środa, 2 maja 2012

W ogrodzie nocy


Catherynne M.Valente - W ogrodzie nocy
(MAG, Warszawa 2009)

Są takie książki, w których wyczuwamy, że autor nie radzi sobie z narzucanym sobie stylem – np. gdy próbuje sprawić wrażenie, że rozmowa odbywa się w dawnych wiekach, gdzie posługiwano się innymi słowami czy odmienną składnią, ale ponieważ ma o tym mgliste pojęcie, efektem jest rażąca sztuczność. Podobne uczucie towarzyszyło mi przy lekturze pierwszego tomu „Opowieści sieroty” – autorka tak bardzo chciała, by wszystko było tu bajkowe, niezwykłe i fantastyczne, że w rezultacie przesadziła z całą tą cudownością narracji i opisów, racząc nas – między innymi – powracającymi raz po raz niepotrzebnymi porównaniami. Mamy więc na ten przykład księcia, który był jak lew, co „hasa po stepach niczym groźny wiatr” i wyrusza z zamku „jak jastrząb na łowy”, krokami, które były „czarne (???) i bezdźwięczne na sosnowych igłach”. W końcu przyczaił się, by zapolować na gęś, której oczy były „bardzo dziwne, bezkresne i dalekie jak jesienny księżyc, pozbawione źrenic i pełne wyrazu. Ale książę, szybki jak wilk o lśniącym futrze, uniknął ich spojrzenia”. Zaraz po zabiciu gęsi, dopadła go dziwna starucha, której wycie „wstrząsnęło cyprysami i dębami, wibrując w powietrzu jak ostatnie tony strzaskanego fletu”. A to wszystko na niecałych pierwszych sześciu stronach! Trzydzieści stron dalej wysiadłam z tego dziwacznego pociągu.

Ponieważ sama mam sentyment do nieco napuszonego liryzmem stylu, a moje dawne utwory z pewnością mogłyby zabłysnąć niejednym nieuświadomionym kwiatkiem, to jednak brakuje mi cierpliwości, by po takim zdaniu: „W powietrzu unosiły się szmaragdowe nuty pieśni żab, a sowy snuły lśniące pasma dźwięków, odpoczywając na czarnych gałęziach, spowite woalem fiołkowego tchnienia kwiatów jakarandy”, za którym zaraz przybywa następne, w którym księżyc jak wydęty żagiel płynie przez rozfalowane morze i tnie szafirową pianę rozjarzonym dziobem, mieć jeszcze ochotę na następne czterysta dwadzieścia stron. A potem na tom drugi.

Człowiek w labiryncie



Robert Silverberg – Człowiek w labiryncie / Stacja Hawksbilla
(Solaris, Stawiguda 2008)

Brakowało mi czegoś w rodzaju opowiadań P.K. Dicka – darujmy sobie formę, ale pomysły chłonęło się z przyjemnością. W przypadku Silverberga formą też nie mamy co się przejmować – jest poprawna i to musi wystarczyć (lecz i tak lepsza od całej masy tego, co oferuje nam chociażby Fabryka Słów), ale za to sam pomysł fabularny - w „Człowieku w labiryncie” bohater ze „skazą” zafundowaną mu przez obcą cywilizację ucieka od całej ludzkości, by schronić się na prastarej planecie, na której wznosi się liczący kilka milionów lat przedziwny labirynt, zdający się istnieć tylko po to, by zabijać każdego, kto zechce się zapuścić w jego przerażające korytarze - chłonie się jak najlepsze odcinki „Strefy Mroku” (chociaż raczej przewidywalne zakończenie rozczarowuje).

Krótko - „Człowiek w labiryncie” to dobre czytadło na odprężający wieczór, zaś „Stację Hawksbilla” (więźniowie polityczni zsyłani w przeszłość do epoki późnego kambru) można sobie odpuścić.


wtorek, 1 maja 2012

Prawdziwe oblicze islamu


"W krajach islamu prześladowanie chrześcijan jest na porządku dziennym. Od czasu wydarzeń z karykaturami w 2005 roku w przeciągu roku w Nigerii zostało zamordowanych 50 tys. chrześcijan!"

