wtorek, 9 sierpnia 2011

Wielkie religie Wschodu



Andrzej Zwoliński – Wielkie religie Wschodu
(Petrus, 2008)

Dobra, zajmująca pozycja dla wszystkich interesujących się myślą i bogactwem duchowym Wschodu. Przestrzec jednak należy, że nie omawia ona i nie opisuje poszczególnych religii i wiar od podstaw, a jedynie nakreśla ich główną treść, dlatego osoby, które nie mają absolutnie żadnej wiedzy o buddyzmie i hinduizmie powinny zacząć od innych lektur, wprowadzających w problematykę przedmiotu. Inaczej zgubią się bardzo szybko, bo autor założył pewną podstawową znajomość tematu i  nie traci czasu na omawianie krok po kroku doktryny iluzoryczności świata (maya) czy znaczenia awatarów. Nie jest to jednak w żadnym razie dogłębna analiza filozofii i religii Wschodu, raczej nakreślenie tematyki: wymienienie szkół i odmian danej doktryny, ze szczególnym wyróżnieniem sekt buddyjskich i hinduistycznych, zwłaszcza tych działających na Zachodzie, a także – co bardzo ważne – przestrzeżenie przed technikami, które pod przykrywką niewinnych treningów fizycznych i psychicznych wprowadzają ludzi w szalenie niebezpieczne rejony ezoteryki i najprawdziwszego okultyzmu. Techniki te to m.in.: joga, medytacja, treningi psychotechniczne, ale także sztuki walki, medycyna niekonwencjonalna (np. homeopatia, irydologia), ekologia, ruch obrony zwierząt i wegetarianizm(!).

Przeczytałam już sporą ilość książek o religiach i filozofii Wschodu (m.in. pozycje napisane przez słynnych mistrzów zen jak Suzuki czy Dogen), dlatego cieszę się, mogąc dołączyć i tę do mojej skromnej kolekcji. To ciekawa pozycja, ale podkreślam raz jeszcze – trzeba mieć już jakieś pojęcie o bogatej problematyce zagadnienia zanim się po nią sięgnie.

Wadą książki jest brak bibliografii – mamy tylko liczne przypisy. Mylący jest opis na okładce, który sugeruje wprowadzenie do przedmiotu oraz omówienie islamu, którego tu brak.

Dwa zbiorki esejów

Dzisiaj krótko o dwóch zbiorkach esejów: pierwszy jest zasadniczo nikomu do niczego nie potrzebny, drugi wręcz przeciwnie.



Anne Fadiman – Ex libris: wyznania czytelnika
(Znak, Kraków 2010)

Zbiór mniej lub bardziej autobiograficznych, przeintelektualizowanych wynurzeń autorki wywodzącej się z rodziny owładniętej istną manią przerastającą zwykłą bibliofilię. Można to podsumować jako nieco snobistyczne wspomnienia/przemyślenia wszystko wiedzącej i bardzo zadowolonej z siebie amerykańskiej feministki. Estetycznie wydana nuda w czystej formie. Nic godnego uwagi.



Grzegorz Górny – Między Matriksem a krucyfiksem
(W drodze, 2010)

O Grzegorzu Górnym już pisałam, że nie ma talentów eseistycznych Chestertona – nie znajdziemy u niego ani ciekawego stylu (pisze najprościej jak się da), pomysłowości, poczucia humoru, nie tworzy on zaskakujących puent tudzież nie rozpisuje się o paradoksach. Pisze jednak o rzeczach tak ważnych i mało znanych, że nie powinno się beztrosko omijać jego książek. Nie jest on wybitnym eseistą, ale pochwały godnym dziennikarzem – jednym z nielicznych, którzy zwracają uwagę na to, co istotne, a dla którego liczy się to, o czym reszta mediów zdała się z dawna zapomnieć: dążenie do prawdy. Jest to przykład pisania, w którym nic poza tą prawdą zdaje się nie liczyć, zatem nie ma co poszukiwać innych słów niż te najprostsze (nie znaczy to, że w dzieleniu się faktami brak tu osobistych refleksji). I takie pisanie – co może kogoś zaskoczyć – ma też swoją wadę: powoduje, że zbiorek chłonie się zbyt szybko, bo trudno się od niego oderwać.

