piątek, 14 października 2011

Czyściciel




Paul Cleave – Czyściciel
(KDC, 2011)

Niestety, w powieści o seryjnym zabójcy nie ma tego, na co liczyłam – wciągającego śledztwa, zagadki, ani zaskakującego (rzekomo „przewrotnego”) finału. Jest za to wszystko, co sprawi, że książka dobrze się sprzeda – banalnie prosta forma, nieskomplikowana treść, akcja i brutalność, obowiązkowa polana seksualnym wyuzdaniem.

Gdybym musiała powiedzieć coś dobrego, to chyba to, że jak większość literatury masowej da się to to w sumie jakoś przeczytać. Ale naprawdę nie chcę polecać książki o miażdżeniu jąder. Nie jest bez znaczenia, co czytamy i oglądamy, tak jak nie jest bez znaczenia, czym się żywimy. Dlatego nie polecam.

Z takimi książkami jest dzisiaj tak, jak z horrorami – ja uwielbiam horrory, które straszą. Dzisiaj jednak przeważają horrory zwyczajnie obrzydliwe a nie straszne. Podobnie w książkach brutalność i seks zastępują całe napięcie i suspens. Niestety. Chciałby człowiek niepokojącą „Psychozę”, a ma banalnego „Czyściciela”.

czwartek, 6 października 2011

Głupota w stanie czystym albo: Ameba zamiast mózgu



Hubertus von Schoenebeck – Kocham siebie takim, jakim jestem
(Impuls, 2009)

Są takie książki, których nie trzeba czytać, aby przekonać się o bezdennej głupocie ich autorów. Starczy je przekartkować. Oto jedna z nich.

Książka w skrócie mówi o tym, że sam mam być dla siebie najważniejszy, że jest prawdą tylko to, co ja zechcę uznać za prawdę (!), że nie muszę być odpowiedzialny za nikogo (!) i że szczęście leży w uznaniu samego siebie za pępek świata i swobodzie seksualnej dla wszystkich.

Nie wiem, jaki kolor ma niebo w świecie, w którym przebywa umysł autora, ale taki na przykład pomysł, że człowiek sam z siebie wie, co jest dla niego dobre (a to właśnie usiłuje nam wpoić ta książka), jest tak absurdalny, sprzeczny z wszelką logiką, nauką, doświadczeniem i życiem w ogóle, że nie wiem nawet, z której strony uderzyć w ten idiotyzm.

Prawda jest bowiem taka, że z dziecka nie wyciągnie się nic, czego się uprzednio tam nie włożyło. Dziecko nie powie nam bowiem nawet, co uważa za dobre dla siebie – jak chciałby autor – jeśli nie nauczy się go mówić, tzn. jeśli nie przekaże mu się języka, gramatyki i miliona niezbędnych doświadczeń potrzebnych do wyartykułowania jednego, sensownego zdania. Ba, człowiek nie zacznie nawet chodzić prosto sam z siebie, jeśli nie będzie wzrastać przy chodzących ludziach (patrz: dzieci chowane przez wilki). Inny przykład? Człowiek nigdy sam nie wpadnie na to, by jeść warzywa czy owoce i będzie się całym sobą bronił przed próbowaniem nowych potraw, jeśli rodzice nie przyuczą go do próbowania rozmaitych rzeczy. Tak!

W normalnym świecie dziecko może rozbić sobie głowę o krawędź stołu, oblać się wrzątkiem lub nawet zabić drugie dziecko i siebie samo (przypadkiem albo nie). Ale w świecie autora dzieci są wszechświadome, z gruntu dobre i wolne od złych, egoistycznych pociągów (najwidoczniej nie czytał „Władcy Much”), a do tego najpewniej same z siebie są życzliwe i chętne do dzielenia  się (no to nie wiem, czemu każdy rodzic na planecie Ziemia musi przechodzić przez tę lekcję nauki dzielenia się, przy której nie brak często i łez, i złości, i szarpania).

Już zdania, które możemy znaleźć w przedmowie, potrafią zszokować: „Ja zdecydowałem się przyjść na świat, poprzez tych rodziców, w tym czasie i w moim czasie go opuszczę”.
Aż brak mi słów. Autor najwidoczniej sam zdecydował się narodzić (zaistnieć?) i miał na to wpływ – może więc popełniam błąd, traktując go jak człowieka?