"Niestety, niemal wszystkie informacje o prześladowaniu chrześcijan w krajach arabskich są przez media przemilczane. Czy znany jest np. fakt, że w Sudanie w przeciągu 15 lat zostało zamordowanych 3 miliony chrześcijan? Prawdziwe ludobójstwo! Kilka tygodni temu miałem okazję wysłuchać świadectwa matki, której syn – egipski kopt - został w bestialski sposób torturowany i zamordowany tylko dlatego, że nie chciał się wyrzec swojego chrześcijańskiego imienia! Niestety, takich przykładów przemocy można przytaczać wiele."

(fragment wywiadu z Jeanem Alcaderem)





Jean Alcader – Prawdziwe oblicze islamu
(Antyk, Komorów 2011)


Czytając „Co tak naprawdę mówi Koran”, zastanawiałam się, jak zwykły muzułmanin może twierdzić, że Koran jest absolutnie nieomylny, a potem zajrzeć do niego i przeczytać – na ten przykład -  że chrześcijanie wierzą w Trójcę złożoną z Ojca, Syna i Maryi (!), że Abraham był wujkiem Mahometa (!!), a Maryja siostrą Mojżesza (!!!).  Po przeczytaniu krótkiego wywiadu z Jeanem Alcaderem, islamologiem arabskiego pochodzenia, postanowiłam sięgnąć po jego książkę, nie pojmując, jak to możliwe, że gdy ktokolwiek próbuje zabronić muzułmankom noszenia burek, media protestują na prawo i lewo, natomiast o faktach masowego mordowania i prześladowania chrześcijan nie mówi nikt.

Chesterton nazwał raz islam parodią chrześcijaństwa, Oriana Fallaci pisała o plagacie religii żydowskiej i chrześcijaństwa, a Alcader wyjaśnia, jakie są podstawy do wydawania podobnych opinii, poddając islam szeregu analiz, m.in. historycznej, logicznej, socjologicznej, itp.. Zauważa on na przykład, że dziwnym jest, iż Allah objawia Mahometowi, że nie ma syna. „Skoro nie ma syna, to po co musiał to mówić, by następnie zostało to ogłoszone ludowi?” I dlaczego w czasie pasterki w Betlejem rozlegają się akurat te słowa Koranu, które mówią, że Allah nie ma dziecka? Autor pisze: „to właśnie sprzeciw wobec Wcielenia Boga i wobec konsekwencji tej tajemnicy – a mianowicie łaski Odkupienia – określa naturę islamu!”. Islam – przekonuje nas Alcader – opiera się wyłącznie na sprzeciwie i negacji. Sens wyznania wiary „Nie ma boga prócz Allaha” może być zachowany jedynie wówczas, gdy zakłada się uprzednie istnienie przeciwników tej wiary. To coś zupełnie innego niż chrześcijańskie Credo – islam nie posiada pozytywnego wyznania wiary: „islam niczego nie orzeka w formie twierdzącej, a jedynie przeciwstawia się twierdzeniom już wcześniej wyrażonym na gruncie judeochrześcijańskim”. „Ów islam opierający się zasadniczo na negowaniu nie ma więc swojej własnej tożsamości. Jego racją bytu, motorem działania, jest sprzeciw i walka”.