Nie tak dobre jak „DemonPołudnia”, ale... niezwykle potrzebne.

sobota, 30 lipca 2011

Kłamstwo Bastylii



Andrzej Cisek - Kłamstwo Bastylii : szkice o wydarzeniach i ludziach Wielkiej Rewolucji Francuskiej
(Finna, Gdańsk 2006)

Większość ludzi kojarzy Marata z nieszczęsnym męczennikiem ze wspaniałego obrazu Davida i nie widzi w nim tego, kim naprawdę był – pokrytego wrzodami psychopaty. Większość ludzi patrząc na pompatyczne obchody dnia zdobycia Bastylii, nie zadaje sobie pytania, co też właściwie ci Francuzi świętują: nie wiedzą bowiem nawet tyle, że uwolnienie więźniów tej słynnej twierdzy oznaczało wypuszczenie na wolność jakichś siedmiu osób (w tym dwóch wariatów i jednego zboczeńca), a zburzenia fortu nie dokonał lud tylko pewien cwaniaczek z własną ekipą budowlaną, który nieźle się na tym obłowił. Nikt dziś nie wytyka Francuzom, że świętują dzień kłamstwa i obłudy – Rewolucja nie przyniosła ani braterstwa, ani wolności, a jedynie równość objawiającą się w masowym mordowaniu ludzi niezależnie od stanu, przekonań i płci (warto dodać, że kobiety mały prawo jedynie umrzeć razem z mężczyznami, ale praw politycznych zawsze im odmawiano). Rewolucja miała w zamyśle obalić stany panujące, ale przecież fakty jasno wskazują, że 60% jej ofiar stanowiło chłopstwo. Co więc świętują Francuzi? Rządy Terroru, które – jak słusznie zauważa autor – wyprzedzają jedynie w czasie, ale nie w swym zwyrodnieniu dokonania bolszewików?

Przeraża fakt, jak bardzo potrzebne są nam takie książki. I jak wielka jest siła kłamstw historii.

Moje jedyne uwagi dotyczą braku rzetelnej korekty (nikt z resztą nie podpisał się pod nią). W zeszłym roku książkę wydała na nowo Fronda, ale nie wiem, jakie zmiany czy też poprawki w niej zawarto. Wiem tylko, że będę musiała ją kupić i włączyć do zbiorów mojej skromnej biblioteki.

Warto!

wtorek, 19 lipca 2011

Oszustwo "Kodu Leonarda da Vinci"




Carl E. Olson, Sandra Miesel – Oszustwo Kodu Leonarda da Vinci
(Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, Sandomierz 2006)

„Czy ktokolwiek naprawdę uważa, że wszyscy męczennicy poszli na śmierć, by ochronić tajemnicę, że Jezus i Maria Magdalena byli małżeństwem?”

„Brak świadomości tego, że powieść jest napaścią na historię, fakty i logikę, jest dowodem głębokiej erozji podstawowych umiejętności myślenia i badania, a ambiwalentnego stosunku wobec prawdy.”

Nie czytałam osławionej powieści Browna - wystarczyło mi znać oryginalny tytuł owej książki. Ktoś, kto używa określenia „da Vinci” jako nazwiska własnego, nie powinien być w ogóle wydany, a cóż dopiero traktowany poważnie przez jakiegokolwiek czytelnika, któremu udało się ukończyć szkołę podstawową. Jeśli tytuł nie wystarcza, dość by zerknąć do biografii „Kodu...”, by znaleźć tam - zamiast poważnych dzieł historycznych i albumów sztuki - pozycje paranaukowe, parahistoryczne teorie spiskowe i książki ezoteryczne.

