filiżanka herbaty, jak mawiają Anglicy.