Autor pisze o nienawiści muzułmanów do krzyża, wpajanej nawet malutkim dzieciom (dochodzącej nawet do tego, że odmawia się używania znaku „plus” w działaniach matematycznych, a samolotom SwissAir-u nie wolno lądować w Arabii Saudyjskiej!), o pełnych agresji atakach na wszystkich nie-muzułmanów (wliczając w to ateistów) lub „zdrajców” religii ojców, o straszliwej nędzy krajów islamskich, skrzętnie ukrywanej przed zachodnimi mediami, o poniżeniach, jakie nieustannie spadają na wszystkich „niewiernych”, którym z racji wyznania nie przysługują „prawa obywatelskie”, dołączając tym samym do zbywanych na Zachodzie milczeniem krytyków, którzy zauważają, że nie istnieje coś takiego, jak dialog z islamem: każdy bowiem może swobodnie poddawać Biblię dowolnej analizie krytycznej i domagać się naukowych, np. archeologicznych czy historycznych, weryfikacji. Ale kto może poddać takiej analizie Koran? W krajach muzułmańskich (np. w Maroku) karze się ludzi za samo posiadanie Biblii. Kto w Europie karze za posiadanie Koranu?

„To nie przypadek, że na Zachodzie mamy do czynienia w szczególności z napływem obywateli krajów arabskich, z czego 90% to muzułmanie! Skoro islam jest dla nich „wszystkim” (jak deklarują), skoro jest tak wspaniały, to dlaczego chcą być jak najdalej od islamskich reżymów, masowo emigrując, i dlaczego ludzi Zachodu nie ciągnie jakoś do osiedlania się w krajach muzułmańskich?”

Czy wiesz, Czytelniku, co to są „sine kości”? Czy wiesz, ile islamskich ośrodków władzy ze świata arabskiego potępiło zamach z 11 września? (Bardzo się zdziwisz!) Czy myślisz, że w języku arabskim istnieje słowo oznaczające „laickość”? Czy wiesz, jaki jest stosunek wiz do krajów europejskich wydawanych muzułmanom z krajów arabskich do wiz wydawanych nie-muzułmanom? Czy uważasz, że wolno Ci nie wiedzieć?

Piknik na skraju drogi



Arkadij i Borys Strugaccy - Piknik na skraju drogi
(Prószyński i S-ka, Warszawa 2011)

Chyba znowu wyjdę na jedyną osobę, która kręci nosem na coś, co jest obiektem powszechnego i niekwestionowanego zachwytu, ale... nie rozumiem. Kompletnie nie rozumiem, czym tu się zachwycać w „Pikniku...”. Dobrze, pomysł jest fajny – Obcy wylądowali w paru miejscach na Ziemi i te miejsca uległy dziwnym przeobrażeniom, a my nigdy nie dowiadujemy się, czemu ci z gwiazd nas nawiedzili (o ile w ogóle się nami przejmowali) i czy w ich działaniu był jakiś głębszy sens – ale język tej książki odrzuca mnie i nie pozwala mi ani na chwilę poddać się zawierzeniu. 

Przyznaję bez bicia, że nie potrafię wskazać, co właściwie jest nie tak z narracją i bohaterami, ale w istocie coś w tym języku staje między mną a historią na podobieństwo betonowego muru – a jak można przeżywać beton? Chociaż przyznaję i to – styl momentami przywodził mi na myśl popłuczyny z Fabryki Słów (vide: „Nocarz”), z tym, że w „Pikniku...” da się jeszcze wyczuć literaturę (a nie literacką papkę). Luzackość? Ale Chandler też był luzacki, a nie odrzucał.

Odpowiadając na domyślne niezadowolenie fanów (Strugackich? Gry „S.T.A.L.K.E.R.”?): „Jak jesteś taka mądra, to podaj przykład dobrze napisanego science-fiction”, wskazać mogę na wspaniałą książkę „Głos Pana” i na naprawdę wciągające (niestety, dopiero od połowy) „Fiasko” (litościwie przymknę oko na zupełnie bezkrwistych, papierowych bohaterów).

Podobno „Piknik...” to – jeśli wierzyć recenzentom i fanom – najlżejsza powieść Strugackich. W takim razie już więcej nie sięgnę po żadną ich książkę. Nie zamierzam oceniać „Pikniku”, nie wiem, czy to książka słaba czy dobra – mogę jedynie stwierdzić, że to nie moja filiżanka herbaty, jak mawiają Anglicy.

piątek, 27 kwietnia 2012

Don Camillo





 „- Wszystko w porządku, Panie Jezu, zrobiłem tak, jak mi podpowiedziałeś.
- Wspaniale, don Camillo, ale powiedz mi, czy sugerowałem ci również i to, żebyś go złapał za nogi i wrzucił do kanału?”