Oszustwem Browna jest przedstawianie własnych, choć niezbyt oryginalnych wymysłów (z ogromnymi bzdurami na temat chrześcijaństwa szerzącymi się w świecie Kościół musiał się mierzyć już od zarania - a historie o rzekomym małżeństwie Jezusa i Marii Magdaleny były bardzo popularne w różnych grupach feministycznych i ezoterycznych XIXw., czego zagorzali fani Browna zdają się w ogóle nie dostrzegać, traktując fabułę „Kodu...” jako całkowicie nowe objawienie - co z tego, że różne sekty już w dawnych wiekach występowały z podobnymi pomysłami?) jako rzekomej prawdy historycznej, która zostałaby rychło wyśmiana i obalona, gdyby autor przedstawił ją w formie traktatu naukowego - on jednak ukrywa się przed racjonalną krytyką, zasłaniając się fikcją literacką, co jawnie kłóci się z jego zapewnieniem na początku książki, że „wszystkie opisy dzieł sztuki, architektury, tajnych dokumentów i rytuałów, jakie znajdują się w tej powieści są wiarygodne”, a całość jest w każdym aspekcie oparta na faktach. Wyśmiał to autor „Kodu Edy Vinci”, podając we wstępie, że wszystko, co opisał jest szczerą prawdą, i że znajdą się tacy, co będą jego zdanie podważać, ale tego się przecież należy po nich spodziewać.

Książka Browna wzbudziła wiele zbędnego zamętu, z którego jednak wynikają dwa plusy - są to ostrzeżenia, po pierwsze dla Kościoła Katolickiego, po drugie dla systemu oświaty w ogóle, pokazujące kolejno, że nie tylko podstawy edukacji religijnej kuleją, przez co większość wiernych nie wie nie tylko, w co dokładnie wierzy, ale czym jest istota samej religii, a także, że całe masy ludzkie nie wiedzą nic o własnej cywilizacji - o kulturze, sztuce, historii świata, który stworzyło chrześcijaństwo - a tym samym nie wiedzą nic o sobie samych, o własnej tożsamości (a wszystko, co mamy - jak pisał Chesterton - zawdzięczamy chrześcijaństwu: nawet ruchy antychrześcijańskie!).

Jak się sprawdza „Oszustwo...” dla tych, którzy nie zniżyli się do czytania Browna, albo mieli dość inteligencji (i zadawalający poziom wiedzy ogólnej), by po przeczytaniu „Kodu...” szczerze się oburzyć na to jawne drwienie z logiku i ludzkiego rozumu? (bo trudno mi uwierzyć, że ktoś, kto bez oporów przyjął do siebie brednie „Kodu...” na zasadzie - „jakby to nie było prawdą, to by tego nie wydali”, zainteresuje się czymś, co śmie krytykować wynurzenia „arcymistrza” Browna). Jako bardzo ciekawa pozycja, w której autorzy próbują chociażby wyjaśnić, skąd wziął się mit templariuszy (choć nawet w polskiej podstawówce mówią dzieciom o Filipie Pięknym i o tym jak zagrabił majątek zakonu dla siebie), przedstawiają problem tendencyjnego obrazu zależności chrześcijańsko-pogańskich, czy uwypuklają zatrważające braki w znajomości tematu chrześcijańskich i judaistycznych praktyk, wierzeń i przekonań samego Browna, który nie wie nawet tyle, że słowo „Jehowa” nie istniało przed XIII wiekiem (i nie było spopularyzowane do XVI wieku) i że pochodzi ono od niewłaściwego odczytania tetragramu JHWH, zatem nie może ono być - jak chce autor „Kodu...” - przyczyną utworzenia samego tetragramu. Ale czemuż miał by się on przejmować właściwą i poprawną chronologią, dowodami naukowymi czy faktami historycznymi?