Parę stron dalej czytamy: „Nie istnieją źli ludzie – nie istnieje zło”.
Najwidoczniej moim błędem jest nie tylko traktowanie autora jako człowieka, ale i miejsca, które on opisuje, jako Ziemi.

Dalej znajdujemy takie kwiatki jak:

- „Człowiek jest organizmem godnym zaufania”.
Co ma znaczyć ten bełkot? A pantofelek nie jest organizmem godnym zaufania? Czy nie mogę ufać bakteriom wspomagającym trawienie?

- „Każdy sam tworzy sobie rzeczywistość”.
No dobrze, to czemu potępiać tych, którzy nie wierzą, że Holocaust naprawdę się zdarzył? Ktoś inny uważa, że ziemia jest płaska, a zwierzęta to proste maszyny, które nie znają cierpienia (i można im urywać łapki czy ogony). Ja od dziś nie zamierzam uznawać Układu Słonecznego. No i co?

- „Każdy posiada całkowitą władzę nad sobą samym”.
Niesamowite. Ciekawe, czy autor potrafi przez miesiąc nie pomyśleć ani razu o wielbłądzie, jeśli mu się każe?
Człowiek, panie autorze, nie potrafi panować nawet nad własną świadomością, a cóż dopiero mówić o podświadomości! Tak przy okazji -  wie pan, co to jest "afekt"?

- „Każdy od urodzenia sam odczuwa, co jest dla niego najlepsze”.
Niektórzy od maleńkości odczuwają nieodpartą potrzebę obrywania kota ze skóry albo podpalania czego się da. Niestety, źli ludzie przeszkadzają im się realizować.

­– „Człowiek jest społecznie godny zaufania”.
Ha, ha, ha, ha!

Jedźmy dalej: „Dzisiaj wiemy, że mamy pełne prawo do naszej seksualności i wszystkiego, co z nią związane”.
Otóż jestem przekonana, że ruch walczący o przyznanie pedofilom statusu mniejszości seksualnej bez problemu znajdzie na swą obronę takie przypadki dzieci, które w całej swej szczerości będą bardzo zadowolone z faktu obcowania płciowego z dorosłymi mężczyznami, tak jak zoofil będzie mógł znaleźć potulną i całkowicie poddaną mu i widocznie zadowoloną owcę. Czy to jest powód, by przestać traktować ich jako dewiantów i przyklaskiwać ich pożądaniom?

„Ufam sobie jako przyczynie wszystkich rzeczy”.
Na to pięknie odpowiedział kiedyś Chesterton: „Ci, którzy wierzą w siebie najbardziej, są w zakładach dla umysłowo chorych”.

„Uważam się za centrum Wszechświata”.
... Czy ja naprawdę muszę komentować podobne rzeczy?

„Kocham siebie samego i w mojej miłości własnej ogarniam ciebie i świat jako części mnie”.
Zaczynam podejrzewać, że autor należy do jakiegoś gatunku kosmicznych ameb. W świecie ludzi bowiem kocha się kogoś innego dlatego, że nie jest mną; pomimo tego że nie jest mną, a na pewno nie częścią mnie.

„Moje szczęście może być naturalnie równoznaczne z bólem innych, ale jest to coś, na co ja nie mam już wpływu. (...) Ja czynię jedynie to, co dla mnie najlepsze i co najlepiej potrafię. Kiedy sprawia ci to ból, to jest to z pewnością twoja prawidłowa reakcja – ale to jest twoja reakcja, w najmniejszym stopniu nie dotyczy ona mnie”.
... Czy to jest podręcznik dla socjopatów? Przypomina mi to niektóre ze stwierdzeń Kinseya, który uznał, że pedofilia jest równie dobra i właściwa jak homoseksualizm. Pisał, że nawet jeśli dziecko płacze, krzyczy, wyrywa się i broni, to w gruncie rzeczy nie ma czym się przejmować, bo i tak z pewnością jest mu równie dobrze, jak temu, kto z nim obcuje (zobacz: „Demon Południa”).

Jak większość szarlatanów, autor widzi przyszłą szczęśliwą ludzkość żyjącą w całkowitej i nieskrępowanej wolności seksualnej – bo przecież swobodny i pozbawiony wstydu seks z każdym i wszędzie ma jakąś magiczną moc wysysania z ludzi egoizmu, zachłanności i żądzy (przypominają mi się Ursula LeGuin i LeClezio z ich naiwnymi utopiami)!