 I pomyśleć, że gdyby Guareschi omyłkowo nie wysłał swej krótkiej humoreski o proboszczu, wójcie i Chrystusie do innej gazety niż zamierzał, być może nie mielibyśmy cudownej serii o don Camillo.

Co jest najcudowniejsze w tych krótkich opowiastkach to to, że są one tak bardzo i na wskroś ludzkie – ludzki jest tytułowy proboszcz, który bije się czasem na pięści, kombinuje, pozwala, by wychodziła z niego złośliwa małpa i tracąc panowanie nad sobą, omal nie doprowadza do tragedii, ale który nigdy – nawet popełniając grzech – nie traci świadomości i rozeznania dobra i zła, i który w pełni rozumie sedno rzeczy. Ludzki jest wójt choleryk, tyran i komunista, który mimo szczerego oddania dla czerwonego absurdu, nie potrafi nie pomóc bliźniemu w potrzebie ani ostatecznie zerwać z Bogiem i Kościołem. Ludzki wreszcie jest sam Chrystus z  ołtarza, który dogłębnie rozumie (choć nie jest tym zachwycony), że czasem ludzie muszą dać sobie solennie po mordach, aby się pojednać i sobie dopomóc.

Humor i prawda o życiu - oto czym stoją opowiadania Guareschiego. Tym pierwszym można się autentycznie zachwycić i jeszcze długo po lekturze wspominać sobie zabawne sytuacje i potyczki słowne księdza z komunistami. W jednej z moich ulubionych scen proboszcz anonimowo wypisuje pod plakatem partii parę swych „luźnych myśli”, co prowadzi do tego, że następnego dnia miasteczko oblepione jest odpowiedzią takiej treści: „Niech nasz nieznany polemista przeciwnik zajmie się lepiej wykonywaniem obowiązków księdza!”. W innej scenie Chrystus zapytuje don Camilla, czy zamierza odpowiedzieć na złośliwy pamflet partii. Ksiądz rzecze: „Wszystko w rękach Boga”, co wywołuje szybką reakcję Jezusa, który odkrzykuje: „Jak w rękach Boga, skoro w kieszeni trzymasz brudnopis odpowiedzi?!”.

Nie wszystkie opowiadania to prozatorskie perełki – czasem melodramatyzm, nadmierny liryzm i patetyzm co poniektórych z trudem daje się przetrawić, inne przywodzą na myśl najsmętniejsze lektury szkolne pokroju „Naszej szkapy”, jeszcze inne rażą zbytnią przewidywalnością. Mnie osobiście bardzo przeszkadzało powracanie wątku odkrywania skarbów w malutkim kościółku don Camilla – a to jakaś drogocenna figura się tam znalazła, a to malowidło pod tynkiem, a to liczne sekrety czekały na odkrycie na strychu czy na dzwonnicy: czasami miało się wrażenie, że ten kościół postawiono na złocie i diamentach! Mimo wszystko seria stanowi tak orzeźwiającą i podbudowującą lekturę, treściwą i napisaną sprawną ręką człowieka zdolnego i wrażliwego, że można jej bardzo wiele wybaczyć. Dla mnie - bomba!

Evviva don Camillo!