To jeszcze nic w porównaniu z faktem, że Brown myli na ten przykład Watykan z Kościołem Katolickim (!), używając tych dwóch terminów jako synonimów - coś, za co zwykły uczeń zarobiłby pałę, niekoniecznie z religii, uczestnik teleturnieju zostałby wyśmiany, a na czym Brown zarabia miliony dolarów (bardzo słusznie nie szanując czytelników napełniających mu kabzę). Od Browna dowiadujemy się zatem, że cesarz Konstantyn ustanowił „nową władzę Watykanu”... na długo przed zaistnieniem samego Watykanu (!!). Ot, taka tam drobnostka, którą tylko rzetelny pisarz i człowiek szanujący rozum ludzki mógłby się przejmować. Ale czego mamy się spodziewać po autorze, który zarzeka się na prawdę historyczną czy powołuje na istniejące zabytki architektury, a który nie potrafi odróżnić nawy kościoła od chóru, nie wie nawet, jakie wymiary ma obraz, który każe ukraść swej fikcyjnej bohaterce, a przy tym jako rzekomy uczeń uczelni artystycznej, którego żona jest historykiem sztuki, robi z Leonarda da Vinci idiotę o umyśle psotnego dwunastolatka (który nie wiadomo po co i komu zostawia swój „kod”!), dodając przy tym takie brednie na jego temat, jak rzekome setki lukratywnych zamówień z Rzymu, podczas gdy historycznie potwierdzone jest jedno jedyne zamówienie z Watykanu!

Ogólnie rzecz ujmując, rzecz godna zainteresowania - nawet dla tych, którzy mogą się poszczycić dobrą wiedzą o własnej kulturze, historii i całej cywilizacji chrześcijańskiej w ogóle i którym nie trzeba dowodzić, że „Kod...” obraża nie tyle wiarę katolicką, ale rozum ludzki w szczególności. Dowiedzą się oni przynajmniej, jak całkowicie sprzeczne z wszelkimi faktami historycznymi i zdrowym rozsądkiem mity pokutują w kulturze masowej i jak nisko upaść może pisarz, byle by tylko dorobić się rozgłosu i pieniędzy.

Polecam!

środa, 29 czerwca 2011

Miesiąc z komisarzem Montalbano



Andrea Camilleri – Miesiąc z komisarzem Montalbano
(Noir sur Blanc, Warszawa 2008)

No i dałam się pięknie nabrać na opis na okładce, spodziewając się obiecanego sympatycznego komisarza (brak), zaskakujących zwrotów akcji (brak) i oryginalnych puent (po trzykroć: brak). Jedyna zgodność z opisem to lakonicznie prosta konstrukcja opowiadań, które, co gorsza, okazały się jedynie niby-kryminalnymi (z naciskiem na „niby”).

Opis obiecywał prozatorskie perełki, które miały wytrzymać porównanie z utworami Poego, Chestertona czy Simenona. Osobiście uważam podobnie słowa za poczwórnie obraźliwie (dla świętej pamięci autorów, no i czytelnika) i zachęcam tych, którzy znają ich dzieła, do przeczytania pierwszego opowiadania „Miesiąca...”. To niemal jak policzek wymierzony w twarz. I chociaż przeczytałam tylko jedną powieść Simenona, która wynudziła mnie straszliwie, dopiero dzięki „perełkom” Camillerego poznałam, że twórca Maigreta potrafił jednak nieźle pisać.

Być może gdyby nie to zestawienie z owymi trzema pisarzami, potraktowałabym „Miesiąc...” jedynie wzruszeniem ramion, ale rozgniewała mnie bezczelność opisu – lakoniczna prostota i zwykła poprawność techniczna to za mało, by ot tak sobie nazywać co się chce prozatorskimi perłami.

3/10

poniedziałek, 20 czerwca 2011

To ja byłem Vermeerem


Frank Wynne – To ja byłem Vermeerem. Narodziny i upadek największego fałszerza XX wieku.
(Rebis, Poznań 2007)

„W 1945 roku niewiele znaczący holenderski handlarz dzieł sztuki został aresztowany za sprzedaż bezcennego skarbu narodowego - obrazu pędzla Vermeera - marszałkowi III Rzeszy Hermannowi Göringowi. Jedyną możliwą karą za zdradę była śmierć. Jednak Han van Meegeren gnił w zimnej i wilgotnej celi więziennej, nie mogąc wydobyć z siebie dwóch prostych słów, które dałyby mu wolność: jestem fałszerzem.”