No i oczywiście, autor nie byłby prawdziwym pseudomyślicielem, gdyby nie zahaczył jakoś o Biblię i Jezusa – każdy z tych miłujących ludzkość autorów podobnie żenujących podręczników musi bezsprzecznie wiedzieć lepiej od samego Jezusa to, o czym On nauczał. „Ja jestem Prawdą i Życiem” oznacza więc tak naprawdę „jestem centrum wszechświata – jestem prawdą i życiem” w odniesieniu do każdego. Chodzi zatem o dewizę każdego egoistycznego bydlaka, bandyty i zboczeńca.

„Pomysł, jakoby człowiek był zły i niebezpieczny, to bezsens”.
Ciekawe, jak autor wyjaśniłby te wszystkie eksperymenty psychologiczne, w których normalni ludzie zamykani w odosobnieniu stawali się szybko agresywni wobec siebie i tępili jedni drugich? Albo dlaczego dzieci pozbawione wszelkiego nadzoru stają się agresywnymi tyranami a nie życzliwymi aniołkami?

„Punktem odniesienia wszystkich – również naukowych wniosków – jestem ja sam”.
Dlaczego ludzie, którzy głoszą takie brednie, nigdy nie zakwestionują niebezpieczeństwa łykania cyjanku?

„Każdy akt pedagogiczny wyrządza nam krzywdę!”
Nie uczmy dzieci chodzić prosto ani mówić! Ani nie zabraniajmy im wkładać sobie nożyczek w oczy!

„Atomowe zagrożenie odeprze nasza miłość własna”.
... ... ... ... ... ... ... Ratunku!

Dzieci, w których nie ma ni grama egoizmu, miłość własna zapewniająca pokój wszystkim istotom, rzeczywistość, która nie istnieje obiektywnie... Ciekawa musi być ta planeta ameb, z której przysłano nam te książkę.


czwartek, 29 września 2011

Nieznane arcydzieło



Honore de Balzac – Nieznane arcydzieło
(WAB, 2009)

„Miałbym studiować niedoskonały język ludzi, ja, który posiadłem klucz słowa niebiańskiego?”

Na książkę składają się dwa opowiadania Balzaca: „Nieznane arcydzieło” i „Gambara” – oba poruszają wątek przepaści między wizją artystyczną a rzeczywistością. W pierwszym genialny malarz usiłuje zakląć w portrecie, z którym mierzy się od dekady, samo życie. W drugim kompozytor opanowany jest ideą stworzenia arcydzieła o niepojętym wręcz rozmachu.  Obaj potrafią pięknie wyłożyć swe sny, prawić o  czysto technicznej strukturze dzieł, które – dzięki swej formalnej doskonałości - wyrażą wszelkie głębiny ducha, ale rezultatem ich wysiłków jest jedynie bezkształt i chaos. Niezrozumiani geniusze czy godni politowania szaleńcy? – któż zdoła osądzić (zauważmy, że żyjemy w czasach, w których byle chlaśnięcie farbą o płótno może zostać okrzyknięte dziełem arcygenialnym). To opowiadania o bólach tworzenia i o ograniczeniach, jakie stawia przed twórcą świat – o zatraceniu się w wizji, która jest zbyt piękna, zbyt wspaniała, by móc ją porzucić.

Szczególnie ciekawy jest pewien wątek pierwszego opowiadania, który przedstawia oglądanie nagiej modelki przez malarza jako swoisty akt seksualny – pozowanie komu innemu niż własnemu kochankowi jest tu zdradą, nierządem. Zdradą malarza jest zaś patrzenie na portrety innych kobiet.

Intrygujące, choć przyznam, że o wiele przyjemniej czytało mi się „Stracone złudzenia”.

wtorek, 27 września 2011

Malarz cieni



Esteban Martin – Malarz Cieni
(Albatros, Warszawa 2010)

Ta notka będzie krótka z prostego powodu – książka jest tak niepojęcie licha, że szkoda poświęcać jej jakąkolwiek uwagę. Sam pomysł fabuły – Picasso spotyka Kubę Rozpruwacza – już nasuwa przypuszczenia, że będzie to banalne powieścidło. Mimo wszystko nie spodziewałam się jednak podobnej literackiej miernoty. Trywialne prasowe notki albo nawet sprawozdania z zebrań kółek gospodyń wiejskich są pisane z większą werwą, wyczuciem, stylem i wyobraźnią niż ten gniot.

Dno i pięć metrów mułu.