Giovanni Guareschi – Don Camillo
(Pax, Warszawa 1990)

Giovanni Guareschi – Towarzysz don Camillo
(Pax - Palabra, Warszawa 1993)

Giovanni Guareschi – Ludziska
(Pax - Palabra, Warszawa 1993)

Giovanni Guareschi – Wiosna don Camilla
(Pax - Palabra, Warszawa 1995)

Giovanni Guareschi – Lato don Camilla
(Palabra, Budgoszcz1995)

Giovanni Guareschi – Jesień don Camilla
(Palabra, Budgoszcz 1995)

Giovanni Guareschi – Zima don Camilla
(Palabra, Warszawa 1996)

Giovanni Guareschi – Don Camillo i ludzkie kłopoty
(Palabra, Warszawa 1996)

Giovanni Guareschi – Blady wymoczek
(Pax, Warszawa 2009)

Giovanni Guareschi – Don Camillo i don Chichi
(Pax, Warszawa 2009)

Giovanni Guareschi – Ciao, don Camillo
(Pax, Warszawa 2011)



wtorek, 3 kwietnia 2012

Rysunek



Betty Edwards – Rysunek: odkryj talent dzięki prawej półkuli mózgu
(Aha!, Łódź 2006)

Jestem bardzo ostrożna wobec ludzi, którzy radzą rozwijać w sobie takie a siakie zdolności mózgu. A to dlatego, że zwykle zaczyna się od ćwiczeń pamięci czy świadomego śnienia, a kończy (jak to można stwierdzić choćby po „racjonalnych” grupach „miłośników samorozwoju”) na magii (zwłaszcza Huna i Reiki), samouzdrowianiu się oddechem i łączeniu z kosmosem w odmiennych stanach świadomości. Na szczęście, autorka omawianej tu książki nie odpływa w te niebezpieczne, ogłupiające rejony, choć jak większość ludzi Zachodu ma ciągoty do jakichś obszarów duchowości, których teoretycy zdają się - w jej mniemaniu - potwierdzać idee, w które święcie wierzy.

Już po tytule mogłam stwierdzić, że w książce znajdzie się jakiś cytat z mistrzów zen, i – jakżeby inaczej! – taki właśnie się znalazł. Bardzo nie lubię, gdy ludzie nie pojmujący o co chodzi w zen rzucają sobie podobnymi cytatami na prawo i lewo, bo zdają się akurat pasować do sytuacji (zresztą równie bezmyślnie, nagminnie często rzuca się zdaniami z Biblii). Gdyby pani Edwards naprawdę wczytała się w mistrzów zen, odkryłaby, że i rysowanie, i pisanie książek, i jakiekolwiek inne zajęcie, nie tylko artystyczne, są uważane w drodze zen za zbyteczne i niepotrzebne. Inne nieporozumienie ma miejsce przy wierszu Kiplinga o dwóch stronach głowy. Nie jestem specjalistką od literatury angielskiej, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Kipling pisał o twarzy i tyle głowy, a nie – jak życzyłaby sobie pani Edwards – o przeczuwaniu dwóch odmiennych w zadaniach półkulach mózgu (na litość Boską!). Wypisywanie tabelek z podziałem ról w teoriach ying i yang czy wymienianie paru sławnych leworęcznych osób, z których zdecydowana większość nie może służyć za jakikolwiek autorytet, wzbudzała we mnie chęć potrząśnięcia autorką i przestrzeżenia jej, żeby aż tak nie odpływała w przestrzenie i zjawiska, o których nie ma bladego pojęcia.