„To ja byłem Vermeerem” to niezwykle zajmująca biografia genialnego malarza, który miał wiele grzechów na sumieniu (pijaństwo, cudzołóstwo,...), a największym z nich była pycha – sam siebie uważał za geniusza, sam sobie był mistrzem. Największym nieszczęściem było zaś dla niego to, że urodził się zbyt późno – żył w czasach, gdy świat zachwycał się „sztuką dla sztuki”, gdy odrzucenie wszelkich form i tradycji w malarstwie (a także moralności w życiu, bo artyści są „ponad to”) było oznaką postępu, nowoczesności, światowości. Meegeren mógł (bez uprzedniego planowania) w kilka minut wykonać doskonały pastisz Picassa bądź innych modnych artystów, ale gardził ich stylami, technikami i odwróceniem się od wielkiego malarstwa klasycznego. Niespełniony malarz zrozumiał, że jego jedyna szansa na zaistnienie w świecie (i rozpoznanie go jako geniusza właśnie – a to było dlań najważniejsze) przy jednoczesnym zachowaniu wierności „prawdziwemu” malarstwu, to podszycie się pod wielkiego mistrza z przeszłości - kogoś, kto już został przez świat okrzyknięty geniuszem.

Kopiowanie obrazu to już wybitne osiągnięcie ducha i myśli ludzkiej, zadanie do którego potrzeba wielkiego talentu, większego może nawet niż do stworzenia arcydzieła w ogóle. Meegeren poszedł jednak dalej – na tyle przyswoił sobie znajomość technik mistrza Vermeera, na tyle wyćwiczył się w imitowaniu jego sposobu tworzenia, że stworzył zupełnie nowe „Vermeery” – obrazy, które zostały uznane za odnalezione i nieznane dotąd dzieła Mistrza z Delf. Jego falsyfikaty były właściwie odpowiedzią na pragnienia świata - fałszerz stworzył bowiem "Vermeera okresu środka", którego przeczuwano i zapowiadano, a który miał się kiedyś objawić w świecie niby święty Graal. Stworzył obraz, który bardzo różnił się od późniejszych dzieł Vermeera, a który jednocześnie miał tak wiele wspólnego z dawnym mistrzem, że - nawet po zaakceptowaniu prawdy o fałszerstwie - można odczuć zachwyt nad tą imitacją "Vermeera nieznanego".

Do podobnego zadania nie wystarczył tylko wielki talent malarski – fałszerz musiał także obmyślić i opracować techniki oszukiwania ekspertów – aparatu Roentgena, chemików, historyków sztuki, rzeczoznawców... Ogrom pracy potrzebny do osiągnięcia celu może porażać. I choć z jednej strony działalność Meegerena była z gruntu amoralna, trudno nie zapłonąć podziwem nad jego talentem i samozaparciem (mimo wszystko cieszymy się, ilekroć ktoś uciera nosa snobistycznym, idiotycznie zadufanym krytykom, bezkrytycznie wierzącym we własną nieomylność).

To doskonały tytuł dla kogoś, kto choć trochę interesuje się malarstwem i historią sztuki. To nie tylko dzieje życia doskonałego fałszerza, ale także opowieść o hipokryzji i sprzedajności świata sztuki. Szkoda jedynie, że na całą książkę mamy jedynie cztery strony małych reprodukcji (w tym brak najistotniejszego płótna w całej historii! – Wieczerzy w Emaus). Tutaj wydawca mógł się bardziej postarać.

Gorąco polecam!!

piątek, 17 czerwca 2011

Miłość Peonii



Lisa See – Miłość Peonii
(Świat Książki, Warszawa 2007)