P.S. Zastanawiało mnie, co za niedorzecznie niewyrobiony literacko wydawca zdecydowałby się wydać coś podobnego. Okładka zdradza ten sekret: autor ma własne wydawnictwo.

Jasność, jasność, jasność



Guy de Maupassant – Naszyjnik i inne opowiadania
(Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2005)

Guy de Maupassant – Wybór opowiadań
(Siedmioróg, Wrocław 1997)

Guy de Maupassant – Nowele wybrane
(Czytelnik, Warszawa 1955)

Guy de Maupassant – „Maupassant Original Short Stories (180), Complete” vol.1,2
(Project Gutenberg)

Klasyki to książki, którym trudno coś zarzucić, ale które czyta się raczej z jakiegoś bardziej lub mniej sprecyzowanego obowiązku; to utwory otoczone specyficzną czcią, która powstrzymuje nas od wypowiadania o nich niepochlebnych opinii i przyznawania się do tego, że zwyczajnie się nam one nie podobały (Precz z „Nocami i dniami”!). Są jednak takie klasyki, których czytanie sprawia autentyczną przyjemność, a do nich należą właśnie opowiadania i nowele Guya de Maupassanta.

Choć autorowi zarzucano często płyciznę intelektualną i artystyczną łatwiznę, choć jego opowiadania są tak nieskomplikowane zarówno w konstrukcji, języku i samej treści, a zwieńczenia historii przewidywalne, osiągnął on prawdziwy kunszt w tej głęboko przemyślanej i poskromionej prostocie, doskonale opanowując jej niby banalną, a w rzeczywistości trudną do ciekawego i oryginalnego przedstawienia istotę.

Zapewne wielu by mnie wyśmiało, ale doprawdy nie rozumiem, dlaczego to Hemingway uważany jest za arcymistrza opowiadań. Prawda, mogę zrozumieć, że przyciągały one czytelników właśnie ową męską, nawet szorstką prostotą (tak w treści, jak i w formie), ale muszę przyznać, że osobiście potrafię szczerze docenić ledwie ze trzy czy cztery jego teksty, natomiast lwia część jego opowiadań jest dla mnie co najwyżej poprawna technicznie. Zwłaszcza „Oczekiwanie” zapamiętałam jako historię, która pozostawia po sobie wrażenie czegoś w rodzaju szkicu -  czułam, że można by skomponować ją o wiele lepiej. 

Tego wrażenia nie uświadczyłam NIGDY przy lekturze de Maupassanta. Głęboki humanizm jego opowiadań, mimo nierzadko skrajnego pesymizmu, perfekcja stylu, a przede wszystkim jasność, jasność, jasność – jak pisał o jego zaletach Anatol France – czynią z niego twórcę pereł: prawdziwych klejnotów nowelistyki. Tak właśnie powinny wyglądać dobre krótkie formy!

Po trzykroć: polecam!














***

A jeśli ktoś ma ochotę na więcej prawdziwie dobrych opowiadań, powinien skierować uwagę na utwory Czechowa. Doradzam jednak od razu sięgnąć po gruby zbiór, a nie po cieniutkie książeczki, które – ku memu zdziwieniu – zdają się prezentować tylko najmniej dowcipne, najmniej błyskotliwe i najmniej porywające teksty (te są rzekomo najbardziej znane).

(Dygresja: Kiedy czytałam podobny zbiorek, zaczęłam od opowiadania „Końskie nazwisko”. Jego bohater usiłuje przypomnieć sobie godność pewnego człowieka. Pamięta jedynie, że miała ona coś wspólnego z koniem. Moją najpierwszą myślą był: „owies”. Bohater wpadł na to dopiero pod sam koniec historii. On i nikt poza tym. Czyżby podobne skojarzenie było aż tak nielogiczne?)

Na świetnym serwisie Wolne Lektury można znaleźć parę darmowych opowiadań Czechowa (do czytania online lub np. w pdf-ie). Od siebie polecam sprawdzić „Żarcik” – to jedno z moich ulubionych.

Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz



Lisa See – Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz
(Świat Książki, Warszawa 2005)

Początkowo nie chciałam pisać notki o „Kwiecie Śniegu...”, ponieważ stan ducha, w którym czytałam tę książkę, sprawiał, że nic a nic nie obchodziła mnie jej treść (przyznaję, że mogło się na to również nałożyć znużenie fragmentami „Miłości Peonii”). Przecież jednak – powiedziałam sobie – jestem w stanie powiedzieć, czy coś jest dobrze wykonane, czy źle, nie włączając w to uczuć, dlatego też skupię się na technicznej stronie książki.