Wspomnę jeszcze na chwilę o „miłośnikach samorozwoju”, ponieważ coraz częściej poprzez takie społeczności przedziera się do nas chwytliwa teoria, jakoby coś takiego jak „talent” w ogóle nie istniało (nierzadko w odwołaniu właśnie do książki pani Edwards). Ludzie wspierający tego typu hipotezy twierdzą jakoby Mozart wcale nie miał talentu a był po prostu wdrażany od maleńkości przez ojca muzyka do tworzenia symfonii. I tu jest właśnie miejsce, gdzie ludzie ci czynią błąd w myśleniu – można bowiem wdrożyć siebie lub kogoś do pisania symfonii, owszem, ale absolutnie nikt nie wdroży siebie ani nikogo innego do płodzenia arcydzieł. Mam na myśli to, że zwolennicy podobnych teorii mylą „talent” z „umiejętnością”, czy też „zdolnością”. Zdolność można nabyć, talent jest zaś czymś nieuchwytnym, jakąś iskrą, która pozwala się realizować w ten a nie inny sposób. Możemy wszyscy ciężko się szkolić i poświęcać wszystkie nasze siły, by posiąść zdolność pisania symfonii, ale to ani trochę nie wpłynie na fakt, że mało który z nas napisze coś naprawdę porywającego i wspaniałego. Niesamowitość muzyki Bacha to nie tylko kwestia umiejętności – nieważne jak wielkich. To coś eterycznego, co przerasta samą li tylko zdolność i zdatność. Albo się to widzi, albo nie. Innymi słowy – talent i zdolność to dwie różne sprawy. Kiedy mówię, że wszyscy mogą pisać czy rysować, mam na myśli to, że każdy może posiąść zdolność czynienia tych rzeczy i pogłębiać je aż do mistrzostwa. Ale to wcale nie znaczy, że mamy w sobie to coś, co poprowadzi nas do stworzenia dzieła wiekopomnego. Dlatego słuszniej byłoby przetłumaczyć książkę pani Edwards (zgodnie z oryginałem) na: „Rysowanie prawą półkulą mózgu” lub zastąpić „odkryj talent” na „posiądź zdolność” – nie o talent bowiem tu idzie, lecz o sprawność, zdatność, możność, którą najlepiej przyrównać do umiejętności pisania.

Nie mogę się powstrzymać, by wskazać tutaj na zamieszczone w książce rysunki syna autorki. Człowiek ten niewątpliwie posiadł umiejętności rysunkowe, natomiast kompletnie nie ma talentu do rysowania autoportretów (i to chyba matczyna miłość przesłania autorce ten prosty fakt, że to nie nastrój jej syna decyduje o wyglądzie autoportretu, jak twierdzi, ale to jego brak talentu w tym względzie sprawia, że każdy z nich wygląda jak wizerunek całkowicie innego modela). Jego przykład dobrze ilustruje poruszany problem - wyuczenie się zdolności takich jak rysowanie czy pisanie jest niewątpliwie rzeczą wspaniałą, ale nikogo nie czyni ona Mozartem ołówka czy słowa.

Tak więc mamy do czynienia z książką, która ma nam pomóc posiąść zdolność (nie talent!) realistycznego rysowania. Podobnie bowiem jak w szachach, gdzie nie inteligencja, a zmysł obserwacji ma pierwszorzędne znaczenie, tak rysowanie opiera się na umiejętności patrzenia. Sęk w tym, że każda z naszych półkul „widzi” świat inaczej i w większości przypadków lewa półkula (werbalna, analityczna, kategoryzująca) dominuje nad prawą (analogiczną, nie kategoryzującą, poznającą niewerbalnie) i tłumi ją. Lewa półkula dąży do szybkiego rozpoznania i sklasyfikowania przedmiotu, dlatego męczy ją długa, szczegółowa obserwacja, która jest niezbędna w rysowaniu realistycznym. Gorzej, że lewa strona tak bardzo stara się dominować, że prędzej wywoła w nas frustrację i złość niż pozwoli prawej, lepiej przystosowanej do zadań „bezpojęciowych” (gdzie potrzebne jest bardziej wyczucie niż myślenie – jak w jeździe samochodem czy rowerem) podjąć problem. Potrzebne są więc nam takie ćwiczenia, przy których lewa półkula, nie mogąc analizować, klasyfikować i nazywać, wycofa się z działania.

„Czym jest rysowanie? Natychmiastowa odpowiedź brzmi: rysowanie to „kopiowanie” tego, co widzisz na płaszczyźnie obrazu”.