Trochę rozśmieszyły mnie kompletne niezgodne z rzeczywistością zalety „Miłości Peonii” wyliczane przez zachwyconych czytelników tej książki. Zalicza się do nich m.in. „poetycki język” autorki. Otóż nie ma tu o niczym takim mowy – wrażenie poetyckości wywołuje zaś sam opisywany świat: bohaterka ubiera się w najdelikatniejsze jedwabie i przechadza się od jednego pomieszczenia o cudownie romantycznej nazwie do drugiego o nazwie jeszcze bardziej romantycznej. Oczywiście czasem zdarzają się eleganckie metafory, natomiast sam język to banalna, niezwykle prosta w odbiorze proza – i nie chcę tu jakoś pomniejszać talentu autorki, ale głupio jest ją chwalić za coś, czego ona akurat nie wymyśliła – za pawilony o wdzięcznych nazwach, czy sposób myślenia i wyrażania się XVII wiecznych Chińczyków z wyższych sfer (a więc i za narrację, którą prowadzi główna bohaterka) tudzież za ich wierzenia i zabobony. Za co można ją pochwalić, to prostota i gładkość stylu właśnie, co sprawia, że powieść chłonie się łatwo i nie jest ona nużąca.

Z początku "Miłość Peonii" bardzo przypominała mi „Opowieść Murasaki” Lizy Dalby (autorki przynudnawej „Gejszy”) – aż do chwili, gdy bohaterka umiera i staje się duchem. A gdzie są azjatyckie duchy, tam zaraz jest seks (wiem to od dawna, bo w piątej klasie podstawówki w nagrodę otrzymałam zbiór legend chińskich) i... „gra na flecie”. No cóż, seks z duchem to nie jest wątek, który szczególnie by interesował kogoś, kto ma na głowie poważne, życiowe problemy, dlatego bardziej ciekawiła mnie „przyziemna” powieść Dalby. Poza tym do dobrej opowieści o miłości i duchach potrzeba dobrego gawędziarza – takiego jak Sanyuutei Enchoo, autora świetnej „Dziwnej historii o upiorach z latarnią w kształcie piwonii”. Przy okazji, nie wiem od jak dawna słowo „seks” weszło do swobodnego, potocznego użycia, ale nie wydaje mi się, żeby wychowana pod kloszem w hermetycznej kulturze specyficznych gestów, wyrażeń, sformułowań i symboli chińska arystokratka sprzed kilku wieków tak swobodnie je przywoływała (lepiej byłoby używać jakiś zwrotów o bliskości, współżyciu, zespoleniu), nawet jeśli dzieje się to jedynie w jej myślach. Podobnie nienaturalnie brzmią tu męska „sprawność seksualna” (lepsza byłaby tu jakaś „męska witalność”, jak sądzę) czy... żardiniera (no tu może przesadzam i zapewne jakiś sinolog by mnie wyśmiał - w końcu w Chinach też byli cudzoziemcy i ich języki, ale i tak ukłuło mnie to po oczach).

Nie jest to powieść o eleganckim piciu herbaty i miłości w pawilonie przy świetle księżyca. Porusza ona wątki życia kobiet z wyższych sfer, które, jako że były kobietami właśnie, znaczyły dla swych rodzin tyle co bezużyteczna gałąź, na której uschnięcie się czeka. Wraz z przejściem do świata duchów, poznajemy również okrucieństwa mandżurskich najeźdźców, którzy obalili dynastię Ming. Nie dziwię się, że powieści Lisy See, jeśli są podobne do tej, dobrze się sprzedają – egzotyka, poezja, seks duchowy, gwałty nieduchowe, przemoc, śmierć, wieczna miłość, a wszystko to wyłożone jak na talerzu niezwykle przystępnym, prostym językiem. Jak powiedział mi jeden wydawca: „czytelnicy teraz nie chcą trudnych tekstów”.

Położyłam nacisk na gładkość stylu autorki, ponieważ trudno mi właściwie wskazać jakąś inną zachętę do przeczytania tej książki. To dobra powieść – ma płynną narrację, nieźle skonstruowaną fabułę, nie dłuży się... Nie mogę wytknąć jej jakiejś szczególnie doskwierającej wady. Nie potrafię też jednak z czystym sercem powiedzieć: „koniecznie przeczytajcie”. Po prawdzie sięgnęłam po ten tytuł z braku innych powieści pod ręką. I może to jest wyjście – przeczytajcie, jeśli nie macie pod ręką tego, co naprawdę chcielibyście akurat przeczytać. Ja w każdym razie zamierzam sięgnąć po „Kwiat śniegu...”, najbardziej znaną powieść pani See, z nadzieją, że przypadnie mi do gustu o wiele bardziej niż „Miłość Peonii”.