Pod tym względem jest to typowy bestseller – łatwy język, gładki styl i nieskomplikowana fabuła. Na pewno nie jest to wysublimowana powieść historyczna w stylu Sienkiewicza (a przecież on też tworzył literaturę masową!), lecz czytadło na wieczór (mimo wszystko lepsze niż suche, smętne i pozbawione polotu historyczne powieści Cornwella). Czuć, że dałoby się to napisać lepiej, zmyślniej, dodać nieco fantazji do opisów i samego języka, nadać mu choć trochę posmaku egzotyki... Ale typowy czytelnik bestsellerów będzie zachwycony.

Lepszy „Kwiat...” czy „MiłośćPeonii”? Nie dam rady ocenić – obie bowiem traktuję w kategorii „można przeczytać”. Z „Miłości...” dowiemy się więcej o obyczajach i wierzeniach dawnych Chińczyków, ale „Kwiat...” spodoba się bardziej tym, którzy nie lubią nadnaturalnych zdarzeń w fabule.

Lubisz czytać, ale ciężko Ci znaleźć coś naprawdę zajmującego? Powieści Lisy See pomogą uśmierzyć głód dobrej książki na dwa, trzy wieczory.

6/10

czwartek, 22 września 2011

Nie-ludzki Bóg



Paweł Lisicki – Nie-ludzki Bóg. Eseje.
(Fronda, Warszawa 2007)

„Oczywiście całe to wnioskowanie nie może prowadzić do twierdzenia, że każdy ateista jest zboczeńcem, tylko raczej do powiedzenia, jeśli posłużyć się językiem de Sade’a, że żaden ateista nie potrafi wyjaśnić, dlaczego nim nie jest”.

Ponieważ nie istnieje dla człowieka ważniejsze pytanie niż to o istnienie Boga, autor esejów stara się w głównej mierze sprawdzić, jakie odpowiedzi możemy znaleźć w literaturze. Opisując dzieła Herberta, Leśmiana, Kundery, Prousta czy Miłosza, wskazuje w nich na obecność lub brak Stwórcy i przedstawia wynikającego z tego konsekwencje (niezwykle ciekawym wydaje mi się zestawienie w jednym eseju Dantego i Leśmiana). Zaczyna całość celnym „Mrocznym dziedzictwem Oświecenia” (dlaczego przemilczamy de Sade’a, uczymy o Rousseau, skoro tylko ten pierwszy był logiczny i konsekwentny?), przedstawiając źródła lęku i niemocy trawiących dzisiejszą mentalność, a kończy rozważaniem o miłości i namiętności (czemu w istocie służyła śmierć Tristana i Izoldy?).

Warto!

sobota, 17 września 2011

Aspekty buddyzmu



Henri de Lubac – Aspekty buddyzmu
(Znak, Kraków 1995)


„Pierwszy rodzaj litości ma za przedmiot istoty cierpiące; to sattwa-alambana-karuna, litość pospolita, niskiego lotu, splamiona grubym błędem przekonania o realności istot żywych”.

Wspaniale, że istnieją aukcje internetowe – i wspaniale, że korzystają z nich antykwariaty. Dzięki temu mogłam powiększyć moją z wolna rosnącą kolekcję książek traktujących o buddyzmie o dzieło de Lubaca.

„Aspekty...” składają się z trzech niezwykle zajmujących szkiców, z których najciekawiej prezentuje się pierwszy o tytule: „Buddyjska miłość”. Jeśli ktokolwiek w jakikolwiek sposób łudzi się, że można utożsamiać tę „miłość” z chrześcijańską miłością bliźniego, powinien co rychlej przeczytać ów rozdział ujmujący rzecz zwięźle, rzeczowo i klarownie (polecałabym go zwłaszcza paru autorom książek o buddyzmie właśnie!). Autor słusznie zauważył, że Budda uczył o miłości tylko uczniów pozostających na najniższym szczeblu poznania. Tych będących najbliżej „prawdy” miłość dotyczyć nie może.

W tym samym szkicu znajdziemy również dobitne podsumowanie buddyjskich „przypowieści”, nad którymi zbyt chętnie roztkliwiają się miłośnicy Wschodu, przekonani o wyższości mentalności buddyjskiej, która pochyla się nad cierpieniem, nad mentalnością chrześcijańską, która pochyla się nad osobą.

Polecam!