Cieszy mnie, że dzięki książce pani Edwards dowiedziałam się o istnieniu takich ćwiczeń jak rysunek konturowy czy rysowanie powierzchni negatywowych. Są to rzeczy niezwykle ciekawe same w sobie i bardzo pomocne w rozwijaniu „artystycznego widzenia” i koordynacji ręka-oko. Gorzej, że sam podręcznik jest dość niezręcznie napisany: autorka pisze zbyt rozwlekle, powtarza się, mało w nim pożądanej, technicznej klarowności i solidnej redaktorskiej ręki. Niekiedy autorka niepotrzebnie udziwnia i modyfikuje istniejące ćwiczenia – np. każąc rysować mi maluteńkie zmarszczki na dłoni zamiast samej dłoni ze zmarszczkami. Bezużytecznie zaśmieca też marginesy cytatami, które w zestawieniu z treścią danego rozdziału obrazują jej własne i całkowicie nam zbędne nadinterpretacje (jak wspomniany wiersz Kiplinga).

Przyznam, że książka miała dla mnie wartość informacyjną, natomiast jako produkt sam w sobie niczym specjalnie mnie nie zauroczyła. Zamiast trzymać się ściśle instrukcji autorki, wolę kierować się wskazówkami z sieci na temat danych ćwiczeń albo robić daną rzecz całkowicie po swojemu. Zabrakło mi tu też praktycznych porad i wskazówek, jakich czasem udzielają aspirujący bądź doświadczeni rysownicy bazujący na własnych doświadczeniach (typu: odwróć szkic na lewą stronę, by ocenić jego poprawność). Niemniej muszę przyznać, że w mrowiu poradników dotyczących rysowania – w większości bardzo lichych - pozycja wyróżnia się zdecydowanie na plus.

P.S. Zapomniałam skarcić panią Edwards za szerzenie powszechnych bredni, jakoby skrajna prawicowość prowadziła do faszyzmu. Trzecia Rzesza była pierwszym w świecie państwem socjalnym - zresztą NDSAP to przecież narodowy socjalizm.

poniedziałek, 5 marca 2012

Gra Endera



*Orson Scott Card – Gra Endera
(Prószyński Media, Warszawa 2009)

Fabuła – książek, filmów czy gier – może być zupełnie nieprawdopodobna i całkowicie zakręcona, ale jeśli jest dobrze poprowadzoną historią, wywoła w odbiorcy uczucie zawierzenia i wciągnie go w swoją logikę i prawa. Zawierzenie było właśnie moim głównym problemem przy „Grze Endera” – absolutnie nie udało mi się uwierzyć w głównego bohatera tej powieści.

Ziemia atakowana jest przez obcych, a jedynym ratunkiem okazać się mogą wybitnie uzdolnione dzieci, które w teorii szkoli się za pomocą specjalnych gier, by w przyszłości dowodziły realnymi oddziałami kosmicznej armii, a w praktyce... Cóż, nie będę psuć nikomu fabuły, ale chyba nie trudno domyślić się intrygi dorosłych (ktoś pamięta film „Zabaweczki”?). Tutaj pojawia się Ender – rzekomo genialny małoletni strateg, nudny jak flaki z olejem i kompletnie niebudzący mojej sympatii bohater.

Ktoś rozczarowany powieścią wyznał, że nie widzi różnicy między Enderem a pierwszym lepszym generałem Napoleona. Miałam bardzo podobne odczucia. Z jednej strony zapewnia się nas, że Ender jest genialny i błyskotliwy, a z drugiej człowiek nie doświadcza tej genialności. Owszem, dzieci, którym wmawia się genialność zwykle są nudne i dość irytujące w swym pozbawionym dogłębnej znajomości życia mędrkowaniu, ale Ender mentalnie w ogóle nie jest dzieckiem tylko jakimś zblazowanym dorosłym po kilku rozwodach i z problemem alkoholowym – bohaterem, którego najwłaściwiej byłoby umieścić w jakiejś zapyziałej spelunce, by wzdychał do sufitu, jak mu jest ciężko.

Do nieprzekonywującego bohatera dochodzi to, że historia po prostu się zestarzała i to szybko: cały ten pomysł, że potrzebne nam genialne dzieci do rozgrywania gier wojennych, nie wytrzymuje po prostu kolizji z dzisiejszą rzeczywistością, w której wcale nie bystre ani specjalnie uzdolnione małolaty poradziłby sobie o wiele lepiej niż Ender i to z palcem w uchu. Z tego powodu spore partie tekstu, jak choćby treningi dzieci w specjalnej komorze, wydają się być czymś tak odrealnionym jak wyprawa na księżyc sterowcem.