6/10

P.S. Jeśli wierzyć liście, którą zaczęłam prowadzić w styczniu, powieść Lisy See jest 50. książką, jaką udało mi się przeczytać w tym roku.

czwartek, 9 czerwca 2011

Moc i chwała



Graham Greene – Moc i chwała
(Pax, Warszawa 1985)

„ "Moc i chwała", jedna z najlepszych powieści Greene'a, powstała w 1940 roku. Jej akcja rozgrywa się w Meksyku w latach trzydziestych naszego wieku, podczas prześladowań religijnych. Bohaterem jest ksiądz, zmagający się ze swoją słabością i strachem podczas szalejącego terroru rządu Calles'a. Powieść znakomicie oddaje duszną atmosferę terroru i osaczenia, pościg za człowiekiem słabym, ogarniętym nałogiem, łamiącym przykazania Boskie i ludzkie, ale wiernym Bogu i swemu powołaniu, wiernym aż do tragicznego końca przed plutonem egzekucyjnym”.  [tekst z obwoluty]

Przyznam, że do sięgnięcia po prozę Greene’a zachęciły mnie słowa z „Pisarzy nawróconych”: „pokrętność i sprzeczność charakteru zarówno samego Greene’a, jak i bohaterów jago książek, sprawia wrażenie głębi, ale głębia ta jest zapewnie pozorną głębią wody w przydrożnym rowie. Korzeniem jego geniuszu była niezwykła umiejętność mącenia wody”. I chociaż jestem niemal pewna, że Pearce myślał o innych powieściach Greene’a w chwili, gdy pisał te słowa (prawdopodobnie o jego najsłynniejszym dziele o tytule „Sedno sprawy”), to jednak istotnie podczas lektury miałam to dziwne wrażenie sztucznie stwarzanej głębi – jak gdyby ktoś uderzał w gong, zaś akustyka sprawiała impresję przebywania w ogromnym gmachu, podczas gdy w rzeczywistości było to jedynie złudzenie. Takie na przykład zdanie, w którym pragnienie złapania uciekającego księdza nazywa się swego rodzaju cnotą nic a nic nie znaczy. Ale za to potrafi ono podziałać na uczucia, poruszyć to wrażenie eterycznej siły ukrytej w słowie „cnota”, w jej idei – wrażenie jest więc tu ważniejsze niż sens. „Uderzanie w gong” powstaje dzięki nagromadzeniu krótkich, prostych zdań, które odwołują się do uczuć, do wyobraźni – zdań, które łatwo było by zacytować albo zapisać sobie w zeszycie z aforyzmami, np. „Nie można mieć władzy nad tym, co się kocha. Patrzy się, jak ów obiekt miłości pędzi niebacznie w stronę zerwanego mostu, wyrwy na drodze, koszmaru siedemdziesięciu lat do przeżycia” albo: „Nadzieja jest instynktem, który tylko człowiek swym rozumem potrafi zabić”, czy też: „W życiu nie było nic równie ohydnego jak śmierć”.

Przyznam, że aż do siedemdziesiątej strony czytanie szło mi ciężko: nie potrafiłam się skupić, żadne zdanie nie przykuwało mojej uwagi, akcja mało mnie obchodziła. Później jednak trudno się było oderwać od lektury. Teraz zaś, po odłożeniu książki, mogę jedynie stwierdzić, że mogłabym chyba z zadowoleniem zakończyć swe ziemskie bytowanie, gdyby tylko udało mi się napisać coś równie artystycznie dojrzałego jak „Moc i chwała” właśnie. Jeżeli faktycznie mamy tu do czynienia z mąceniem wody - jedynie z iluzoryczną głębią - to nawet wówczas jest to iluzja stworzona z takim wyczuciem i talentem, że pozostaje nam jedynie ją podziwiać.

8+/10