Myślę, że tu objawia się też główny problem autora – sam nie widział w swoim bohaterze dziecka, dlatego do jego przyciężkawej psychiki zmęczonego życiem dorosłego dorobił jeszcze wszystkie te skomplikowane szkolenia, wirtualne psychoanalizy, podczas gdy rzeczywistość domagałaby się banalnej prostoty działania („Zabaweczki”!). Przyznam, że nieco rozbawiło mnie, gdy pod koniec książki jeden z dorosłych oświadcza z surową powagą: „To musiało być dziecko”. Miałam ochotę poklepać go po ramieniu i powiedzieć: „Pan chyba pomylił książki. Ender nigdy nie był dzieckiem (przypuszczam, że reprezentuje zmanierowane alter ego autora), a nawet gdyby był, wasz program szkoleniowy raz dwa przemieniłby go w jałowego emeryta, pozbawionego błyskotliwości, świeżego spojrzenia i tej nieskrępowanej wyobraźni, o którą chyba panu chodziło, a którą cudownie byście zdławili w zarodku, razem ze szczerym zainteresowanie czytelnika”.

Mały plusik mogę przyznać za zakończenie książki i niektóre pomysły (żołnierz wysłany w kosmos). Nie mogę powiedzieć, że stanowczo odradzam czytanie; powiem tylko, że nie rozumiem powszechnego zachwytu nad Enderem.

5=/10

wtorek, 21 lutego 2012

Bez rodziny



*Hector Malot - Bez rodziny
(Nasza Księgarnia, Warszawa 1987)

„Jestem znajdą. Jednak do ósmego roku  życia wierzyłem, że jak inne dzieci mam matkę, bo kiedy płakałem, podchodziła do mnie pewna dobra kobieta, tuliła mnie i kołysała w ramionach tak czule, że przestawałem płakać”.

Nigdy nie lubiłam „Małego Księcia”. Zawsze też odrzucało mnie od książek w stylu „Tajemniczego ogrodu” czy „Małej Księżniczki”. Tym bardziej zdumiało mnie to, że naprawdę wciągnęłam się w naciąganą fabularnie i naiwnie rozwiązaną historię sieroty imieniem Remi, który zmuszony jest wałęsać się po świecie z mini trupą cyrkową (na którą składają się pewien staruszek i jego tresowane zwierzęta) w poszukiwaniu własnego miejsca, które mógłby nazwać domem.

Powieść napisana jest prostym, zgrabnym stylem, zawiera „sentymentalne momenty”, pobudza do wzruszeń, a jej bohater jest tak piękny fizycznie jak i duchowo – na pierwszy rzut oka nie ma w niej zatem nic, co mogłoby podobać się czternastoletniej dziewczynie, którą byłam, a która szczerze nie znosiła historii w rodzaju Oliwiera Twista, za to lubiła nieco napuszony literacki styl. Przeczytałam ją jednak błyskawicznie, autentycznie ciesząc się z każdego melodramatycznego zwrotu akcji (Czy tresowana małpka wyzdrowieje?! Ach! Ach!). Nie wiem, czy spodobałaby mi się dzisiaj, ale wspominam ją ciepło – to całkiem sympatyczna, budząca rozrzewnienie bajka z obowiązkowym szczęśliwym zakończeniem. Szczerze mówiąc, szkoda że to nie ona była lekturą obowiązkową zamiast paru innych nudnawych pozycji, jakie kazano nam czytać w podstawówce. Powieść Malota to książka, którą z chęcią podarowałabym kiedyś własnemu dziecku.

Jako ciekawostkę dodam, że przygody Remiego zostały parokrotnie wykorzystane przez Japończyków jako podstawa serialu animowanego – w jednej wersji zmieniono mu nawet płeć! (ummm... kawaii??)